Strona główna / Literatura światowa / Wakacje w Italii

Aktualności

22.05.2020

Premiera online nowej książki Piotra Borlika

We wtorek 2 czerwca o godz. 19.30 zapraszamy na premierę online najnowszej książki Piotra Borlika "Zapłacz dla mnie".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.04.2020

Krzysztof Gosztyła czyta MAŁY WIELKI TYDZIEŃ

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Mały wielki tydzień" autorstwa Darka Milewskiego w znakomitej interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Wakacje w Italii

Nicky Pellegrino

Prolog

Jestem szczęśliwa, będąc samotną, naprawdę. W moim życiu nie ma miejsca dla mężczyzny. W mojej szafie nie ma miejsca na jego skarpetki i spodenki, nigdzie nie zmieszczą się ani jego żel do włosów, ani maszynki do golenia. Nie chcę, żeby na ścianach mojego mieszka-nia zawisły jego zdjęcia ani żeby w salonie stanął jego telewizor. Nie potrzebuję towarzystwa. Moje życie jest doskonałe takie, jakie jest. Nie potrzebuję zmian.
Wielu ludziom trudno w to uwierzyć. Uparcie podsuwają dostępnych przyjaciół i urządzają beznadziejne przyjęcia. Zupełnie jakby odbierali jako osobistą obrazę fakt, że ktoś ośmielił się wybrać inną drogę życiową niż oni. To dziwne, ponieważ ja cieszę się ich szczęściem. Nie ma nic złego ani w małżeństwie, ani w dzieciach – tyle że ja tego nie chcę. Ani trochę.
W takim razie co tak bardzo podoba mi się w moim ży-ciu? Na przykład to, że codziennie budzę się w brudnym świetle londyńskiego poranka i słyszę szum miasta za podnoszonymi oknami. Że piję pierwszą filiżankę doskonałej czarnej kawy oparta o ławę w mojej czystej białej kuchni. Że zjadam jednego lub dwa tosty na prawdziwym zaczynie, z piekarni za rogiem.
Uwielbiam moje mieszkanie: parter i piętro wysokiego domu w Belgravii, kupione za to, co zostało z pieniędzy rodziców. Ściany są pomalowane na pastelowe barwy, podłogi bielone, prawie nie ma mebli, a jednak wszystko się doskonale mieści: buty w szafce przy drzwiach, czasopisma w równiutkim stosiku na podłodze. Przestronnie i czysto. Tak jak lubię.
Uwielbiam też poranne wędrówki wzdłuż sklepowych wystaw do metra, którym jadę na wschód do studia. Dzielę je z moim wspólnikiem, Johnnym Wellbelove’em. Światło wślizguje się tam przez wysokie okna, jest też kuchnia, cała srebrzysta i błyszcząca, w industrialnym stylu. Jedną ze ścian zastawiliśmy półkami, na których od lat gromadzę najróżniejsze naczynia stołowe, w szufladach zaś upycham kolorowe obrusy i sztućce z najrozmaitszych kompletów.
To tu Johnny fotografuje potrawy, które przyrządzam i stylizuję. Pracujemy dla czasopism i wydawców książ-kowych – zwykle razem, czasem osobno. Moja matka określiłaby Johnny’ego jako „równiachę”; jest zabawny i wygadany, i to mi się w nim podoba, ponieważ dzięki niemu ja nie muszę się starać, żeby taką być. Jako Goodheart & Wellbelove jesteśmy ze sobą tak długo, że współpraca układa się bezproblemowo. I owszem, lubimy robić to, co robimy.
W związku z tym jestem kompletnie niemodna, bo za-dowolona. Nie muszę wiecznie gonić za kolejnym sukcesem ani starać się wspiąć na kolejny szczebel drabiny. To, co mam, całkowicie mi wystarczy, dlaczego więc miałabym chcieć więcej?
A jednak nawet ja rozumiem, czemu od czasu do czasu musimy wychylić się poza nasze życie, choćby nie wia-domo jak doskonale ułożone. Wiem, że dobrze jest odwiedzać nowe miejsca i zapuszczać się w światy innych ludzi przed powrotem do własnego. Uwielbiam moje życie w Londynie, ale czasem, jak wszyscy, odczuwam potrzebę, by od niego odpocząć. Sądzę, że to jeden z powodów, dla których przez te wszystkie lata nie przestałam być Dziewczyną z Willi.


Rosie


Dziewczęta z Willi narodziły się przypadkiem, a ja wła-ściwie nigdy nie powinnam była się wśród nich znaleźć. Wszystko zaczęło się latem, pod koniec roku szkolnego w szóstej klasie. Doskonale pamiętam ten dzień. Był to jeden z tych ranków, kiedy wszyscy powinni ślęczeć w bibliotece i przygotowywać się do egzaminów, ale ja postanowiłam zmienić sobie rozkład zajęć, co często mi się wówczas zdarzało. Zwykle jechałam metrem do Hampstead i spacerowałam po łąkach albo włóczyłam się bez celu po sklepach i targowiskach. Wiele godzin spędzałam w galeriach, muzeach i parkach. Wszystko, byle nie wracać do miejsca, które powinnam wówczas nazywać domem.
Sztuka wagarowania była dla mnie czymś stosunkowo nowym, lecz zdążyłam się już nauczyć, że najważniejsza jest pewność siebie. Nigdy nie wymykałam się chyłkiem ze szkoły; szłam pewnie, z wysoko podniesioną głową, a jeśli zdarzyło się najgorsze i zagadnął mnie któryś z nauczycieli, miałam gotową odpowiedź: „Idę do lekarza. Kobiece sprawy”. Działało za każdym razem.
Tamtego dnia dałam nogę ze szkoły i szłam przez Barbi-can Centre, trzymając się blisko ściany budynku, która osłaniała mnie przed wiatrem, kiedy ujrzałam Addolora-tę Martinelli; siedziała w niedbałej pozie na ławce nad jeziorem i paliła papierosa, a na głowie miała jasnonie-bieski kapelusz, spod którego wymykały się jej czarne kędziory. Najwyraźniej też wagarowała i nie miała naj-mniejszego zamiaru się z tym kryć. Kiedy ją mijałam, zerknęła na mnie i zawołała dużo głośniej, niż to było konieczne:
– Hej, Rosie Goodheart! Czy ty aby nie powinnaś być w szkole?
Kilkoro przechodniów natychmiast odwróciło ku mnie głowy, a ja nawet nie zwolniłam kroku, jakbym nie miała pojęcia, kim ona jest ani czego może chcieć ode mnie.
Gdyby tego lata wszystko układało się normalnie, Addolorata z pewnością zostawiłaby mnie w spokoju. Od lat byłyśmy w tej samej klasie, lecz nigdy się nie zaprzyjaźniłyśmy. Nawet teraz jej osobowość zdaje się kipieć i uciekać spod przykrywki, a w tamtych czasach bez przerwy towarzyszyły jej jakieś dramatyczne wydarzenia: problemy z chłopakami, rozstania, histeryczne obawy przed ciążą. Addolorata nagłaśniała każdą z tych historii, traktując nas jak widownię. Prawie wcale się do niej nie odzywałam.
Ale tego lata uczniom z mojej klasy powiedziano, że powinni być dla mnie mili, a nawet, żeby mieli mnie na oku. W związku z tym, zamiast zostawić mnie w spokoju, Addolorata podniosła się z ławki i ruszyła za mną.
– Rosie, wszystko w porządku? – zawołała, znowu za głośno. – Dokąd idziesz?
Zatrzymałam się, żeby mnie dogoniła i wreszcie przestała wrzeszczeć.
– Przed siebie.
– A dlaczego nie jesteś w szkole?
– Mam dosyć powtarzania materiału.
– Ja też. – Zapaliła kolejnego papierosa i podsunęła mi go, ale pokręciłam głową. – Wszystko mi jedno, jak zdam egzaminy. Po szkole i tak zacznę praco-wać w restauracji ojca, a do tego nie muszę mieć samych szóstek.
– Chyba nie – przyznałam jej rację, licząc w duchu, że to zakończy naszą rozmowę.
Może rzeczywiście dałaby mi spokój, gdyby nie to, że silny podmuch wiatru przywiał do nas dziesięciofuntowy banknot. Addolorata podniosła go, po czym obie rozejrzałyśmy się w poszukiwaniu kogoś, kto go upuścił. W pobliżu nie było żywego ducha.
– Jak myślisz, co powinnyśmy zrobić? – zapytałam.
– Wydać go, oczywiście. Tak się robi ze znalezionymi pieniędzmi: wydaje się je tak szybko, jak szybko się je zdobyło.
Zainteresowała mnie.
– Nie słyszałam o tym – przyznałam.
Addolorata roześmiała się.
– Bo właśnie to wymyśliłam. Ale i tak możemy go wydać. Chodź, kupimy dim sum.
Nie miałam pojęcia, o czym mówi.
– Co kupimy?
– Dim sum. Chińskie pierogi. Nigdy ich nie jadłaś?
Pokręciłam głową.
– Nie wydaje mi się.
– Naprawdę? – zdziwiła się. – Zabiorę cię do mojej ulubionej knajpki. Na pewno ci się spodoba.
Wsiadłyśmy do autobusu jadącego do Chinatown. Nie mam pojęcia, w jaki sposób Addolorata dowiedziała się o istnieniu restauracji, do której mnie zaprowadziła. Najpierw trzeba było skręcić w wąską boczną uliczkę, potem nacisnąć dzwonek przy obdrapanych drzwiach, a następnie wspiąć się drewnianymi schodami na drugie piętro do długiego, surowo urządzonego pomieszczenia. Siedziało w nim mnóstwo Chińczyków, natomiast kobiety o poważnych twarzach pchały między stołami wózki z nierdzewnej stali, na których piętrzyły się bambusowe koszyki z parującą zawartością.
Addolorata nie speszyła się ani trochę. Znalazła dla nas dwa wolne miejsca przy jednym ze stołów i wybrała danie. Wystarczyło skinienie głowy, by przed nami pojawiły się zapiekane pierogi w kształcie półksiężyca, lepki ryż, zawijany w ciemnozielone liście, i panierowane kawałki wieprzowiny.
– Spróbuj – powiedziała, wyławiając pałeczkami z koszyka pierożek z krewetkami. – To obok też jest bardzo dobre.
– Przychodzisz tu z rodziną? – zapytałam, patrząc, jak polewa sobie pieróg pikantnym sosem chili.
– Co? A gdzież tam, mój ojciec nie wziąłby czegoś takiego do ust. Zwykle przychodzę sama. Naprawdę lubię to miejsce. – Nalała sobie herbaty z dzbanuszka. – Czasem przynoszę książkę albo jakieś czasopismo, ale zwykle patrzę na twarze ludzi.
Trochę mnie to zdziwiło.
– Lubisz patrzeć na jedzących ludzi?
Skinęła głową i chwyciła pałeczkami kolejny pierożek.
– Szczególnie na Chińczyków, bo długo siedzą przy posiłku, rozmawiają, piją herbatę, jedzą małymi kęsami. To ciekawe. Czuję się trochę tak, jakbym podglądała ich życie.
Zaintrygowana przyjrzałam się dokładniej siedzącym po drugiej stronie stołu staremu mężczyźnie i dziewczynie. Jedli wspólnie kraba, odłamując szczypce, miażdżąc je młotkiem, a potem wysysając słodkie mięso. Obok nas spora grupka posilała się jakimiś liśćmi, polanymi lepkim sosem, oraz smażoną ośmiornicą. Restaurację wypełniały głosy rodzin i przyjaciół, którzy zebrali się przy jedzeniu. Pulsowała szczęściem.
– Co myślisz o dim sum? – zapytała Addolorata. – Smakują ci?
– Podoba mi się tutaj – powiedziałam. – Te ko-szyczki, miseczki z sosami… Ładnie.
Spojrzała na mnie z ukosa.
– Ale czy ci smakują?
Skinęłam głową, a ona natychmiast skorzystała z pretekstu, by sięgnąć po więcej: żelatynowe kulki ryżowe, siekane krewetki, pieczone tofu. Dla mnie sta-nowczo za dużo. Zaczęłam się obawiać, że rachunek przekroczy dziesięć funtów, i powiedziałam jej o tym.
– Bez obawy. W weekendy pracuję u ojca jako kelnerka. Zawsze mam ze sobą trochę forsy.
Kiedy znalazłyśmy się z powrotem na ulicy, najedzone i niezdecydowane, co robić dalej, Addolorata z wahaniem i dość niezręcznie zadała mi pytanie, które zdążyłam już znienawidzić:
– A tak w ogóle, to jak się miewasz, Rosie? Wszystko w porządku?
Odpowiedziałam, tak jak wszyscy chcieli, żebym odpo-wiadała: Miewam się dobrze, wszystko w porządku. Po czym postanowiłam się od niej uwolnić.
– Dzięki, to było naprawdę pyszne. – Odsunęłam się o krok, potem o jeszcze jeden. – Palce lizać. No to do jutra, jak sądzę?
Na twarzy Addoloraty pojawił się niepokój.
– Zaczekaj, Rosie. Nie chciałam cię zdenerwować.
– Ja się nie denerwuję, tylko… Po prostu muszę iść.
– Do szkoły?
– Jasne, że nie!
– Więc dokąd?
– Do Liberty. – Wtedy to było moje ulubione miejsce. Nadal jest. – Pogapić się na szale i torebki.
Roześmiała się.
– Serio? Dlaczego?
– Bo to lubię.
– Mogę iść z tobą?
– Dam sobie radę. Nie potrzebuję towarzystwa.
– Ale chciałabym.
Zrezygnowałam z oporu. Razem ruszyłyśmy bocznymi uliczkami Soho, a następnie Carnaby Street. Znała tę część Londynu nie gorzej ode mnie, ale nie słyszała o Liberty z jej małymi butikami pełnymi rozmaitych luk-susów. Nigdy nie oglądała tam kolekcji designerskich ciuchów, nigdy nie szperała wśród gablot wypełnionych biżuterią, nie grzebała w jedwabnych szalach, nie otwierała teczek z ozdobną papeterią. Wydawało mi się, że całymi wiekami włóczymy się po piętrach, dotykając rzeczy, na które nie mogłyśmy sobie pozwolić, aż w końcu trafiłyśmy do mojego ulubionego pomieszczenia z kosmetykami, gdzie skorzystałyśmy niemal z każdej próbki.
– Mmmm, cudowne! – Addolorata wypuściła w powietrze obłoczek Chanel No 5. – Szkoda, że nie mogę sobie kupić flakonika…
– Przecież powiedziałaś, że zarabiasz sporo u ojca?
– Tak, ale nie potrafię oszczędzać, żeby uzbierać na coś sensownego. – Odstawiła flakonik i uśmiechnęła się do sprzedawczyni. – Wszystko wydaję na jedzenie.
Zrobiło się późno, na zewnątrz mętny londyński dzień zanurzał się powoli w zmierzch. W Liberty włączono światła; teraz luksusowe wnętrza jeszcze bardziej przy-pominały szkatułki z kosztownościami. Na ladach pię-trzyły się piękne rzeczy, które każdy chciałby mieć, a w powietrzu unosił się zapach nowych materiałów, wypolerowanego drewna i pustych popołudni.
– Muszę już iść – powiedziała Addolorata z ociąganiem. – Matka na mnie czeka.
– Ja też chyba powinnam się zbierać.
Kiedy byłyśmy w połowie Carnaby Street, wyjęłam z kieszeni flakonik.
– Proszę. – Podałam jej go. – To dla ciebie.
– Co to?
– Perfumy, które ci się podobały. Chanel No 5.
Addolorata wytrzeszczyła oczy.
– Ukradłaś je?
– To tylko próbka, w dodatku do połowy zużyta.
– Ale jednak ukradłaś.
Wzruszyłam ramionami.
– Jeśli nie chcesz, to trudno.
– Nie, nie! Wezmę je.
Wepchnęła flakonik głęboko do kieszeni kurtki.
Wcale nie chciałam jej zaszokować ani nawet jej zaim-ponować. Wzięłam te perfumy wyłącznie dlatego, że tak bardzo ją urzekły. To była najprostsza rzecz na świecie. Ale teraz widziałam, że Addolorata patrzy na mnie zupełnie inaczej niż do tej pory.
– A gdyby cię złapali?
– Ale nie złapali – zwróciłam jej uwagę.
– Gdyby mnie przyłapano na czymś takim, rodzice chybaby mnie zabili.
– Ja nie mam rodziców – oznajmiłam rzeczowo. – Już nie.
– A niech to! Przepraszam… – Zdawała się auten-tycznie przejęta. – Nie powinnam była tego mówić. Zapomniałam.
– Nie musisz przepraszać. To nie twoja wina.
Umilkła. Milczenie przeciągało się, tak że w końcu obie poczułyśmy się niezręcznie. W chwili kiedy skręcałyśmy w Broadwick Street, Addolorata zadała mi pytanie. Jedno drobne pytanie, które wszystko odmieniło.
– Rosie, co zamierzasz robić, kiedy skończysz szkołę?
– Nie mam pojęcia – wyznałam. – A ty?
– Jadę do Hiszpanii. Ciotka Toni odstępuje nam na kilka tygodni swój dom na Majorce.
– Nieźle. Masz szczęście.
– Może wybrałabyś się z nami? To nie będzie nic nadzwyczajnego; po prostu będziemy się opalać i pić piwo San Miguel.
– Ja? – zdziwiłam się. – Toni chyba nie myślała o tym, żeby mnie zaprosić?
Toni także należała do dziewczyn, z którymi prawie nie rozmawiałam, sama za to bez przerwy opowiadała o problemach z chłopakami i niby niechcący prezento-wała wszystkim opakowania prezerwatyw w torebce.
– Czemu nie? Jedzie cała gromada, jedna mniej czy więcej nie zrobi różnicy.
– Ale przecież Toni mnie nie lubi!
– Nie wydaje mi się. Przecież prawie cię nie zna.
Sięgnęła do kieszeni i zacisnęła palce na flakoniku.
Rzeczywiście nie miałam bladego pojęcia co ze sobą robić po egzaminach. Szkoła była jedyną stałą wartością, jaka pozostała w moim życiu. Owszem, nie znosiłam nauczycieli i nudnych lekcji, ale dzięki nim przynajmniej miałam przed czym uciekać. Co by się ze mną stało, gdybym i to straciła?
– Mieszkasz z ciotką, prawda? Myślisz, że zapłaci-łaby ci za przelot?
– Z ciotką nie najlepiej mi się układało. Teraz mieszkam z wujkiem.
– Więc może by ci pomógł? To nie będzie dużo kosztowało, tylko bilety i jedzenie. Za mnie płaci mój ojciec. To ma być zadatek na poczet przyszłej pensji. Udałoby ci się zorganizować forsę?
Pomyślałam o tym, jak by to było znaleźć się w obcym kraju, daleko stąd, wśród cudzej mowy, której nie potrafiłabym zrozumieć, wśród nieznajomych barw, potraw i twarzy.
– Może… Sama nie wiem. Muszę się zastanowić.
– Powiem już reszcie, dobrze? Jestem pewna, że będzie okej.

Z dziennika Addolorat:

Niech to szlag trafi, ależ się na mnie wściekną, jak tylko się dowiedzą, kogo zaprosiłam do Hiszpanii! Rodzina zawsze powtarza mi, że jestem zbyt impulsywna, i teraz widzę, że to może być prawda. Ale już za późno, nie mogę tego odwołać. Biedna dziewczyna. Rodzice zgnieceni na miazgę w samochodzie na M6, mieszka z jakimś wujkiem i wydaje się cholernie samotna, chociaż chyba ma jakichś przyjaciół? Tak mi się przynajmniej wydaje. Muszę jakoś przekonać resztę, żeby się zgodziły. To przecież zaledwie kilka tygodni, a będzie nas tam całe mnóstwo. Mam tylko nadzieję, że nie zacznie tam kraść i że nie trafimy przez nią wszystkie do więzienia.
Dziwna z niej dziewczyna. Zastanawiam się, jaka ja bym była, gdybym straciła rodziców w taki sposób. Na pewno nie taka jak Rosie Goodheart. Nigdy nie widziałam, żeby płakała. Nikt nigdy tego nie widział.