Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Pociąg do śmierci

Aktualności

26.10.2020

Najlepsza książka na jesień!

Z radością informujemy, że książka "Osiedle Sielanka. Nieznajoma" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk zdobyła nagrodę czytelników na najlepszą książkę na jesień 2020 w głosowaniu organizowanym przez serwis Granice.pl.

Wywiady

10.09.2020

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

26.11.2020

Czy prawdą jest, że kto usłyszy dźwięk wrzeciona kikimory, ten umrze?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Śreżoga".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska wendeta Tanya Valko
  2. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca Lucyna Olejniczak

Fotogaleria

więcej »

Pociąg do śmierci

J.D. Robb

Rozdział 1

Droga była fatalna, niewiele szersza od śladu, jaki pozostaje po uczciwym splunięciu, i wiła się niczym kobra między gęstymi zaroślami o dziwnych kwiatach, przypominających krople krwi.
Eve musiała sobie przypomnieć, że ten wyjazd to był jej pomysł – miłość to kolejna fatalna rzecz, która może spotkać człowieka – ale skąd miała wiedzieć, że jazda samochodem w zachodniej Irlandii wiąże się z groźbą utraty życia lub zdrowia podczas pokonywania każdego zakrętu?
Irlandzka prowincja, pomyślała, wstrzymując oddech, kiedy pokonywali kolejny wiraż na Drodze Śmierci. Gdzie miasteczka są zaledwie punktami w krajobrazie, i gdzie – czego była niemal pewna – liczba krów przewyższa liczbę ludzi. A owiec jest jeszcze więcej niż krów.
I dlaczego nikt się tym nie przejmuje? – zastanawiała się. Czy ludzie nie zadają sobie pytania, co się może stać, jeśli zwierzęta hodowlane się zjednoczą i ogłoszą bunt?
Kiedy w końcu Droga Śmierci wydostała się z krzewów, kwitnących kroplami krwi, ukazały się upiornie zielone pola i wzgórza pod niebem zasnutym chmurami, które nie mogły się zdecydować, czy chcą zesłać na ziemię deszcz, czy też wolą złowrogo tkwić nad głowami. Wiedziała też, że wszystkie te punkciki na zielonym tle to owce i krowy.
Prawdopodobnie omawiają teraz strategię wojenną.
Naprawdę widziała, jak kręciły się wokół tych niesamowitych – i zgoda, nawet fascynujących – kamiennych ruin. Górujących nad okolicą rozsypujących się budowli, które kiedyś, być może, były zamkami lub fortami. Doskonałe miejsce dla armii zwierząt hodowlanych na planowanie buntu.
Może to było śliczne na swój sposób jako pejzaż do zawieszenia na ścianie, ale sztuczne. Nie, zbyt naturalistyczne, poprawiła się. Otóż to, zbyt dużo przyrody, zbyt dużo otwartej przestrzeni. Nawet domy rozrzucone w bezkresnym krajobrazie domagały się, żeby przystroić je kwiatami. Wszystko było w pełnym rozkwicie, tworząc feerię barw i kształtów.
Widziała nawet pranie wiszące na sznurach niczym skazańcy. Na litość boską, jest 2060 rok. Czy ludzie tutaj nie mają suszarek?
A skoro już o tym mowa – tak, skoro już o tym mowa – gdzie ruch powietrzny? Dostrzegła zaledwie garść powietrznych tramwajów i ani jednego balona wiszącego na niebie i reklamującego wyprzedaż.
Żadnego metra, żadnych wózków z jedzeniem, żadnych turystów, stanowiących łatwy cel dla ulicznych złodziei, żadnych buchających dymem maksibusów, żadnych przeklinających taksówkarzy.
Boże, jak tęskniła za Nowym Jorkiem.
Nawet nie mogła tu usiąść za kierownicą, żeby nie myśleć o tym wszystkim, bo z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu mieszkańcy tego kraju uparli się, by jeździć po złej stronie drogi.
Dlaczego?
Była policjantką, zobowiązaną do służenia ludziom i ich chronienia, nie mogła więc prowadzić auta na tych drogach, będących śmiertelnymi pułapkami, bo prawdopodobnie skończyłoby się to tym, że rozjechałaby niewinnych obywateli. I przy okazji może jeszcze kilka zwierząt.
Ciekawa była, czy kiedykolwiek dotrą tam, dokąd zmierzali, i jaka jest szansa, że dotrą tam w jednym kawałku.
Może powinna wyliczyć prawdopodobieństwo.
Droga znów się zwężała, znów po obu stronach ograniczona krzakami, i porucznik Dallas, niestrudzona tropicielka morderców, psychopatów, seryjnych zabójców, niebezpiecznych dla otoczenia zboczeńców, z trudem się powstrzymała, żeby nie zapiszczeć, kiedy samochód otarł się o żywopłot.
Roarke, którego poślubiła dwa lata temu i przez wzgląd na którego zaproponowała spędzenie tutaj kilku dni ich wakacji, zdjął rękę z kierownicy, żeby poklepać Eve po udzie.
– Odpręż się, moja pani porucznik.
– Uważaj na drogę! Nie patrz na mnie, tylko przed siebie. Chociaż trudno to nazwać drogą. To ścieżka. I co to za przeklęte krzaczory? I w ogóle dlaczego tu rosną?
– To fuksje. Śliczne, prawda?
Ich kwiaty przywodziły jej na myśl rozbryzgi krwi, być może powstałe w wyniku masakry spowodowanej przez batalion zwierząt hodowlanych.
– Powinni je wyciąć.
– Przypuszczam, że rosły tu, nim wytyczono drogę.
O wiele bardziej pociągał ją irlandzki akcent w jego głosie niż droga wijąca się wśród pól.
Zaryzykowała i rzuciła mu spojrzenie. Stwierdziła, że wyglądał na szczęśliwego. Odprężony i szczęśliwy, czuł się swobodnie w cienkiej, skórzanej kurtce i bawełnianej koszulce. Czarne włosy sczesał do tyłu z urodziwej twarzy (zabójczo pociągającej), oczy miał tak niebieskie, że aż ściskało się serce.
Przypomniała sobie, że kilka tygodni temu obydwoje omal nie zginęli. Roarke został poważnie ranny. Myślała... Nadal pamiętała tamten ułamek sekundy, kiedy myślała, że go straciła.
A oto siedział obok niej zdrów i cały. Więc może mu wybaczy, że się zabawia jej kosztem.
Może.
Poza tym sama sobie była winna. Zaproponowała, żeby spędzili część wakacji i uczcili rocznicę ślubu tutaj, by mógł się spotkać z krewnymi, których istnienie dopiero niedawno odkrył. Ostatecznie ona już tu kiedyś była.
Oczywiście wtedy przyleciała śmigłowcem odrzutowym.
Kiedy zwolnił, gdy wjechali do czegoś, co od biedy można by nazwać miasteczkiem, odetchnęła z ulgą.
– Jesteśmy prawie na miejscu – powiedział jej. – To Tulla. Gospodarstwo Sinead leży kilka kilometrów stąd.
W porządku, udało im się dotrzeć szczęśliwie tak daleko. Nakazała sobie, by się odprężyć i przesunęła dłonią po rozwianych, brązowych włosach.
– Spójrz, słońce się przebiło przez chmury.
Przyjrzała się nędznej szparze w szarej zasłonie i blademu promieniowi, który z trudem się przez nią przecisnął.
– Rety, światło. Aż mnie oślepiło.
Roześmiał się i wyciągnął rękę, żeby przygładzić włosy, które przed chwilą potargała.
– Nie jesteśmy w swoim żywiole, moja pani porucznik. Może dobrze od czasu do czasu uciec od codzienności.
Wiedziała, co jest jej codziennością. Śmierć, dochodzenie, szalone miasto, w którym wszyscy wiecznie dokądś biegną, zamiast iść, zapachy w gmachu komendy policji, pośpiech i brzemię dowodzenia.
W ciągu ostatnich dwóch lat część tego stała się również udziałem Roarke’a, pomyślała. Godził to ze swoją własną działalnością, czyli kupowaniem, sprzedawaniem, posiadaniem, tworzeniem niemal wszystkiego w znanym wszechświecie.
Jego początki były równie mroczne i wstrętne, jak jej. Ulicznik z Dublina, pomyślała, złodziej i oszust, któremu udało się uwolnić od bezwzględnego brutala, jakim był jego ojciec. Matka, której nigdy nie poznał, nie miała tyle szczęścia.
Zaczynając tak, stworzył imperium – nie zawsze postępując zgodnie z prawem.
A pomino to Eve, policjantka do szpiku kości, zakochała się w nim – a może właśnie dlatego. Lecz obydwoje nie wszystko o nim wiedzieli, a mogli się tego dowiedzieć na farmie niedaleko miejscowości Tulla w hrabstwie Clare.
– Mogliśmy wziąć śmigłowiec z hotelu – wytknęła mu.
– Lubię prowadzić samochód.
– Wiem o tym, dlatego zastanawiam się, co z tobą nie tak, kolego.
– Polecimy wahadłowcem do Florencji.
– Bezdyskusyjnie.
– I zjemy kolację przy świecach w naszym apartamencie. – Spojrzał na nią z uśmiechem, zadowolony i odprężony. – Zamówimy najlepszą pizzę w mieście.
– Obiecanki-cacanki.
– To dla nich bardzo dużo znaczy, że przyjechaliśmy razem na parę dni.
– Lubię ich – powiedziała, mając na myśli rodzinę jego matki. – Sinead i całą resztę. Wakacje to dobra rzecz. Muszę się tylko odpowiednio nastroić i przestać myśleć o tym, co się dzieje w komendzie. A tak à propos, czym się zajmują tutaj ludzie?
– Pracują, prowadzą farmy, sklepy, dbają o domy i bliskich, chodzą do pubu na piwo i spotkać się ze znajomymi. Proste życie nie oznacza życia niespełnionego.
Prychnęła lekko.
– Zwariowałbyś tutaj.
– Po tygodniu tak. Oboje jesteśmy mieszczuchami, ale rozumiem ludzi, którzy żyją inaczej, którzy cenią sobie lokalną społeczność i wzajemnie się wspomagają. Comhar – dodał – tak to nazywamy po irlandzku. Najbardziej jest to widoczne w zachodnich hrabstwach.
Teraz w pewnej odległości od drogi pojawiły się lasy i malownicze – jeśli ktoś jest miłośnikiem takich widoków – pola, rozdzielone niskimi murkami z kamieni, które – jak przypuszczała – usunięto z malowniczych pól.
Kiedy Roarke zakręcił, rozpoznała dom. Był zarazem rozległy i skromny, z przodu rosły kwiaty, Roarke wyjaśnił jej, że nazywają to przedogródkiem. Jeśli zabudowania mogą roztaczać aurę, przypuszczała, że te emanowały zadowoleniem.
Tutaj dorastała matka Raorke’a, zanim uciekła zafascynowana światłami Dublina. Tam młoda, naiwna, ufna dziewczyna zakochała się w Patricku Roarke’u i urodziła mu dziecko. I umarła, próbując je ratować.
Teraz w domu mieszkała jej siostra-bliźniaczka wraz z dziećmi, rodzeństwem i rodzicami – cała gromadka zdawała się tkwić korzeniami pośród tej zieleni.
Sinead wyszła z domu i powiedziała Eve, że ich wyglądała. Jej ładną twarz otaczały złotorude włosy. Spoglądała na nich serdecznie zielonymi oczami.
To nie więzy krwi sprawiły, że na jej twarzy malowała się miłość, kiedy wyciągnęła ręce w ich stronę. To więź rodzinna. Eve wiedziała, że więzy krwi nie zawsze gwarantowały serdeczne relacje.
Sinead mocno objęła Roarke’a i powitała go po irlandzku, więc Eve nie rozumiała słów. Ale uczucia tej kobiety nie wymagały tłumacza.
Eve widziała miłość, nieskrywaną i bezwarunkową.
Kiedy się odwróciła, sama znalazła się w mocnym uścisku tych samych ramion. Zrobiła wielkie oczy i się zachwiała.
– Fáilte abhaile. Witamy w domu.
– Dziękuję. Ach...
– Wchodźcie, wchodźcie. Wszyscy są w kuchni albo za domem. Mamy dość jedzenia, żeby wyżywić pułk wojska, i pomyśleliśmy sobie, że urządzimy piknik, skoro przywieźliście ze sobą taką ładną pogodę.
Eve spojrzała na niebo i pomyślała, że „ładna pogoda” to rzecz względna, zależy od tego, na co można zwykle liczyć w danym zakątku Ziemi.
– Każę jednemu z chłopców wziąć bagaże i zanieść je do waszego pokoju. Och, jak dobrze was widzieć. Jesteśmy teraz w komplecie. Jesteśmy wszyscy w domu.
Nakarmiono ich i ugoszczono, otoczono i zasypano pytaniami. Eve starała się zapamiętać twarze i imiona wszystkich, wyobrażając ich sobie – nawet raczkujące i uczące się chodzić dzieci – jako podejrzanych na swojej tablicy.
Szczególnie jednego malucha, który starał się wdrapać jej na kolana.
– Nasz Devin to bawidamek. – Matka chłopca, Maggie, roześmiała się i podniosła go w górę, po czym zgrabnie posadziła sobie na biodrze, jak to czynią niektóre kobiety. – Tata mówi, że potem wybieracie się do Włoch. Razem z Connorem zaszaleliśmy i pojechaliśmy na miesiąc miodowy do Wenecji. Było cudownie.
Maluszek, którego trzymała, powiedział coś niewyraźnie i zaczął podrygiwać.
– Zgoda, kawalerze, bo mamy wakacje. Dostaniesz herbatnika. Też masz ochotę?
– Nie, dziękuję.
Chwilę później Eve poczuła na sobie czyjś uporczywy wzrok. Odwróciła się i zobaczyła małego chłopca. Miał zielone oczy, co było znakiem szczególnym członków rodu Brodych, i całe mnóstwo piegów. Poznała go, bo cała rodzina Roarke’a zjechała do Nowego Jorku na ostatnie Święto Dziękczynienia.
– O co chodzi? – zapytała.
– Masz swój paralizator?
Nie przypięła do paska broni, ale na wszelki wypadek przymocowała do nogi w kostce miniparalizator. Przypuszczała, że przyzwyczajenie to druga natura człowieka, lecz była niemal pewna, że Sinead i pozostałym kobietom nie spodoba się, jeśli pokaże dzieciakowi broń podczas rodzinnego pikniku.
– Dlaczego pytasz? Trzeba kogoś unieszkodliwić?
(…)