Strona główna / Literatura światowa / Romans / Wyjdź za mnie

Aktualności

22.01.2021

Nie żyje Henryk Jerzy Chmielewski (Papcio Chmiel)

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że 22 stycznia 2021 r. zmarł Henryk Jerzy Chmielewski (Papcio Chmiel).

Wywiady

19.11.2020

Niksen jest jedną z form dbania o siebie

Czy wiecie, jak ważne jest to, by co jakiś czas wykroić sobie z codzienności chwilę na nicnierobienie? Niby ciągle mówią o tym psychologowie i coache, ale teraz mamy to czarno na białym: Agnieszka Drotkiewicz rozmawia o niezbędności lenistwa z Olgą Mecking, autorką książki o tajemniczym pojęciu "niksen".

Posłuchaj i zobacz

24.01.2021

Ewa Kempsity-Jeznach gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Ewą Kempsity-Jeznach, autorką książki "Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pięć Stawów. Dom bez adresu Beata Sabała-Zielińska
  2. Śreżoga Katarzyna Puzyńska
  3. Uciekłam z arabskiego burdelu Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Wyjdź za mnie

Lisa Kleypas

Rozdział drugi

Cam wstał od biurka i wyszedł z sali. Jak zwykle po drodze musiał się zatrzymać raz czy dwa... Jeden z jego ludzi szepnął mu do ucha, że lord taki-to-a-taki życzy sobie zwiększenia limitu kredytowego. Lokaj pytał, czy ma już przygotować stół z przekąskami w jednym z pokojów karcianych. Cam odpowiadał na ich pytania, nie zastanawiając się, co mówi, bo w jego myślach niepodzielnie panowała kobieta czekająca na niego na górze.
Zwyczajny wieczór w klubie nagle przybrał dość nieoczekiwany obrót.
Od dawna już żadna kobieta nie wzbudziła w nim takiego zainteresowania jak Amelia Hathaway. Gdy tylko ujrzał ją w alejce – jej zarumienione, pełne policzki, zmysłową figurę, ukrytą pod skromną suknią – natychmiast jej zapragnął. Nie miał pojęcia dlaczego, skoro była ucieleśnieniem tego wszystkiego, co go tak irytowało w Angielkach.
Na pierwszy rzut oka widać było, że panna Hathaway ma w sobie niezachwianą pewność, iż jest zdolna wszystko organizować i zarządzać wszystkimi wokoło. Na widok takich kobiet Cam zazwyczaj umykał w przeciwnym kierunku. Gdy jednak spojrzał w jej śliczne błękitne oczy i zobaczył małą, pełną determinacji zmarszczkę pomiędzy brwiami, poczuł grzeszną chęć, by pochwycić tę istotę w ramiona, porwać ją gdzieś i zrobić coś niecywilizowanego. Nawet wręcz barbarzyńskiego.
Rzecz jasna, w jego przypadku niecywilizowane chęci czaiły się tuż pod maską dobrego wychowania, czekając tylko na właściwy moment, aby się uwolnić. A w ciągu ostatniego roku Cam miał coraz więcej trudności z powściąganiem owych odruchów. Stał się wyjątkowo impulsywny, niecierpliwy i łatwo go było sprowokować. Rozrywki, które kiedyś sprawiały mu przyjemność, przestały go satysfakcjonować. A najgorsze było to, że swoje seksualne potrzeby zaspokajał z takim samym brakiem entuzjazmu, z jakim ostatnio żył.
Znalezienie odpowiedniego damskiego towarzystwa nigdy nie było problemem – Cam osiągał spełnienie w ramionach wielu chętnych kobiet i odpłacał im za ich względy tak długo, aż jęczały z rozkoszy. Nie było w tym jednak emocji. Żadnego podniecenia, ognia, nic poza świadomością, że zadbał o podstawowe potrzeby swojego organizmu, takie jak sen czy jedzenie. A to wzbudzało w nim taki niepokój, że w końcu zdecydował się porozmawiać na ten temat ze swoim chlebodawcą, lordem St. Vincentem.
Niegdyś kobieciarz, dziś wyjątkowo oddany mąż, St. Vincent z pewnością wiedział o tych sprawach więcej niż jakikolwiek inny mężczyzna. Gdy Cam zapytał go ponuro, czy fakt, że ma coraz mniejsze potrzeby fizyczne, należy wiązać ze zbliżającymi się trzydziestymi urodzinami, wicehrabia zakrztusił się zawartością swego kieliszka.
– Dobry Boże, nie! – odparł, kaszląc lekko, gdy haust brandy palił mu przełyk. Był wczesny ranek, a oni prze­g­lądali księgi rachunkowe w gabinecie zarządcy klubu.
St. Vincent był przystojnym dżentelmenem o włosach koloru pszenicy i bladoniebieskich oczach. Mówiono, że miał rysy i sylwetkę najdoskonalszego mężczyzny, jaki kiedykolwiek chodził po świecie. Wygląd anioła, dusza łajdaka.
– Jeśli mogę spytać, jakie kobiety goszczą w twoim łóżku?
– Co pan ma na myśli, milordzie? – zapytał Cam z rezerwą.
– Piękne czy nieładne?
– Chyba piękne.
– I na tym polega problem – odparł St. Vincent tonem, którym komunikuje się rzeczy oczywiste. – Nieładne dostarczają znacznie więcej przyjemności. Wdzięczność to najsilniejszy afrodyzjak.
– Pan jednak poślubił kobietę piękną.
St. Vincent uśmiechnął się leniwie.
– Żony to zupełnie odmienna kategoria. Wymagają ogromnych nakładów, ale wysiłki zawsze zostają wynagrodzone. Zdecydowanie polecam żony. Zwłaszcza własne.
Cam spojrzał na swojego chlebodawcę z irytacją, przypominając sobie, że poważne rozmowy z wicehrabią często utrudniało szczególne upodobanie tegoż do słownych kalamburów.
– Jeśli dobrze rozumiem, milordzie – zapytał szorstko – pańską receptą na brak pożądania jest uwodzenie nieatrakcyjnych kobiet?
St. Vincent podniósł srebrną obsadkę, a następnie zręcznie dopasował stalówkę i precyzyjnie zanurzył pióro w kałamarzu.
– Rohan, robię, co w mojej mocy, aby zrozumieć twój problem. Jednak brak pożądania to coś, czego nigdy nie doświadczyłem. Musiałbym leżeć na łożu śmierci, żeby przestać pragnąć... Nie, to nieprawda, w nieodległej przeszłości byłem na łożu śmierci i nawet wtedy miałem grzeszne myśli o swojej żonie.
– Moje gratulacje – mruknął Cam, porzucając nadzieję, że zdoła uzyskać od niego jakąkolwiek szczerą odpowiedź. – Wróćmy do ksiąg. Są ważniejsze kwestie do roztrząsania niż fizyczne rozkosze.
St. Vincent wykreślił liczbę i odłożył pióro.
– Nie, nalegam jednak na rozmowę o fizycznych rozkoszach. To znacznie zabawniejsze niż praca. – Pozornie rozleniwiony opadł na fotel. – Rohan, wprawdzie zachowujesz dyskrecję, ale trudno nie zauważyć, jak gorliwie poszukiwanym jesteś towarzyszem. Najwyraźniej dla londyńskich dam stanowisz pokusę nie do odparcia. I wygląda na to, że korzystasz w pełni z tego, co ci się oferuje.
Cam spojrzał na niego obojętnie.
– Pan wybaczy, milordzie, ale czy ten wywód do czegoś prowadzi?
St. Vincent rozsiadł się wygodnie, splótł palce i popatrzył na Cama.
– Nie miałeś podobnych problemów w przeszłości, mogę więc tylko założyć, że, jak to często bywa z apetytem, twój został już zaspokojony z nawiązką, powodując przesyt spowodowany monotonią doznań. Pomóc może tylko jakaś nowość.
Rozważając to stwierdzenie, któremu nie można było odmówić sensu, Cam zastanawiał się, czy ten dawny hulaka odczuwa kiedykolwiek pokusę, aby zbłądzić.
Cam znał jego żonę Evie od dziecka, kiedy to od czasu do czasu odwiedzała w klubie owdowiałego ojca, i żywił wobec niej opiekuńcze uczucia podobne do tych, które mógłby odczuwać wobec młodszej siostry. Nikt nigdy nie połączyłby w myślach łagodnej Evie z tym cynikiem. I nikt nie był chyba bardziej zaskoczony niż sam St. Vincent, kiedy ich małżeństwo z rozsądku stało się związkiem opartym na namiętności i prawdziwej miłości.
– A życie małżeńskie? – zapytał Cam łagodnie. – Czy ono także prowadzi do przesytu monotonią?
Wyraz twarzy St. Vincenta zmienił się nagle – na myśl o żonie w jego przejrzyście niebieskich oczach błysnęło ciepło.
– Na podstawie własnych doświadczeń stwierdzam, że nigdy nie ma się dość odpowiedniej kobiety. Z rozkoszą powitałbym taki przesyt, ale wątpię, aby było to możliwe w życiu doczesnym. – Zdecydowanym ruchem zamknął księgi i wstał. – Jeśli mi wybaczysz, Rohan, życzę ci udanego wieczoru.
– A księgi?
– Pozostawiam je w twoich niezwykle kompetentnych rękach.
Gdy Cam jęknął, St. Vincent tylko niewinnie wzruszył ramionami.
– Rohan, jeden z nas jest mężczyzną nieżonatym, o wybitnych matematycznych uzdolnieniach i bez planów na wieczór. Drugi zaś jest nawróconym lubieżnikiem w miłosnym nastroju, a w domu czeka na niego chętna młoda żona. Kto, twoim zdaniem, powinien więc zająć się tymi piekielnymi rachunkami? – Żegnając się nonszalancko, St. Vincent opuścił biuro.
Nowość – tak brzmiała jego rada. Cóż, to słowo zdecydowanie znajdowało odniesienie do panny Hathaway. Dotychczas Cam preferował kobiety doświadczone, które traktowały romans jak grę i doskonale wiedziały, że nie należy mieszać przyjemności z uczuciami. Nigdy nie podejmował się roli uwodziciela niewinnych. W zasadzie perspektywa pozbawienia damy dziewictwa była raczej odstręczająca. Dla niej nic, tylko ból, a potem przerażające konsekwencje w postaci łez i żalu. Wzdrygnął się na samą myśl. Nie, nie będzie gonił za nowością w postaci panny Hathaway.
Podjąwszy tę decyzję, Cam wszedł do salonu gdzie czekała kobieta i ciemnolicy chal. Merripen było to dosyć powszechne nazwisko wśród jego plemienia. Ten człowiek jednak zachowywał się w sposób niezwykły. Wyglądało na to, że jest sługą kobiety – dziwaczna i wstrętna sytuacja dla kochającego wolność Roma.
Mieli więc ze sobą coś wspólnego. Obaj pracowali dla gadziów, zamiast włóczyć się po ziemi, swobodni, jak Bóg przykazał.
Romowie nie pasowali do miejsc, w których ograniczały ich ściany. Nie żyli w pudełkach pokojów i domów, odcięci od nieba i wiatru, słońca i gwiazd. Nie oddychali dusznym powietrzem przesyconym zapachami z kuchni i pastą do podłóg. Po raz pierwszy od lat Cam poczuł nagłą panikę. Opanował ją jednak i skupił się na swoim zadaniu – pozbyć się tej osobliwej pary z salonu.
Szarpnął kołnierzyk, aby go nieco rozluźnić, pchnął uchylone drzwi i wszedł do pokoju.
Panna Hathaway stała niedaleko progu, czekając na niego ze źle skrywaną niecierpliwością, a Merripen nadal krył się w kącie. Gdy Cam do niej podszedł i spojrzał w jej twarz, fala paniki zamieniła się w intrygujący przypływ ciepła. Pod niebieskimi oczami kobiety rysowały się blade, lawendowe cienie. Jej miękkie wargi zacisnęły się w wąską kreskę. Ciemne, lśniące włosy zaczesane były do tyłu i upięte ciasno spinkami.
Ściągnięte surowo włosy i skromna suknia pod szyję narzucały obraz kobiety pełnej zahamowań. Typowa stara panna. Nic jednak nie mogło ukryć bijącej od niej silnej woli. Była… smakowita. Chciał ją rozpakować jak podarek, na który czekał zbyt długo. Pragnął jej bezwolnej i nagiej pod sobą, tych delikatnych warg, nabrzmiałych od jego namiętnych, głębokich pocałunków, jej jasnej skóry rozpalonej namiętnością. Zdumiony wrażeniem, jakie na nim wywarła, Cam zmusił się do zachowania obojętnej miny.
– I cóż? – zażądała sprawozdania Amelia, zupełnie nieświadoma, dokąd powędrowały myśli Rohana. Gdyby wiedziała, na pewno wybiegłaby z krzykiem z pokoju. – Dowiedział się pan czegoś na temat miejsca pobytu mojego brata?
– Owszem.
– I?
– Lord Ramsay odwiedził nas wczesnym wieczorem, przegrał trochę pieniędzy przy stolikach...
– Dzięki Bogu, żyje! – zawołała Amelia.
– ...i najwyraźniej postanowił pocieszyć się wizytą w pobliskim przybytku rozkoszy.
– O Boże! – Amelia rzuciła pełne rozpaczy spojrzenie swemu towarzyszowi. – Przysięgam, Merripen, Leo zginie dzisiaj z mojej ręki. – Spojrzała na Cama. – Ile przegrał?
– Około pięciuset funtów.
Śliczne niebieskie oczy pociemniały z gniewu.
– Będzie umierał bardzo powoli. Co to za przybytek?
– Bradshaw.
Amelia sięgnęła po czepek.
– Chodźmy, Merripen. Musimy go stamtąd zabrać.
– Nie! – padło jednocześnie z ust obu mężczyzn.
– Chcę się osobiście przekonać, czy nic mu nie jest – oznajmiła Amelia spokojnie.
– Wątpię.
Amelia rzuciła Merripenowi lodowate spojrzenie.
– Nie wrócę do domu bez Leo.
Na poły rozbawiony i zaniepokojony jej stanowczością, Cam zwrócił się do Merripena:
– Czy mam do czynienia z uporem, głupotą czy może połączeniem obu tych cech?
Amelia udzieliła mu odpowiedzi, zanim Merripen zdołał otworzyć usta.
– Z uporem z mojej strony. Głupota pozostaje nieodłącznym atrybutem mojego brata. – Poprawiła czepek i zawiązała wstążki pod brodą.
Wiśniowe wstążki, zauważył zdumiony Cam. Ten frywolny czerwony akcent był jedyną osobliwością jej stonowanego ubioru. Ta kobieta z każdą chwilą fascynowała go coraz bardziej.
– Nie wejdzie tam pani. Niezależnie od względów bezpieczeństwa i moralności, nawet nie wie pani, gdzie to, do diabła, jest.
Amelia nawet się nie skrzywiła, słysząc przekleństwo.
– Zakładam, że spora część gości krąży pomiędzy pana klubem a tym miejscem. Powiedział pan, że to niedaleko, co oznacza, że muszę tylko podążyć za falą dżentelmenów spieszących w tamtym kierunku. Do widzenia, panie Rohan. Naprawdę doceniam pańską pomoc.
Cam zastąpił jej drogę.
– Tylko zrobi pani z siebie pośmiewisko, panno Hathaway. Nie przejdzie pani nawet przez frontowe drzwi. Do takiego domu nie wpuszcza się obcych z ulicy.
– To, jak wydostanę stamtąd brata, to już nie pańskie zmartwienie, panie Rohan.
Miała rację. To nie było jego zmartwienie. Ale Cam od dawna tak dobrze się nie bawił. Żadne zmysłowe rozkosze czy utalentowane kurtyzany, a nawet pokój pełen nagich kobiet nie fascynowałyby go w połowie tak bardzo, jak panna Amelia Hathaway i jej czerwone wstążki.
– Jadę z wami – oświadczył.
Zmarszczyła brwi.
– Nie, dziękuję.
– Nalegam.
– Nie potrzebuję już pańskich usług, panie Rohan.
Camowi przyszła do głowy cała masa usług, których wyraźnie potrzebowała i które z przyjemnością sam by jej ofiarował.
– Najwyraźniej będzie z pożytkiem dla wszystkich, jeśli wydostaniecie stamtąd Ramsaya i opuścicie Londyn najszybciej, jak to możliwe. Od teraz uważam przyspieszenie waszego odjazdu za swój obywatelski obowiązek.