Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Ciemności, weź mnie za rękę

Aktualności

29.07.2022

Spotkanie z Dagmarą Andryką w Warszawie

W czwartek 25 sierpnia o godz. 19:00 zapraszamy do PROM-u Kultury Saska Kępa (ul. Brukselska 23, Warszawa) na spotkanie z Dagmarą Andryką, autorką książki "As".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Perska wytrwałość Laila Shukri
  3. TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka Beata Sabała-Zielińska

Ciemności, weź mnie za rękę

Dennis Lehane

Rozdział 4.

(…)
Wyglądał jak mors pozbawiony wąsów. Był niewiarygodnie wielki, do tego otoczony kłębami niebieskawego dymu i ubrany w kilka warstw szczelnie pozapinanych ciemnych ubrań, toteż jego masywna, kanciasta głowa z wydatnym czołem, zwieńczająca ciemny ogrom ciała, wyglądała jak coś, co pod ciśnieniem wypłynęło spod ciasnego kołnierzyka i rozdęło się na boki, w stronę ramion. Niemniej błyszczące, wąskie, lekko ukośne oczy sprawiały sympatyczne, ojcowskie wrażenie i nawet pasowały do szerokiego uśmiechu. A uśmiechał się niemal bez przerwy – do przechodniów na ulicy, fotoreporterów czyhających na schodach przed sądem, jak też zapewne do swoich ofiar, zanim jego ludzie poprzestrzelali im kolana.
– Siadajcie, proszę – powiedział.
Poza nami i Freddym w kawiarni był tylko jeszcze jeden mężczyzna. Siedział jakieś sześć metrów dalej, w drugim kącie, przy stoliku do połowy ukrytym za wystającą ze ściany belką nośną, trzymał tylko jedną rękę na blacie, a podkurczone nogi miał skrzyżowane w kostkach. Był ubrany w jasne bawełniane spodnie, białą koszulę, szarą apaszkę i sztruksową marynarkę ze skórzanymi wyłogami. W ogóle nie patrzył w naszą stronę, ale nie dałbym sobie głowy obciąć, że nie obserwował nas ukradkiem. Nazywał się Pine. Chyba w ogóle nie używał imienia, przynajmniej nigdy go nie słyszałem, i był żywą legendą półświatka, przeżył czterech różnych bossów oraz trzy wojny mafijnych rodzin, a jego wrogowie mieli zwyczaj znikać bez śladu, wszyscy zaś bardzo szybko zapominali o ich istnieniu. Tu, przy kawiarnianym stoliku, sprawiał wrażenie całkiem niegroźnego, przeciętnego faceta, dość przystojnego, choć o pospolitych, niezostających w pamięci rysach, o jakichś stu osiemdziesięciu centymetrach wzrostu, ciemnoblond włosach, zielonych oczach, średniej budowy ciała.
Ale tylko z tego powodu, że znaleźliśmy się razem z nim w jednym pomieszczeniu, ciarki przeszły mi po plecach.
Ledwie usiedliśmy przy stoliku, Gruby Freddy zaczął:
– Prostata.
– Słucham? – Angie zrobiła wielkie oczy.
– Prostata – powtórzył. Nalał sobie do filiżanki kawy z dzbanka, który następnie przekazał Gennaro. – W waszym wieku nie macie się czym martwić, nie to, co w moim. – Skinął głową, stawiając przede mną filiżankę, po czym podsunął Angie cukiernicę i słoiczek ze śmietanką. – Możecie mi wierzyć. Dotarłem na same szczyty w swojej profesji, córka została właśnie przyjęta do Harvardu i finansowo niczego mi nie brakuje. – Poprawił się na krześle, krzywiąc przy tym boleśnie, co wyglądało, jakby dwie grube fałdy tłuszczu zsunęły mu się pod skórą z policzków ku brodzie, na chwilę niemal całkowicie zasłaniając usta. – Ale przysięgam, że oddałbym to wszystko za zdrową prostatę. – Westchnął ciężko. – A ty?
– Co?
– Nie narzekasz na prostatę?
– Kiedy ostatnio sprawdzałem, wszystko było w porządku, panie Constantine.
Pochylił się w moją stronę.
– Nawet nie wiesz, jakie to szczęście, młody przyjacielu. Korzystaj z niego, dopóki możesz. Mężczyzna z chorą prostatą jest jak... – rozłożył ręce nad stołem – ...mężczyzna bez tajemnic, pozbawiony godności. Tymczasem lekarze... Jezu, potrafią tylko przerzucać człowieka to na plecy, to na brzuch, wpychać w niego jakieś małe diabelskie narzędzia, uciskać, szturchać, macać...
– To straszne – przerwała mu Angie.
Dzięki Bogu trochę się opanował. Skinął głową i ciągnął:
– Straszne to za mało powiedziane. – Zamrugał i popatrzył na nią takim wzrokiem, jakby dopiero teraz ją dostrzegł. – Ale ty, moja droga, jesteś nazbyt subtelną osóbką, żeby wysłuchiwać takiego zrzędzenia. – Chwycił jej rękę i ucałował dłoń. Ledwie się powstrzymałem, żeby nie podnieść oczu do nieba. – Miałem okazję poznać twojego dziadka, Angelo. Znamy się nawet dość dobrze.
Uśmiechnęła się przymilnie.
– Jest bardzo dumny z tej znajomości, panie Constantine.
– Nie omieszkam mu nadmienić, jaką przyjemnością było dla mnie spotkanie z jego wnuczką. – Zerknął na mnie i błyski w jego oczach jakby nagle przygasły. – A ty, Kenzie, masz pilne baczenie na tę kobietę, jak mniemam, i troszczysz się bezustannie, by nic złego jej nie spotkało?
– W tym zakresie „ta kobieta” potrafi doskonale zadbać o siebie, panie Constantine – odpowiedziała za mnie Angie.
Gruby Freddy utkwił we mnie surowe spojrzenie oczu mętniejących z sekundy na sekundę, jakby mu było nie w smak to, co widzi. Wreszcie zakomunikował:
– Nasi przyjaciele dołączą do nas za minutę.
Kiedy tylko Freddy odchylił się na oparcie i sięgnął po dzbanek z kawą, ochroniarz przy wejściu odezwał się głośno:
– Proszę wejść, panie Rouse.
Oczy Angie rozszerzyły się, gdy Jack Rouse i Kevin Hurlihy wkroczyli na salę.
Rouse kontrolował Southie, Charlestown oraz teren od Savin Hill do rzeki Neponset w Dorchester. Był drobny i żylasty, a jego oczy miały ten sam odcień co matowoczarne krótkie włosy. Nie robił specjalnie groźnego wrażenia – nie było to konieczne. Od tego miał Kevina.
Hurlihy’ego znałem od początku podstawówki, toteż doskonale wiedziałem, że wszystko, co kołacze mu się pod czaszką i krąży w żyłach, nie ma nic wspólnego z ludzkimi odruchami. Podszedł z dumnie zadartą brodą, nawet nie spojrzawszy na Pine’a, choć uważał go za swój ideał. Dla niego to był niedościgniony wzór, okaz spokoju i pragmatyzmu, podczas gdy Kevin przypominał obnażony kłębek nerwów z oczami płonącymi dzikim blaskiem jak zasilane z baterii lampki, mógł zastrzelić każdego tylko dlatego, że naszedł go taki kaprys. Pine był przerażający, zabijanie uważał za swoją profesję, niczym się nieróżniącą od każdej innej. Natomiast Kevin budził strach dlatego, że zabijanie stało się jego hobby i gotów był mordować za darmo.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po uściśnięciu dłoni Freddy’ego i zajęciu miejsca obok mnie, było zgaszenie papierosa w mojej filiżance z kawą. Potem przygładził dłonią gęste zmierzwione włosy i spojrzał na mnie wyzywającym wzrokiem.
– Jack, Kevin – zaczął Freddy. – Na pewno znacie pana Kenzie i pannę Gennaro, prawda?
– Jasne, to nasi starzy przyjaciele. – Rouse usadowił się obok Angie. – Kumple z jednej ulicy, jak Kevin. – Pochylił się i zdjął drogą granatową marynarkę, którą powiesił na oparciu krzesła. – To święta prawda, no nie, Kev?
Ale Hurlihy był zbyt zajęty świdrowaniem mnie oczkami zza okularów, żeby odpowiedzieć.
– Lubię, gdy od razu wykłada się karty na stół – powiedział Gruby Freddy. – Rogowski mówi, że jesteście w porządku, i chyba macie problem, w którym mógłbym wam pomóc, więc niech tak będzie. Ale skoro pochodzicie z tych samych stron co Jack, muszę go zapytać, czy chce być obecny przy tej rozmowie. Pewnie mnie rozumiecie, prawda?
Oboje przytaknęliśmy ruchem głowy.
Kevin przypalił następnego papierosa i dmuchnął mi dymem we włosy.
Freddy ułożył dłonie płasko na stole.
– Zatem wszyscy jesteśmy zgodni. Proszę mi więc powiedzieć, panie Kenzie, czego wam potrzeba.
– Zostaliśmy zaangażowani przez klientkę, której...
– Jak kawa, Jack? – zapytał Freddy. – Nie chcesz więcej śmietanki?
– Bardzo dobra, panie Constantine. Doskonała.
– ...której – ciągnąłem – wydaje się, że zadarła z jednym z ludzi Jacka.
– Ludzi Jacka? – Freddy zmarszczył brwi. Zerknął na Rouse’a i z powrotem zwrócił wzrok na mnie. – Jesteśmy tylko drobnymi biznesmenami, panie Kenzie. Owszem, zatrudniamy pracowników, ale ich lojalność wobec nas kończy się na podpisywaniu listy płac. – Znów zerknął na Jacka. – Więc o jakich ludziach mowa?
Obaj zachichotali.
Angie uniosła rękę.
Kevin znów dmuchnął mi dymem we włosy.
Czułem coraz silniejsze zmęczenie, poza tym trochę szumiało mi jeszcze w głowie po wódce Bubby, dlatego nie byłem w nastroju do prowadzenia słownych utarczek z gromadą zwyrodniałych psychopatów, którzy panowali nad sobą tylko dlatego, że znali na pamięć „Ojca chrzestnego”. Toteż musiałem sobie przypominać, iż przynajmniej Freddy jest na tyle wpływowy, że może zażądać na jutrzejszy obiad mojej smażonej wątroby, jeśli tylko przyjdzie mu ochota.
– Panie Constantine, jeden z... bliskich współpracowników pana Rouse’a widocznie rozgniewał się na naszą klientkę, gdyż posunął się do pogróżek…
– Pogróżek? – zdumiał się Freddy.
– Pogróżek? – powtórzył Jack, uśmiechając się do bossa.
– Owszem, pogróżek – odezwała się Angie. – Wygląda, że nasza klientka miała nieszczęście rozmawiać z jedną z dziewcząt pańskiego współpracownika, podobno znającą szczegóły przestępczej działalności swojego chłopaka, obejmującej między innymi... Jak mam to nazwać? – spytała, śmiało patrząc Freddy’emu w oczy. – Gospodarką odpadami po uprzednio żywych ludzkich tkankach?
Minęła dobra minuta, nim dotarł do niego sens tego określenia. Wąskie oczka zwęziły się jeszcze bardziej, zanim odchylił masywną głowę do tyłu i ryknął gromkim śmiechem, który musiał się ponieść daleko po całej Prince Street. Jack miał osłupiałą minę. Kevin wyglądał na rozwścieczonego, ale po nim trudno się było spodziewać innej reakcji.
– Pine! – wykrzyknął Freddy. – Słyszałeś to?
Tamten nie zareagował, jakby nie do niego mówiono. Sprawiał wrażenie, że w ogóle nie oddycha. Siedział sztywno, niczym posąg, zarazem patrząc i nie patrząc w naszą stronę.
– „Gospodarka odpadami po uprzednio żywych ludzkich tkankach” – powtórzył Freddy, z trudem łapiąc powietrze. Spojrzał na Jacka i natychmiast uświadomił sobie, że ten nie zrozumiał dowcipu. – Kurwa, Jack! Ocknij się wreszcie i rusz głową, dobra?
Rouse zamrugał, a Kevin pochylił się nad stolikiem. Pine niemal niezauważalnie poruszył głową, zerkając na niego. Freddy zachowywał się, jakby niczego nie dostrzegł. Otarł kąciki ust lnianą serwetką i z wolna pokręcił głową, popatrzył na Angie.
– Powinnaś zobaczyć reakcję chłopców z klubu, gdy im to powtórzę. Przysięgam, że się poleją. Szkoda, że przyjęłaś nazwisko ojca, Angelo, bo z charakteru jesteś Patriso. Bez dwóch zdań.
– Patriso? – zdziwił się Jack.
– Pewnie – odparł Freddy. – Przecież to wnuczka pana Patriso. Nie wiedziałeś?
(…)