Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Jak makiem zasiał

Aktualności

26.11.2021

Dwie książki Prószyński i S-ka z Nagrodą KLIO!

Z przyjemnością informujemy, że Agnieszka Cubała oraz Krzysztof Mordyński otrzymali Nagrodę KLIO 2021 w kategorii Varsaviana. Gratulujemy!

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

27.11.2021

Rozmowa z Katarzyną Puzyńską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu Katarzyną Puzyńską, autorką ksiązki "Chąśba".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem córką szejka Laila Shukri
  2. TOPR 2. Nie każdy wróci Beata Sabała-Zielińska
  3. Billy Summers Stephen King

Jak makiem zasiał

Anna Trojan

Cienki drut rozciągnięto na wysokości kolan, od kamiennego cokołu, na którym przysiadł czarny anioł śmierci z bukietem maków w dłoni, do kutego w metalu krzyża po drugiej stronie alei. Nieco wyżej umieszczono drugi drut, podobnie jak pierwszy połączony ze strzelbą przemyślnym systemem linek, tak by nawet przy lekkim dotknięciu uruchomić mechanizm samostrzału. Kolejne pułapki ustawiono przy końcu alei, między wysokimi sosnami i dalej na ścieżce prowadzącej do najstarszej części cmentarza Świętego Bartłomieja, nazywanej czarnym cmentarzem. 

Kiedyś, gdy grzebano tu jedynie ubogich z przytułku i ofiary cholery, teren miał kształt niedużego prostokąta, ukrytego wśród jałowych ugorów. Jednak w miarę jak rozrastało się miasto i on poszerzał swą powierzchnię, rozciągając się aż do urwistego brzegu rzeki. Do starej części przyłączano kolejne parcele, trochę przypadkowo wyszarpnięte z przyległych nieużytków, aż cmentarz sięg­nął do sosnowego lasu. Wtedy to zatarła się regularna sieć alejek, układ ciągów powietrznych uległ zakłóceniu, co groziło zastojem szkodliwych miazmatów. Zdawało się jednak, że nikt nie był świadomy niebezpieczeństwa gromadzenia się owych trujących jadów, tłumionych jedynie wonią bzów i jaśminów i przeganianych od czasu do czasu ostrym podmuchem od rzeki. Nikomu też nie przyszło do głowy, że może to być miejsce dramatycznych zdarzeń.

– No, tu będzie dobrze. – Niepozorny człowiek w myśliwskiej burce wskazał figurę anioła. – Jakby szedł tą boczną dróżką, to wpadnie – tłumaczył. – I jakby tak od rzeki, to też, psubrat, musi się nadziać. Tylko, synku, porządnie naciągnij ten drut, porządnie, i tu zaraz przywiąż. Ale mocno! Bo jak luz będzie, to za późno wypali i wszystko czort weźmie. A to musi być precyzja. Rozumiesz?
– Aha! – przytaknął młody mężczyzna, przyglądając się uważnie myśliwemu, który szykował samostrzały.
Przy końcu października zmrok zapadał szybko; najpierw krył się po krzakach, a potem jak mgła spływał na ziemię i groby. Ludziom patrolujących teren cmentarza coraz trudniej było rozróżniać kształty wchłaniane przez szarość. Obeszli alejki i rozchodzące się od nich ścieżki, ginące w wyschłej trawie. Sprawdzili grobowce otoczone wiecznie zielonymi cisami, zbadali uchyłki terenu i zarośla zamierających jeżyn, gdzie można było się schować i przeczekać do nocy. Doszli aż do nadrzecznej skarpy, tam wypalili po papierosie i zawrócili dróżką wzdłuż muru z czerwonej cegły. W końcu zatrzymali się koło niewielkiej kaplicy, za którą rozpalono ognisko z uschłych badyli i liści.
– Ale się nam trafiła robota! – mruknął starszy. – Zaraz zrobi się ciemno. Mam tu coś na te smętne godziny – dodał, klepiąc się znacząco po kieszeni znoszonej mundurowej kurtki.
– Najlepiej dorwać tego drania, to nie będziemy musieli tu łazić – skwitował drugi.
Przed zmrokiem na cmentarzu pojawił się komisarz policji śledczej Połżniewicz. Był to człowiek z niemałym doświadczeniem, wciąż pełen energii i determinacji. Wprawdzie przekroczył już południe życia, zachował jednak wyprostowaną, szczupłą sylwetkę i bujną kędzierzawą czuprynę z kilkoma tylko muśnięciami siwizny, a jego wypielęgnowane, podkręcone wąsy nadal mogły uchodzić za czarne. Komisarz miał słabość do dobrej rosyjskiej herbaty, oczywiście parzonej w samowarze, a ostatnio stał się też amatorem fajki, dzięki której jego głos tracił trochę na miękkości, ale za to nabierał stosownego dla wieku i stanowiska chropowatego tonu.
– Tylko żeby nie było żadnej fuszerki, tak jak ostatnim razem! – strofował swoich ludzi, obserwując ich działania i od czasu do czasu okadzając aromatem nowego tytoniu.
– Nie ma mowy, panie komisarzu! Wszystko idzie zgodnie z planem – odpowiedział młody mężczyzna z nutą lizusostwa w głosie.
– Zgodnie z planem? Zawsze pan tak mówisz! No, to żebyście tak zgodnie z planem złapali tego drania, bo jak do tej pory…
– Sam wszystkiego dopilnuję – zapewniał młody. – Na mnie może pan polegać.
– Wystarczy, że będzie pan robił to, co do pana należy, a pilnowanie pozostaw pan innym – odparł komisarz, przyglądając się z rosnącą irytacją swemu asystentowi, którego wszyscy nazywali Trzecim.
Komisarz starał się do niego nie uprzedzać, ale to nie było łatwe, a rozmowa z Trzecim najczęściej wywoływała u niego stan rozdrażnienia. A teraz stale czuł się rozdrażniony. Fakt, że przez tyle czasu nie udało się schwytać grasującego na cmentarzu oprawcy, był jak bolący ząb, jak tłusta plama na koszuli, podważał jego autorytet i profesjonalizm, skuteczność podejmowanych działań. Ba, skuteczność działań całej policji.
– Do diabła, musimy wreszcie złapać tego drania! – powtarzał komisarz. Jeśli znów się pojawi, dodał w duchu. Jeśli, jeśli… – irytował się coraz bardziej. Właściwie było mu już wszystko jedno, czy złapią oprawcę żywego, czy nadzieje się na któryś z samostrzałów. – Najważniejsze, żeby zakończyć tę parszywą sprawę. Najwyższy czas.
Ale mężczyzna, który obserwował cmentarz od strony rzeki, wcale się nie spieszył. Czekał, aż zapadnie zmrok. A potem czekał, aż zmrok przejdzie w noc, coraz głębszą i głębszą. Widział, jak strażnicy z latarnią przesuwają się wzdłuż muru i zatrzymują parę metrów od skraju skarpy. Nawet gdyby podeszli bliżej, i tak by go nie dojrzeli, ale nie podeszli, wypalili po papierosie i zawrócili. Nie, nikt mnie nie wytropi, pomyślał mężczyzna z lekkim zadowoleniem.

Wszystko zaczęło się dwa miesiące temu, pod koniec wakacji. Dla policji był to jeden z gorszych okresów roku, a ten sezon, zdaniem komisarza, przewyższał pod tym względem wszystkie poprzednie. Po gorącym lecie pozostał niepokój, który raz po raz wybuchał w gwałtownych ulewach i wichrach. Wzrastała liczba chorych – fiksatów, deliryków i epileptyków zwożonych z okolic na oddział dla obłąkanych. Wśród biedoty szerzyła się dyzenteria, bogatsi cierpieli na melancholię i podagrę. W ludziach pulsowała złość, na rynku częściej dochodziło do bójek i awantur. W powietrzu unosiły się galwaniczne odpryski burzy, w każdej chwili grożąc spięciem.
I właśnie pod koniec sierpnia, na świętego Bartłomieja, gdy ludzie tłumnie przybyli na odpust do kościoła Dominikanów, nad miastem rozszalała się nawałnica. Lało niemiłosiernie, a pioruny przeszywały niebo jak złowrogie strzały boskiego gniewu. Zgromadzeni na rynku ludzie rozpierzchli się w takim pośpiechu, że kilku nieszczęśników musiał potem opatrywać miejski chirurg. Następnego dnia Bastek, niemy pomocnik grabarza, wczesnym, jeszcze chłodnym rankiem poszedł dokończyć kopanie grobu dla ofiary tyfusu z miejskiego szpitala. Biedaków zazwyczaj grzebano w kwartale nazwanym czarnym cmentarzem albo cmentarzem czarnego anioła, położonym tuż przy nadrzecznej skarpie. Żeby tam trafić, trzeba było zejść z głównej alei tuż za figurą anioła śmierci sypiącego mak z kamiennych makówek. Na czarnym cmentarzu nie było pomników ani krypt, a większość zwykłych ziemnych grobów zarastały olbrzymie krzewy dzikiego bzu, bujne łopiany i strzeliste pokrzywy. Z daleka miejsce to wydawało się zielonym gąszczem, w którym gdzieniegdzie żółtawe plamy piachu wyznaczały nowe pochówki.
Pomocnik grabarza skręcił właśnie w boczną alejkę, pogwizdywał cicho, bo dzień zapowiadał się ładny, niebo błękitniało. Mokre od nocnego deszczu trawy połyskiwały w słońcu. Bastek schylił się, żeby urwać źdźbło. Wtedy ją zobaczył. Leżała za krzakiem bzu, przykryta kawałkami rozbitej trumny. Chłopak stanął jak wryty, źdźbło wypadło mu z ręki. Nie mógł pojąć, co się stało. Po chwili podszedł parę kroków, nie odrywając oczu od trupa, i znowu przystanął. Spod desek wystawały nogi i nienaturalnie ułożona ręka. Ostrożnie podniósł wieko, odsłaniając ciało kobiety, którą kilka dni temu pochował. Ale teraz były to już tylko poszarpane ludzkie szczątki, wydane na pastwę owadów. W rozpłatanej jamie brzucha roiły się muchy, a wokół krążyły nerwowłosy zwabione mdłym zapachem rozkładu. Bastek stał i nie wiedział, co zrobić.
To, że pochówki w tej części cmentarza nie były uroczyście obchodzone i często nikt na nich się nie zjawiał, nie oznaczało, że pomocnik grabarza nie przykładał się do pracy. Dla wszystkich kopał groby jak należy, dla dorosłych na siedem stóp głębokie i długie, dla małych dzieci płytsze, tylko na cztery stopy. Dlatego bardzo mu się nie spodobało, że ktoś nocą wygrzebał zwłoki. W jego świadomości powoli kiełkowała myśl: To nie może tak być! Nie może być! – powtarzał z rosnącą złością. Przecież to on będzie musiał pochować je na nowo. A dzień zapowiadał się upalnie, słońce już przeświecało przez konary wysokich sosen, rzucając migotliwe światło na rozbitą trumnę i zmasakrowane ciało. W końcu Bastek zdecydował, że musi kogoś powiadomić o swoim odkryciu. Odwrócił się i ruszył ku bramie, szukając grabarza Józefa. Dojrzał go koło kaplicy i zaczął biec w jego kierunku, rozpaczliwie wymachując rękami. A Józef wiedział, że należy zawiadomić policję.

Szymon Drużyński był mężczyzną słusznej postawy o ciemnych, rzednących tu i ówdzie włosach i tubalnym głosie. Od lat pełnił funkcję zastępcy komisarza Połżniewicza i nie miał szansy na dalszy awans. Ale nie narzekał, było mu z tym całkiem nieźle. Drużyński miał również tę zaletę, że był tutejszy i znał niemal wszystkich mieszkańców miasta. W zasadzie poznał też wszelkie brzydkie uczynki bliźnich i wydawało się, że nic już nie może go zaskoczyć. Ale tego ranka, gdy zdyszany grabarz opowiedział mu o odkryciu zwłok na cmentarzu, Drużyński był zdezorientowany. Uznał, że sprawa jest co najmniej dziwna i komisarz musi się o niej natychmiast dowiedzieć.
– Mamy trupa na cmentarzu – oświadczył ponuro, gdy wszedł do gabinetu komisarza.
Komisarz zaszeleścił gazetą i spojrzał na niego z niepokojem.
– Jakiego znowu trupa na cmentarzu? Co pan mówi?
– Wykopany z grobu, że tak powiem, i do tego pocięty.
– Zaraz, zaraz! Jak to, wykopany? – z niedowierzaniem powtórzył komisarz.
– Nie wiadomo. To się stało w nocy, rano grabarz znalazł trupa i przyleciał nas zawiadomić.
– No, wiedziałem, że jakaś parszywa sprawa nam się trafi! – Komisarz zamaszystym ruchem odłożył gazetę. – I kto to zrobił? Co za swołocz? Może dziki wygrzebały?
– Raczej nie. Grabarz mówi, że to wygląda, jakby ktoś wykopał zwłoki, a potem porozcinał.
– Do diabła, jeszcze tego nam brakowało. Jakieś zabobony czy co. Co to za trup?
– Nic nie wiem. Mówił tylko, że kobieta, co ją kilka dni temu pochowano na czarnym cmentarzu, a teraz ją ktoś wyciągnął i rozpłatał jej brzuch.
– O, do diabła! Musi ktoś tam pojechać i zobaczyć, jak to wygląda na miejscu. I doktor też powinien rzucić okiem – zadecydował komisarz. – Weźmie pan Trzeciego, niech się chłopak uczy. Chyba że woli pan sam?
– Może Trzeci mógłby sam? – wymigiwał się Drużyński. – Bo ja miałem zajrzeć do tych składów za rzeką. Mógłby wziąć Wasyla, on jest dobry w terenie, że tak powiem.
– Weźmie pan Trzeciego i Wasyla, to szybko się z tym uwiniecie. Przypilnuje pan, żeby zrobili, co trzeba. Ja tam później też zajrzę.
Koło południa komisarz pojawił się na cmentarzu. Masywna metalowa brama była szeroko otwarta, a za nią zielona aleja obsadzona cisami prowadziła wśród okazałych grobowców w dół ku rzece. Ale nikogo tam nie było. Dopiero gdy komisarz skręcił za kaplicą pogrzebową, zobaczył grupkę ludzi. Doktor Werner pochylony koło studni mył ręce. Białe rękawy koszuli miał podciągnięte do łokci. Wasyl stał obok, polewał mu dłonie wodą z wiadra.
– A, szanowny pan komisarz – odezwał się na powitanie doktor.
– Uszanowanie, doktorze. Już pan skończył? – Komisarz podszedł do studni, patrząc pod nogi na strużkę wody szybko wsiąkającą w piasek. – No i co to było?
– To pan jeszcze nie widział ciała? Jest tu, w kaplicy – odparł doktor, z uwagą oglądając swoje dłonie. – To mi nie wygląda na zwierzęta.
– To co? Jakieś zabobony, czary czy jak to tam nazwać?
– Trudno powiedzieć, ale raczej nie.
– Niczego nie wycięto, żadnych organów, palców, skóry, języka?
– O ile mogłem w tych warunkach stwierdzić, to niczego. Chociaż uszkodzenia są znaczne, jama brzucha rozcięta. Wszystko to razem wygląda paskudnie. A ten pana asystent nie bardzo odporny na takie widoki.
– No cóż, każdy musi się przyzwyczaić. Jeszcze nie takie rzeczy go czekają. – Komisarz ruszył do kaplicy.
Był to niewielki murowany budynek z wysmukłą wieżyczką i małymi okienkami, wzniesiony w czasach, gdy obawa przed pogrzebaniem kogoś w letargu zawładnęła silniej ludzką wyobraźnią. Stało się to po niepokojących odkryciach, dokonanych podczas likwidacji jednego z paryskich cmentarzy. Znaleziono tam ludzkie szczątki, których ułożenie wskazywało na zbyt pochopne zakwalifikowanie niektórych osób do zmarłych. Aby zapobiec w przyszłości podobnym pomyłkom, wydano stosowne zarządzenia i przepisy sanitarne, zakazujące pospiesznych pochówków i sekcji zwłok. Na cmentarzach wznoszono domy przedpogrzebowe i kaplice, służące jako swojego rodzaju poczekalnie, w których przez trzy dni przechowywano ciała na wypadek pozornej śmierci. Jakieś piętnaście lat temu taka kaplica powstała też na cmentarzu Świętego Bartłomieja, jednak od początku swego istnienia stała prawie nieużywana. Tylko kilka razy do roku odprawiano tam żałobne nabożeństwa, a przez resztę czasu zasiedlały ją pająki i polne myszy, szukając resztek niedopalonej świecy albo nieopatrznie zostawionej pogrzebowej chorągwi.
Wchodząc do środka, komisarz wyczuł niczym nieprzytłumiony zapach stęchlizny i martwoty. Od razu podszedł do drewnianego katafalku, na którym ułożono zwłoki. Ktoś przykrył je starym konopnym workiem, jak prowizorycznym całunem. Komisarz ściągnął worek i wstrzymał oddech. Właściwie mógł się spodziewać takiego widoku, ale i tak musiał się przemóc, żeby przyjrzeć się temu dokładnie. Od śmierci kobiety minęło zaledwie kilka dni, ale brutalne uszkodzenia zadane ręką oprawcy zmieniły ciało w krwawy manekin. Rozcięcie wargi, szramy na policzkach i potężne cięcie biegnące od mostka aż do łona z pewnością nie były dziełem chirurga. Poszarpane brzegi wskazywały, że nie użyto noża chirurgicznego; lecz jakieś inne narzędzie, jakby potężny pazur, z dziką siłą rozpruło brzuch kobiety. Komisarz patrzył na to z niesmakiem, potem odwrócił się i wyszedł.
Przy drzwiach kaplicy czekał na niego Trzeci. Szczupły, wysoki, ale nieco nieproporcjonalnie zbudowany, wydawał się niepokojąco niezgrabny, jakby za chwilę miał o coś zawadzić. Na dodatek jego ruchliwa twarz nie odznaczała się symetrią i nie robiła dobrego wrażenia. Trzeci zazwyczaj miał dużo do powiedzenia, za dużo zdaniem komisarza, ale teraz najwidoczniej jeszcze nie przyszedł do siebie, bo ledwo coś bąkał. (…)