Strona główna / Literatura światowa / Sekretna córka

Aktualności

18.05.2022

Spotkanie online z Pauliną Młynarską

W piątek 3 czerwca o godz. 19:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Okrutna jak Polka".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.05.2022

Rozmowa z Tanyą Valko

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Tanyą Valko, autorką książki "Arabska zdrajczyni".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska zdrajczyni Tanya Valko
  2. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka
  3. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński

Sekretna córka

Shilpi Somaya Gowda

Rozdział 1. Początek żałoby

Dahanu, Indie – 1984
Kavita

Dotarła do opuszczonego szałasu o zmierzchu. Wyruszyła, nie mówiąc nikomu ani słowa, kiedy tylko poczuła pierwszy, charakterystyczny i nieubłagany, skurcz w podbrzuszu. Leży teraz, z kolanami przyciśniętymi do piersi, na nędznej macie. Gdy kolejna fala bólu wstrząsa jej ciałem, Kavita wbija paznokcie w zaciśnięte dłonie i zagryza z całej siły drewniany kołek. Z trudem łapie oddech, czekając, aż skurcz przetoczy się przez napięty brzuch. Wpatruje się w bladożółtą plamkę na zabłoconej podłodze, rzucaną przez pełgający płomień oliwnej lampki, jedynej towarzyszki w mrocznych godzinach nocy. Stara się powstrzymać od krzyku tak długo, jak to możliwe. Wie, że gdy wkrótce zacznie przeć, jej wrzaski sprowadzą z wioski położną. Modli się, by maleństwo przyszło na świat przed świtem – mąż rzadko budzi się przed wschodem słońca. Zatroskana losem dziecka Kavita zanosi do bogów dwie prośby. Ta jest jedną z nich.
Głuche dudnienie grzmotu w oddali zapowiada burzę, na którą zanosiło się przez cały dzień. Wilgoć przenika powietrze i miesza się z kroplami potu na czole rodzącej. Niebawem rozstąpią się niebiosa i ulewa przyniesie ulgę. Kavita zna zapach monsunu od zawsze, surowy i ziemisty, jakby w powietrzu łączyły się aromaty gleby, upraw i deszczu. Zapach nowego życia.
Nagły skurcz pozbawia ją tchu. Ciemne plamy potu pokrywają bluzkę pod sari z cienkiej bawełny. Materiał napina się wzdłuż rzędu haftek na biuście, który powiększył się bardziej niż ostatnim razem. W domu mąż strofował Kavitę za zbyt odważne dekolty, lecz w obecności innych mężczyzn chełpił się jej piersiami, porównując je do dojrzałych melonów. Jej ciało inaczej reagowało na drugą ciążę; uznała to za dobry znak. Również i inni sądzili, że tym razem na świat przyjdzie chłopiec.
Za gardło chwyta Kavitę nagły lęk, tak samo obezwładniający, jak te, które miewała podczas ciąży. Co będzie, jeśli wszyscy się mylą? Modli się ponownie, rozpaczliwie prosząc bogów, by to nie była dziewczynka. Drugi raz tego nie wytrzyma.

Nie była przygotowana na to, co spotkało ją ostatnim razem. Jej mąż wpadł do izby, jak tylko położna odcięła pępowinę. Wyczuła jego obecność po mdląco-słodkawym zapachu nalewki ze sfermentowanych owoców sączyńca. Jasu spochmurniał na widok pomarszczonego ciałka córeczki w ramionach Kavity i odwrócił wzrok.
Zamiast przejmującej radości, Kavitę ogarnęło zmieszanie. Próbowała coś powiedzieć, wyrazić choćby jedną z kłębiących się w głowie myśli. Tyle włosków… To dobry znak. Jednak w pomieszczeniu rozległy się tylko straszliwe słowa Jasu. Nigdy wcześniej nie słyszała w jego ustach tak szokujących, potwornych przekleństw. Spojrzał na nią ponownie; dostrzegła zaczerwienione oczy. Ruszył ku niej powolnym krokiem, kręcąc głową. Poczuła wzbierający nieznany dotąd strach. Nie rozumiała, co się dzieje, leżała zagubiona.
Wciąż osłabiona bólami, z mętlikiem w głowie, gdy pojęła zamiary męża, było już za późno. Nie zdążyła go powstrzymać. Położna przytrzymała ją, gdy próbowała poderwać się z ziemi, wyciągając ramiona i wrzeszcząc głośniej, niż gdy dziecko rozrywało jej ciało, przychodząc na świat. Jasu wybiegł z chaty z córeczką, która z płaczem chwytała pierwszy oddech. W jednej straszliwej chwili Kavita zrozumiała, że jest to ostatnie tchnienie maleństwa.
Położna delikatnie ułożyła ją z powrotem na ziemi.
– Niech idzie, kochanie. Niech idzie. Już po wszystkim. Teraz musisz odpocząć. Bardzo się napracowałaś.
Przez następne dwa dni Kavita przeleżała skulona na plecionej słomianej macie na glinianej polepie. Nie odważyła się spytać o los dziecka. Nie wiedziała, czy córeczka została utopiona, uduszona czy pozostawiona na pastwę głodu. Miała tylko nadzieję, że litościwa śmierć nadeszła szybko. Drobne ciałko czekał pochówek bez wyzwalającej duszę kremacji. Jak wiele nowo narodzonych dziewczynek, jej pierworodna została przedwcześnie zwrócona ziemi.
Przez ten czas jedynym gościem Kavity była położna, która dwa razy dziennie przynosiła jej jedzenie i czyste prześcieradła do tamowania krwotoku. Kavita szlochała, aż oczy jej wyschły na wiór; sądziła, że wypłakała wszystkie łzy. Jak się jednak okazało, był to dopiero początek żałoby. Kilka dni później jej piersi nabrzmiały mlekiem, zaś po miesiącu – wypadły włosy. Od tej nocy na widok każdego małego dziecka serce waliło w piersi Kavity jak oszalałe i powracały mroczne wspomnienia.
Nikt w wiosce nie wyglądał na poruszonego jej stratą. Gdy otrząsnęła się z żalu, nie usłyszała ani jednego słowa wsparcia czy pociechy od mieszkańców. Rodzina Jasu, z którą dzieliła dom, obrzucała ją jedynie pogardliwymi spojrzeniami i nieproszonymi radami, jak następnym razem począć chłopca. Kavita już dawno pogodziła się z brakiem kontroli nad własnym życiem. Wyszła za Jasu w wieku osiemnastu lat i wtedy rozpoczęła się jej znojna codzienność – przynoszenie wody, pranie i gotowanie posiłków. Pozostawała na usługach męża dniami i nocami.
Lecz utrata dziecka spowodowała w jej usposobieniu pewne zmiany. Nieznaczne, ale jednak. Gdy była zła na męża, dosypywała więcej ostrej chili do potraw i z cichą satysfakcją obserwowała, jak podczas kolacji wyciera nos i czoło. Gdy przychodził do niej w nocy, zdarzało się, że odprawiała go z kwitkiem, oznajmiając, że cierpi na kobiecą przypadłość. Każdy drobny bunt wzmacniał jej pewność siebie. Gdy po raz drugi zaszła w ciążę, postanowiła, że tym razem sprawy potoczą się inaczej.


Rozdział 2. Oczyszczona

San Francisco, Kalifornia – 1984
Somer

Somer chwyta się nagle za brzuch, upuszczając na podłogę branżowe pismo medyczne. Wstaje z kanapy i chwiejnym krokiem rusza do łazienki, wspierając się o ściany długiego korytarza w wiktoriańskim mieszkaniu. Silny ból łamie ją wpół. Z wysiłkiem rozchyla poły szlafroka i siada na sedesie. Po bladej skórze uda spływa jasnoczerowona strużka krwi. O Boże, proszę, nie!, błaga przejmującym szeptem. W pobliżu nie ma jednak nikogo, kto mógłby ją usłyszeć. Somer zaciska uda i wstrzymuje oddech. Siedź spokojnie, może krwawienie ustąpi, nakazuje sobie w duchu.
Nie ustępuje. Kobieta kryje twarz w dłoniach i zaczyna płakać. Kałuża krwi rozlewa się po muszli klozetowej. Ramiona drżą, łkanie staje się coraz głośniejsze; szloch wstrząsa już całym ciałem. Skurcze osłabły. Zadzwonić do Krishnana! Mąż wraca do domu. Somer leży, zwinięta w kłębek, na niezasłanym łożu z baldachimem. Między nogami upchnięty ręcznik w kolorze jasnego, złamanego różu, niegdyś miękki – ich prezent ślubny sprzed pięciu lat. Wybrali ten odcień wspólnie. Chcąc uniknąć szpitalnej bieli i banalnego beżu, zdecydowali się na elegancką kremową barwę, po której rozlewa się teraz ostra czerwień krwi.
Kris siada na skraju łóżka i kładzie rękę na ramieniu żony.
– Pewna jesteś? – pyta łagodnie.
Somer potakująco kiwa głową.
– To… Tak samo, jak ostatnim razem. Skurcze, krwawienie… – Łzy znów napływają jej do oczu. – Tym razem było więcej krwi. Pewnie dlatego, że dłużej je nosiłam…
Kris podaje jej chusteczkę.
– Kochanie, zadzwonię do doktora Haywortha, może przyjmie nas w szpitalu. Czy potrzebujesz czegoś?
Otula ją kocem. Somer kręci głową i przewraca się na drugi bok. Byle dalej od Krishnana, który zachowuje się teraz bardziej jak lekarz niż mąż, którego ona tak bardzo potrzebuje! Zamyka oczy i gładzi podbrzusze, jak robiła to niezliczoną ilość razy każdego dnia. Tym razem jednak gest, zamiast nagrody ukojenia, sprowadza ból kary.

Somer otwiera oczy i od razu dostrzega ustawioną obok łóżka kroplówkę. Szybko zamyka je z powrotem, w nadziei, że powróci sen, w którym bawiła się z dzieckiem na huśtawce, na placu zabaw. Czy był to chłopiec, czy dziewczynka?
– Zabieg przebiegł pomyślnie, Somer. Wszystko zostało oczyszczone i nic nie stoi na przeszkodzie, byś za kilka miesięcy spróbowała ponownie.
W nogach łóżka stoi doktor Hayworth w nieskazitelnie białym kitlu i przygląda się pacjentce.
– Teraz spróbuj odpocząć. Jeszcze tu zajrzę, zanim cię wypiszemy.
Klepie ją delikatnie po nodze, przez kołdrę.
– Dziękuję, doktorze – rozlega się głos z drugiego końca pokoju. Dopiero teraz Somer zdaje sobie sprawę z obecności Krishnana. Mąż podchodzi do łóżka i pochyla się, kładąc dłoń na jej czole. – Jak się czujesz?
– Oczyszczona.
– Oczyszczona? – Marszczy brwi i przekrzywia głowę.
– On… Doktor Hayworth powiedział, że wszystko jest „oczyszczone”. To jakie było wcześniej? Gdy byłam w ciąży?
Somer wpatruje się w jarzeniową lampę brzęczącą nad jej łóżkiem. Dziewczynka czy chłopiec? Jaki miało kolor oczu?
– Kochanie. Wiesz, że on tylko… Wiesz, co miał na
myśli.
– Tak, wiem, co miał na myśli. Że teraz już nic nie ma w środku: ani dziecka, ani łożyska. Moja macica jest znowu pusta. Oczyszczona.
Do pokoju wchodzi uśmiechnięta pielęgniarka.
– Czas na leki przeciwbólowe.
Somer kręci głową.
– Nie chcę.
– Kochanie, powinnaś… – mówi Krishnan. – Poczujesz się lepiej.
– Nie chcę czuć się lepiej.
Odwraca się od pielęgniarki. Nie rozumieją, że straciła coś więcej niż płód. Straciła wszystko. Imiona, które obmyślała, leżąc w nocy w łóżku. Próbki farb do pokoju dziecinnego, zebrane w szufladzie biurka. Sny, w których nosiła dziecko na rękach, pomagała mu odrabiać pracę domową, kibicowała podczas meczu piłki nożnej. Wszystko odeszło, rozmyło się w otulającej szpital gęstej mgle. Oni tego nie rozumieją. Ani pielęgniarka, ani doktor Hayworth. Ani nawet Krishnan. Widzą w niej wyłącznie pacjentkę, którą trzeba wyleczyć, ludzką maszynę, która się zepsuła. Kolejne ciało do „oczyszczenia”.

Somer budzi się i ustawia pilotem szpitalne łóżko w pozycji do siedzenia. Jak przez mgłę rejestruje nagrany śmiech z teleturnieju wyświetlanego w telewizorze w rogu pokoju. Krishnan zostawił włączony odbiornik i poszedł po kawę. Czy naprawdę można czuć się aż tak źle w szpitalu, w miejscu, w którym bywało się codziennie przez okrągłe pięć lat życia? Kiedyś przemierzanie sterylnych korytarzy wśród cichego brzęczenia głośników wywoływało w niej dreszczyk emocji. Rytuał przebierania się w kitel i sprawdzania kart pacjentów dodawał jej pewności siebie. Dzieliła z Krishnanem poczucie sensu i władzy, jakie dawał im wykonywany wspólnie zawód. Teraz Somer już wie, że cała ta historia to kolejna rzecz, która ich od siebie oddali. Nie znosi siebie w roli pacjentki. Podobnie jak nie znosi bezsilności.
Pojawiła się w tym szpitalu dużo za wcześnie; wybrała go celowo, ze względu na jego położniczą specjalizację. Osiem tysięcy porodów rocznie. Tylko dzisiaj przyszło tu na świat dwadzieścia ludzkich istot. Właśnie dziś, gdy z niej usuwano dziecko! Na oddziale piętro niżej śpią zapewne kobiety razem z nowo narodzonymi dziećmi. I wszystkim wszystko zdaje się przychodzić z taką łatwością! Matkom, które Somer przyjmuje podczas dyżurów, koleżankom… Nawet tej idiotce z teleturnieju, która macha do dzieci siedzących wśród publiczności!
Może w ten sposób natura usiłuje jej coś powiedzieć? Może po prostu nie jest mi dane zostać matką?
(…)