Strona główna / Fantastyka / W ogniu uczuć

Aktualności

05.07.2022

Spotkanie z Piotrem Borlikiem w Gdańsku

W poniedziałek 18 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Nadbałtyckiego Centrum Kultury (ul. Korzenna 33/35, Gdańsk) na spotkanie z Piotrem Borlikiem, autorem książki "Labirynt".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

04.07.2022

Rozmowa z Marcinem Margielewskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Wyrwana z piekła talibów".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Wyrwana z piekła talibów Marcin Margielewski
  3. Arabska zdrajczyni Tanya Valko

W ogniu uczuć

Nalini Singh

ROZDZIAŁ 1.

Faith NightStar z klanu Psi NightStar wiedziała, że uważano ją za najpotężniejszą J-Psi jej generacji. Mając zaledwie dwadzieścia cztery lata, zgromadziła większy majątek niż przeciętny Psi przez całe swoje życie. Ale w końcu pracowała, od kiedy ukończyła trzy lata, od kiedy tylko nauczyła się mówić. Trwało to u niej dłużej niż w wypadku innych dzieci, ale tego właśnie się spodziewano – była przecież kardynalną J-Psi o niezwykłych zdolnościach. Nikogo by nie zdziwiło, gdyby nie odezwała się przez całe życie.
To właśnie dlatego J-Psi należeli do klanów, które zajmowały się tym wszystkim, czym oni się zajmować nie mogli – od inwestowania zarobionych przez nich milionów do monitorowania stanu ich zdrowia i pilnowania, by nie zagłodzili się na śmierć.
J-Psi nie radzili sobie z takimi przyziemnymi sprawami. Zwyczajnie o nich zapominali. Nawet po ponad wieku przepowiadania trendów w biznesie raczej niż morderstw czy wypadków, katastrof i wojen.
Faith również zapominała o wielu sprawach. Zwłaszcza ostatnio. Na przykład przez trzy dni z rzędu nic nie jadła. W końcu interweniowali pracownicy NightStar, zaalarmowani przez komputer Tec3, który prowadził jej dom. Trzy dni głodówki to akceptowalna sytuacja – czasami bowiem J-Psi wchodzili w trans. Gdyby to właśnie jej się przydarzyło, podłączyliby ją do kroplówki i zostawili w spokoju.
– Dziękuję – powiedziała do szefa M-Psi. – Już będzie dobrze.
Xi Yun skinął głową.
– Skończ cały posiłek. Zawiera wszystkie konieczne kalorie.
– Oczywiście.
Patrzyła za nim, jak wychodził, poprzedzany przez swój zespół, z podręcznym zestawem medycznym w dłoni, który, jak wiedziała, zawierał środki chemiczne mogące wyrwać ją zarówno z katatonicznego transu, jak i stanu maniakalnego. Dzisiaj nie były mu potrzebne. Po prostu zapomniała o jedzeniu.
Po skonsumowaniu wszystkich batonów odżywczych usiadła w rozkładanym fotelu, w którym spędzała większość czasu. Mógł zastąpić jej łóżko, a do tego podłączony był do Tec3 i nieustannie przesyłał dane o stanie jej zdrowia. M-Psi mogli jej pomóc w każdej chwili, gdyby zaszła taka konieczność.
To nie była normalna procedura, ale Faith nie była zwykłą J-Psi. Była najlepsza.
Każda jej przepowiednia, nawet mimowolna, sprawdzała się w stu procentach. To dlatego jej życie było warte miliony. Może nawet miliardy. I dlatego NightStar zapewniali jej optymalne warunki i dbali o jej kondycję – by działała jak najlepiej. A kiedy się zepsuje, jak najzwyklejsza rzecz zostanie poddana gruntownemu przeglądowi i zużyta na części.
Oczy Faith otworzyły się, kiedy pojawiła się ta myśl. Wpatrzyła się w bladozielony sufit, starając się spowolnić szybkie bicie serca. Gdyby jej się nie udało, M-Psi mogliby powrócić, a ona nie miała ochoty nikogo widzieć. Nie była pewna, co jej oczy mogłyby ujawnić. Czasami bowiem nawet oczy kardynalnych Psi o barwie nocnego nieba zdradzały sekrety, jakie lepiej trzymać tylko dla siebie.
– Części – wyszeptała.
Oczywiście to słowo zostało nagrane. J-Psi od czasu do czasu przepowiadali przyszłość w trakcie transu. Nikt nie chciał, aby chociaż jedno ich słowo umknęło uwagi. Dlatego niektórzy osobnicy z jej oznaczenia starali się milczeć, kiedy tylko mogli.
Użyta na części.
To zdanie wydawało się mało sensowne, ale im dłużej o nim myślała, tym większą pewność zyskiwała, że znów jej zdolności odkryły przed nią przyszłość, której nie mogłaby sobie nawet wyobrazić. Najbardziej zepsuci Psi byli rehabilitowani; ich umysły czyszczono psychiczną ścierką, pozwalając im na funkcjonowanie na poziomie prymitywnych robotników. Nie dotyczyło to jednak J-Psi. Było ich zbyt niewielu, byli więc zbyt cenni.
Gdyby dopadł ją obłęd o stopniu wykraczającym poza dopuszczalne poziomy, poziomy umożliwiające dalsze prognozowanie, M-Psi postaraliby się, żeby przydarzył jej się wypadek, który pozostawiłby jej mózg w stanie nienaruszonym. A wtedy wykorzystaliby go do eksperymentów naukowych. Wszyscy przecież chcieli wiedzieć, jak działa J-Psi. Ze wszystkich Psi jasnowidze byli najsłabiej znani – trudno bowiem znaleźć obiekty do analizy, skoro ma się do czynienia z niewiele ponad jednym procentem całej populacji.
Faith wbiła palce w czerwone obicie fotela, świadoma, że jej oddech staje się nieregularny. Wprawdzie jeszcze nie osiągnęła poziomu wymagającego interwencji medyków – organizmy J-Psi często reagowały w sposób niezwykły na ich wizje – lecz nie mogła dopuścić do powstania psychicznej kaskady reakcji.
Ale gdy próbowała uspokoić ciało, jej umysł tworzył w mózgu obrazy, którym przyglądały się ze wszystkich kątów zimne oczy Psi. Wiedziała, że te obrazy były absurdalne. Nic takiego nie mogło się wydarzyć w laboratorium. Po prostu jej świadomość próbowała nadać sens czemuś pozbawionemu sensu. Tak jak te sny, które męczyły ją od dwóch tygodni.
Na początku były zaledwie bladym cieniem, ciemnością naciskającą na jej mózg. Myślała, że są sygnałem nadchodzącej wizji – zapaści na rynku lub krachu w interesach – lecz z dnia na dzień ta ciemność napierała coraz bardziej bez ujawniania żadnego konkretu. A ona czuła. Chociaż nigdy wcześniej niczego nie czuła, w tych snach przenikał ją strach, dusiła się pod ciężarem przerażenia.
Bardzo dobrze się stało, że już dawno temu zażądała usunięcia z sypialni wszystkich urządzeń monitorujących. Coś w niej przeczuwało nadejście ciemności. Coś w niej zawsze o niej wiedziało. Lecz tym razem nie umiała nadać sensu tej odrażającej, prymitywnej wściekłości, która niemal zabrała jej oddech. Na początku czuła, jakby ktoś ją dusił, dusił dopóty, dopóki nie zmieniła się w czyste przerażenie. Ale ostatnia noc była inna. Nie obudziła się, kiedy dłonie zaciskały się na jej gardle. I chociaż tak bardzo się starała, nie umiała wyrwać się z tego horroru, nie potrafiła zakotwiczyć swego umysłu w rzeczywistości.
Ostatniej nocy umarła.

Vaughn D’Angelo zeskoczył z gałęzi i wylądował z gracją na podszycie leśnym. W srebrnym świetle księżyca, które zmieniło ciemności w mrok, jego pomarańczowo-czarne futro powinno lśnić jak latarnia, lecz był niewidzialny. Wiedział, jak wykorzystywać cienie nocy. Nikt nie mógł dostrzec Vaughna, kiedy ten tego nie chciał.
Jasna tarcza księżyca połyskiwała wśród gęstych koron drzew. Przez długą chwilę stał i patrzył na nią zachwycony, choć ani człowiek w nim, ani bestia nie potrafiliby powiedzieć dlaczego. To jednak nie miało znaczenia. Tej nocy to jaguar rządził i po prostu przyjął do wiadomości to, nad czym człowiek zapewne zacząłby rozmyślać.
Cień zapachu w powiewie wiatru sprawił, że uniósł nos. Sfora. Zidentyfikował Claya, jednego z gwardzistów, i sekundę później już go nie było, jak gdyby samiec lampartów uznał pierwszeństwo Vaughna na tym terenie. Vaughn warknął miękko i rozciągnął potężne kocie ciało. Zabójczo ostre siekacze błysnęły w świetle księżyca, lecz tej nocy nie zamierzał polować. Tej nocy chciał biegać.
Potrafił pokonywać susami ogromne odległości i zazwyczaj wybierał głębokie ostępy leśne, które rozciągały się niemal na całym terytorium Kalifornii. Lecz dziś – nie wiedzieć czemu – podążył w stronę ludnego miasta leżącego nad jeziorem Tahoe. I choć bez trudu w swojej kociej formie poruszał się między ludźmi, a nawet Psi – w końcu nie był gwardzistą jedynie na pokaz – i mógł przeniknąć nawet do najpilniej strzeżonych fortec, tym razem nie wszedł do miasta, nagle zainteresowany czymś, co zauważył na jego obrzeżach.
Kilka metrów za linią ciemnozielonego lasu znajdował się zamknięty teren, chroniony między innymi przez mur pod napięciem i kamery monitoringu. W środku, ukryty za kilkoma rzędami roślinności i prawdopodobnie jeszcze jednym ogrodzeniem, stał dom. Na całym obszarze Vaughn wyczuwał metaliczny smród Psi. Interesujące. Psi woleli przecież życie w mieście, w drapaczach chmur, zamknięci w nich jak w osobistych pudełkach. Tu jednak, niedaleko lasu, mieszkał jeden z nich. I kimkolwiek był, znajdował się pod ochroną członków swojej rasy.
To również interesujące. Psi niezasiadający w Radzie rzadko otrzymywali taki przywilej. Wiedziony ciekawością Vaughn obszedł teren dookoła, trzymając się poza zasięgiem kamer. Nie minęło nawet dziesięć minut, kiedy odkrył sposób na wejście do środka – arogancja Psi znowu sprawiła, że nie docenili zwierząt, z którymi dzielili ziemię.
A może, pomyślał człowiek wewnątrz bestii, Psi po prostu nie rozumieją możliwości innych ras. Dla nich zmiennokształtni i ludzie są niczym, ponieważ nie mają takich zdolności mentalnych jak oni. Zapomnieli jednak, że umysł porusza ciałem, a zwierzęta są bardzo, ale to bardzo dobre w wykorzystywaniu możliwości swoich ciał.
Wspinając się na gałąź, czuł, jak jego serce bije w podnieceniu. Mógłby przejść po konarze ponad pierwszym ogrodzeniem i zeskoczyć w środku posiadłości, lecz nawet jaguar wiedział, że nie powinien tego robić. Nie miał powodu, by narażać się na takie niebezpieczeństwo. To znaczy samo niebezpieczeństwo nie było problemem ani dla człowieka, ani dla kota, lecz ciekawość kota powstrzymywała wartość wyższego rzędu – lojalność.
Vaughn był gwardzistą DarkRiver i ten obowiązek stał ponad wszystkimi emocjami i innymi potrzebami. Później tego wieczoru miał chronić Saschę Duncan, partnerkę jego alfy, podczas gdy Lucas będzie na spotkaniu w siedlisku SnowDancer. Vaughn wiedział, iż Sascha zgodziła się zostać w domu tylko dlatego, że Lucas szybciej podróżuje bez niej. A Lucas zdecydował się na tę wyprawę tylko dlatego, że ufał swoim gwardzistom, iż zapewnią jej bezpieczeństwo.
Rzuciwszy ostatni raz okiem na strzeżoną posiadłość, Vaughn cofnął się po gałęzi, zeskoczył na ziemię i pobiegł w stronę legowiska Lucasa. Nie poddał się jednak. Tajemnica Psi żyjącego tak blisko terytorium zmiennokształtnych zostanie rozwiązana. Nikt nigdy nie uciekł jaguarowi, który raz podjął trop.

Faith patrzyła przez kuchenne okno i chociaż widziała za nim tylko ciemność, nie mogła otrząsnąć się z wrażenia, że ktoś ją obserwuje. Coś bardzo niebezpiecznego okrążyło mur oddzielający ją od świata zewnętrznego. Zadrżawszy, objęła się ramionami. I zamarła. Była Psi, dlaczego więc tak reagowała? Czy to sprawka mrocznych wizji? Czy sny wpłynęły na jej mentalne osłony? Zmuszając się do opuszczenia ramion, postanowiła odwrócić się od okna.
I okazało się, że nie może.
Zamiast tego przysunęła się do niego, przyciskając dłoń do szyby, jakby chciała sięgnąć na zewnątrz. „Zewnątrz” – to było słowo, którego znaczenia nie rozumiała. Zawsze żyła w świecie otoczonym ścianami. Musiała. Poza nimi groźba kaskady, psychicznego rozpadu nieustannie pulsowała w jej głowie. Z każdego kąta uderzały w nią emocje i widziała rzeczy nieludzkie, wstrętne i bolesne. Na zewnątrz była bezbronna. Życie pośród ścian było o wiele łatwiejsze.
Ale teraz ściany pękały, do środka przenikały dziwne rzeczy, a ona nie mogła przed nimi uciec. Była tego pewna tak samo, jak wiedziała, że nie będzie mogła uciec przed tym czymś, co kroczyło wzdłuż granic jej posiadłości. Drapieżnik, który na nią polował, nie spocznie, dopóki jej nie schwyta. Powinna się bać. Ale była Psi, nie czuła strachu. Tylko gdy spała, czuła tak dużo, że bała się, iż jej tarcze ochronne przed siecią Psi runą, ujawniając ją przed Radą. Dotarła do takiego punktu, że nie chciała zasypiać. A co, jeśli znów umrze – i tym razem naprawdę?
W nieskończonej ciszy, która była jej życiem, rozległ się niespodziewany o tak później porze brzęk konsoli komunikacyjnej – M-Psi zalecili jej określoną liczbę godzin snu.
W końcu odwróciła wzrok od okna. Kiedy szła, otoczyło ją przeczucie nadciągającej katastrofy. Złowieszcze przekonanie tkwiące gdzieś w krainie ciemności między prawdziwym jasnowidzeniem a zwykłą intuicją. To także było nowością – ta przygniatająca świadomość istnienia czegoś, co unosi się nad nią w złych zamiarach, tylko czekając, aż ona przestanie się pilnować.
Przybierając wyraz twarzy maskujący jej wewnętrzne zmieszanie, wcisnęła guzik i zdumiała się, zobaczywszy twarz na ekranie.
– Ojcze.
Anthony Kyriakus był głową jej rodziny. Zanim skończyła dwadzieścia lat i została oficjalnie uznana za dorosłą, dzielił opiekę nad nią z Zanną Liskowski, z którą dwadzieścia pięć lat temu zawarł kontrakt reprodukcyjny. Oboje mieli prawo głosu w sprawach jej wychowania, jakkolwiek trudno było powiedzieć, że ją wychowali. Trzy lata po narodzinach za ich zgodą została umieszczona w kontrolowanym środowisku, w którym możliwe było rozwijanie jej zdolności, by odpowiednio je wykorzystać. I w którym pełzające witki szaleństwa łatwo było powstrzymać.
– Faith. Mam niezbyt szczęśliwe wieści dotyczące naszej rodziny.
– Tak?
Jej serce zaczęło walić jak młot pneumatyczny i użyła wszystkich sił psychicznych, by ukryć tę reakcję, bo nie tylko była ona niezwykła, ale zapowiadała też pojawienie się wizji. A w tej chwili nie mogła jej mieć. Przynajmniej nie tego rodzaju jak zazwyczaj ostatnio.
– Twoja siostra Marine nie żyje.
W głowie nagle miała pustkę.
– Marine?
Marine była jej młodszą siostrą, której tak naprawdę nigdy nie poznała, lecz której życie śledziła z daleka. Jako kardynalna telepatka Marine szybko awansowała w rodzinnym biznesie.
– Jak? Czy powodem była jakaś fizyczna ułomność?
– Na szczęście nie.
Na szczęście, ponieważ inaczej oznaczałoby to, iż Faith również była w niebezpieczeństwie. Chociaż dwie rzadkie kardynalne w rodzinie sprawiały, że NightStar było uznawane za potężny klan, bez wątpienia to Faith była jego największym aktywem. To ona zapewniała odpowiednie dochody i miejsca pracy, dzięki którym NightStar stali ponad masami. Tylko jej zdrowie tak naprawdę się liczyło – śmierć Marine była zaledwie komplikacją. To takie zimne, tak brutalnie bezwględne, pomyślała, chociaż wiedziała, że sama była równie mało wrażliwa. Wymagało tego od nich przetrwanie.
– Wypadek?
– Została zamordowana.
Pustka w jej umyśle zabuzowała białym szumem.
– Zamordowana? Przez człowieka czy zmiennego? – spytała, ponieważ wśród Psi nie było morderców, a przynajmniej nie było ich od stu lat, od momentu wprowadzenia protokołu Ciszy. Cisza wymazała z ich gatunku przemoc, nienawiść, wściekłość, gniew, zazdrość czy zawiść. Choć skutkiem ubocznym tego była utrata wszystkich pozostałych emocji.
– Nie wiemy, przez kogo. Policja ciągle bada sprawę. Odpocznij trochę. – Szybko skinął głową.
– Poczekaj.
– Tak?
– W jaki sposób ją zamordowano? – zadanie tego pytania sporo ją kosztowało.
Anthony zaś nawet nie mrugnął, kiedy odpowiadał:
– Manualne uduszenie.
(…)