Strona główna / Literatura polska / Przyjaciółki

Aktualności

09.03.2021

Spotkanie online ze Wiktorem Krajewskim

We wtorek 9 marca o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Wiktorem Krajewskim, autorem książki "Seksoholicy".

Wywiady

19.11.2020

Niksen jest jedną z form dbania o siebie

Czy wiecie, jak ważne jest to, by co jakiś czas wykroić sobie z codzienności chwilę na nicnierobienie? Niby ciągle mówią o tym psychologowie i coache, ale teraz mamy to czarno na białym: Agnieszka Drotkiewicz rozmawia o niezbędności lenistwa z Olgą Mecking, autorką książki o tajemniczym pojęciu "niksen".

Posłuchaj i zobacz

24.01.2021

Ewa Kempsity-Jeznach gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Ewą Kempsity-Jeznach, autorką książki "Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne".

Bestsellery

TOP 20

  1. Modelki z Dubaju Marcin Margielewski
  2. Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne Ewa Kempisty-Jeznach
  3. Tytus, Romek i A'Tomek pomagają księciu Mieszkowi ochrzcić Polskę, z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani Henryk Jerzy Chmielewski

Fotogaleria

więcej »

Przyjaciółki

Agata Kołakowska

Rozdział 1.

Myślałam, że szukanie męża przez Internet jest żałosne. Ale to, zdaje się, jest już zupełny upadek… W głowie Wiktorii pojawiło się wahanie, a palec wskazujący zawisł w niepewności nad lewym przyciskiem myszki.
Piotr, mąż Wiktorii, z pewnością by jej nie pochwalił. Uznałby ją za godną pożałowania i zyskał kolejny dowód na jej życiową niezaradność. Co gorsza, jest na tyle nierozgarnięta, aby chwalić się tym publicznie. Czy pomyślała chociaż, co się stanie, jeśli ktoś się domyśli, że za wszystkim stoi Wiktoria, żona Piotra Zalewskiego, szanowanego biznesmena, który na renomę swojej firmy pracuje ciężko od dziesięciu lat? Czy ona zamierza dorobek tych wszystkich lat obrócić w perzynę? I to po tym, co on dla niej zrobił?
Z pewnością uznałby, że jestem śmieszna, żałosna i chcę go zrujnować, pomyślała Wiktoria, i na jej ustach zagościł uśmiech, co zdarzało się ostatnio coraz rzadziej. Po czym, uzyskawszy absolutną pewność co do słuszności swojej decyzji, z impetem uderzyła palcem w myszkę. Kursor na ekranie komputera przeniósł impuls na przycisk „Wyślij”. Wyświetliło się potwierdzenie wykonania operacji.
Wiktoria wyłączyła komputer i poszła do sypialni dzieci, bo dochodzące stamtąd wrzaski wskazywały wyraźnie, że jej pociechy raczyły już wstać. Zajrzała do pokoju i zobaczyła, jak trzyletnia Milenka niezdarnie okłada o dwa lata starszego brata poduszką w baranki, Kuba zaś dzielnie odpiera jej wściekły atak, litościwie dając siostrze fory.
– Kto ma ochotę na omlet? – Wiktoria przerwała poduszkową wojnę.
Piski radości, natychmiastowe porzucenie broni i sprint na wyścigi w stronę kuchni najwyraźniej należało odebrać jako wyraz aprobaty dla zaproponowanego menu.
– Mamusiu, kiedy wróci tatuś? – zapytał Kuba, nadziewając na widelec kawałek ociekającego truskawkową konfiturą omletu.
Jak sobie o nas przypomni, cisnęło się Wiktorii na usta. Rzecz jasna, taka prawda o ojcu nie nadawała się dla dziecięcych uszu.
– Jak tylko załatwi wszystkie swoje sprawy, kochanie.
– Zawsze tak mówisz – malec najwyraźniej nie tego oczekiwał.
– Wiesz przecież, że tata jest bardzo zapracowany. Wróci, jak tylko będzie mógł.
– Obiecał, że zabierze mnie na konie.
Temat koni najwyraźniej przypadł do gustu Milence, bo natychmiast zaczęła się dopominać wycieczki do stadniny.
– Kubusiu, jak tata wróci, to pojedziecie, dobrze? A może… – zastanowiła się, nalewając sok do szklanek – może sami pojedziemy? Co wy na to?
– Pojedziemy razem z tatą – chłopiec skrzyżował ręce na piersi i wydął dolną wargę. Jego mina wyrażała brak zgody na jakiekolwiek próby negocjacji.
Wiktoria odnotowała sobie w głowie, że ma zmusić męża do wysiłku i zabrania, koniecznie!, dzieci do stadniny. One tak na to liczą, chyba znowu ich nie zawiedzie? Są przecież jakieś granice. Z dzieciństwa dobrze pamiętała, że nie ma nic gorszego niż niedotrzymane obietnice. Zawód, jaki ogarnia dziecięce serce, jest straszliwym uczuciem, a utrata wiary w rodzica – chyba jeszcze gorszym. Dlatego Wiktoria obiecała sobie, że ona zawsze dotrzyma danego dzieciom słowa. Szkoda tylko, że Piotr ma to wszystko w nosie, pomyślała z żalem.
Po śniadaniu, którym w jej przypadku była czarna jak smoła kawa, Wiki zapakowała dzieci do samochodu i odwiozła do przedszkola. Teraz będzie miała kilka godzin dla siebie. Włożyła do bagażnika strój sportowy i obrała kurs na klub fitness. Wcale nie dlatego, że uległa modzie na tego rodzaju aktywność fizyczną czy obsesji na punkcie wyglądu. Po prostu skupienie, jakiego wymagało zapamiętanie kolejności i kombinacji ćwiczeń aerobowych, zajmowało jej umysł na tyle, że nie musiała po raz setny analizować, jak bardzo utknęła w swoim małżeństwie i jak to się mogło stać. W takich przypadkach myśli się najczęściej, że „przecież miało być tak pięknie”. Ale naprawdę tak miało być i nic nie zapowiadało wywrócenia życia do góry nogami. I utkwienia w tym idiotycznym położeniu, gdzie niby wszystko jest takie samo, ale wygląda jakoś inaczej.
Przyglądając się z boku obrazowi małżeństwa Wiktorii, oprawionemu w złote ramy, trudno było dostrzec niedoskonałości, odpryski farby czy, nie daj Boże, znamiona falsyfikatu. Dla postronnych ten związek i życie, jakie prowadzili Wiki i Piotr, były spełnieniem snu o wygodnej egzystencji. Mieszkali w luksusowym apartamencie, mieli dwa samochody (terenowy dla niej, duży i elegancki dla niego), jeździli przynajmniej dwa razy w roku na zagraniczne wakacje, zatrudniali panią do sprzątania i nianię w razie potrzeby. Wiktoria brała prywatne lekcje angielskiego i hiszpańskiego, chodziła do kosmetyczki i fryzjera tak często, jak tylko potrzebowała, bądź gdy miała taki kaprys. Dwójka słodkich pociech uczęszczała do prywatnego przedszkola, gdzie spędzała kilka przedpołudniowych godzin, i miała na wyciągnięcie ręki prawie wszystko, czego dusza zapragnęła. Na to wygodne życie zarabiał Piotr. Prowadził własną firmę architektoniczną, co wymagało od niego częstych wyjazdów. Nieobecność wynagradzał dzieciom furą prezentów, a żonie – biżuterią.
Tak widzieli ich życie inni. Wiktoria nikomu się nie przyznała, że bajka, której tak jej niektórzy zazdrościli, to w rzeczywistości tani dramat psychologiczny, a książę na białym koniu to zapatrzony w siebie, nieczuły na potrzeby rodziny Ktoś. Tak. Ktoś. Bo Wiktoria Piotra od dawna już nie poznawała.
Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy w pubie, od razu wpadł jej w oko. Wysoki brunet o proporcjonalnej sylwetce i ładnie wyrzeźbionym ciele. Wydawał się taki swobodny, rozluźniony. On także szybko zwrócił na nią uwagę. Umówili się na randkę, podczas której Wiki utonęła w zimnej toni jego stalowych oczu. Już wtedy prowadził firmę, ale wówczas interesowały go jeszcze sztuka, literatura. Kochał muzykę. Marzyli o wspólnym życiu, domu wypełnionym dziecięcym śmiechem i kuchni rozgrzanej ciepłem domowego ogniska. A może tylko ona marzyła? Przecież to niemożliwe, aby czuły, ciepły człowiek zmienił się w robota o kamiennym sercu, pozbawionego wyższych uczuć. Chyba że dla niego ciepło domowego ogniska oznaczało cicho zachowujące się dzieci, kiedy wraca do domu ze służbowych podróży, i żonę, która tworzy mu idealne warunki do rozwoju, usuwa wszelkie przeszkody i nie oczekuje troski, czasu, a nawet (o zgrozo!) uwagi.
Kiedy wyjeżdżała wraz z mężem z rodzinnego miasta, nie odczuwała żalu. Czymże bowiem były dawne życie i stare znajomości wobec obietnicy nowego początku? Od czasu do czasu dzwoniła do koleżanek, ale szybko przestała opowiadać o kolejnych podróżach i zakupach do nowego domu. Nie wiedziała, czy to one nie chciały słuchać, czy po prostu tak wyszło. A może to odległość sprawiła, że niezauważalnie wyrósł między nimi mur, cegła po cegle, aż niedawne przyjaciółki przestały odczuwać potrzebę kontaktu? Relacje, zażyłość zostały ucięte. I nie wiadomo, czy przyczyną był diametralnie różny poziom życia, zawiść, oddalenie, czy brak woli podtrzymywania kontaktów. Może wszystko po trochu?
Teraz Wiktoria mieszka w stuosiemdziesięciometrowym apartamencie, który od jakiegoś czasu jest dla niej bardziej złotą klatką niż pełnym ciepła schronieniem. Jeździ samochodem, którego nigdy nie lubiła; wolałaby coś mniejszego i bardziej zwrotnego. Chodzi na lekcje języków obcych, poci się na aerobiku, obcina włosy częściej, niż trzeba, i wklepuje kremy u kosmetyczek tylko po to, aby wypełnić jakoś czas, zagłuszyć myśli i przyspieszyć bieg dni. Czuje się permanentnie samotna, bo mąż poświęca czas wyłącznie pracy. Dla Wiki i dzieci już mu go nie wystarcza. Kiedy mąż wraca do domu, serce Wiktorii przez chwilę bije szybciej, z nadzieją, że to jej dawny, kochany Piotr. Optymizm gasi rzucana od progu uwaga:
– Zrobiłabyś coś z tym mieszkaniem. Czy tu wszędzie muszą się walać zabawki? Zmęczony człowiek nawet przejść spokojnie nie może!
Samotny, nieopatrznie zostawiony na podłodze samochodzik strażacki Kubusia zablokował jego ojcu drogę do kuchni.
I Wiktoria zaczyna odliczać dni do kolejnego wyjazdu męża, choć przecież jeszcze przed paroma sekundami tak za nim tęskniła.
Karolina siedziała przy biurku i bezwiednie stukała długopisem o plik leżących przed nią kartek, straszących kolumnami liczb, które należało przeanalizować i wysnuć z nich wnioski do zaprezentowania w raporcie. Jej nieobecny wzrok zawisł na wordowskim pliku, myśli podryfowały w zupełny bezczas, a umysł beztrosko się zawiesił. Pewnie z przepracowania, bo Karolina miała w zwyczaju wyrabiać dwieście procent normy. Wysoko zawieszała poprzeczkę zarówno sobie, jak i innym, co nie przysparzało jej zwolenników. Kto bowiem lubi być surowo oceniany? Karolina jednak nie znosiła bylejakości i przeciętniactwa. Zawsze równała w górę, nie w dół, i tego oczekiwała od innych.
Kiedy przywołała w końcu niesforny umysł do porządku, dziewczyna zaczęła wmawiać sobie, że wcale nie jest znudzona. Chwilowy spadek formy może się przecież zdarzyć każdemu? Zdjęła marynarkę, która pełniła ostatnio rolę pancerza chroniącego przed korytarzowymi plotkami i intrygami koleżanek z biura, i poszła zaparzyć zieloną herbatę. W kuchni nie natknie się na nikogo; wszystkie poszły na lunch. Karolina dobrze wiedziała, że i tak nie zdążą niczego zjeść, bo ich usta będą zbyt zajęte komentowaniem jej życia i snuciem kolejnych fascynujących domysłów. Z ich punktu widzenia była wyjątkowo antypatycznym typem. Przyszła sobie, taka młoda, dwudziestopięcioletnia, w rozmiarze 36, o niebotycznie długich nogach, po dobrych studiach ekonomicznych, z najlepszą średnią na roku – i na dodatek miała czelność osiągać wyniki lepsze od nich! Na domiar złego większość facetów w pracy (i to było chyba gorsze niż zawodowe sukcesy) nie przechodziła obok niej obojętnie, lecz z wyrazem twarzy nieodmienne przypominającym psi pysk po tygodniu głodówki, rozanielony na widok wielkiej kości pokrytej sporą warstwą mięsa.
Karolina postawiła na biurku parujący kubek i pozwoliła sobie na chwilę relaksu. Włączyła przeglądarkę, a nieprecyzyjne kliknięcie przeniosło ją na portal z darmowymi ogłoszeniami. Szukam przyjaciół, przeczytała. Że co? Rany, to mają i taki dział?, zdziwiła się podejrzliwie. Pewnie z anonsami erotycznymi. Ku własnemu zaskoczeniu nie znalazła na stronie ofert upojnych i mokrych nocy w objęciach DzikiegoOgiera69. Na ekranie wyświetliło się za to kilka zdań wysłanych tego samego dnia o 6.20.

Cześć!
Jestem tu nowa. Wszyscy znajomi zostali tam, skąd wyjechałam. Odległość, jak się jednak okazuje, nie sprzyja żadnym relacjom – nie tylko miłosnym. Może to śmieszne, ale po prostu szukam koleżanki. Czy któraś z Was ma ochotę na wspólny wypad do kina? Albo nie. W kinie nie da się rozmawiać. Może kawiarnia?
Pozdrawiam
W.

Albo jest bardzo odważna, albo zdesperowana, pomyślała Karolina, kiedy przeczytała ogłoszenie. Ironia maskowała jednak pewność, że sama chętnie zamieściłaby podobne ogłoszenie, gdyby tylko nie traktowała tego jak przyznania się do słabości, do jakiegoś braku… Do niezaradności? Zamknęła przeglądarkę. Zapewne to jakaś krańcowa wariatka, pomyślała. Kto normalny szuka znajomych w Internecie? No kto? Przecież każdy ma znajomych. Jeśli się o nich zabiega w sieci, to znak, że z poszukującym coś jest nie w porządku. Ale przecież ta cała W. napisała, że się przeprowadziła i w nowym miejscu po prostu nie ma przyjaciół. To normalne, zwykłe, życiowe. Sama też ich nie masz, prawda upomniała się o uwagę. Korporacja to nie miejsce na sentymenty, tu się nie rodzą prawdziwe przyjaźnie. Tym bardziej trudno o nie wyjątkowo ładnym i zdolnym kobietom. Przedstawicielki płci pięknej nie znoszą konkurencji, a faceci widzą w nich jedynie smakowity kąsek.
A co tam! Odpowiem. W Karolinie przeważyły spontaniczność i silna potrzeba odnalezienia bratniej duszy. Przysunęła bliżej klawiaturę i zabrała się do pisania.
Nie, nie, nie! Już chwilę później wcisnęła energicznie klawisz backspace. To głupie. Nie będę robić z siebie ofiary losu. Nie ja!, pomyślała i wróciła do pisania raportu. Tamto ogłoszenie wymazała z pamięci.
W małym mieszkanku na poddaszu starej kamienicy Marta wyłączyła komunikator internetowy, w który przed chwilą jeszcze wpatrywała się z nadzieją. Patrzyła na ikonki przy imionach znajomych, modląc się gorąco, aby któraś zmieniła kolor na zielony, obwieszczający dostępność chętnego do rozmowy. Jednak nikogo nie było w sieci. Pewnie wszyscy są teraz w barze, śmieją się i piją piwo! Dziewczyna odetchnęła głęboko i pogrążyła się we wspomnieniach. Jeszcze pół roku temu była w Londynie. Wprawdzie zmywanie garów w knajpie nie sprawiało jej przyjemności, a brak możliwości samorealizacji i porzucona pasja aktorska sprawiały, że coś w środku jej duszy wyło przeraźliwie, ale wtedy przynajmniej była z nimi. Z dobrymi znajomymi, z którymi można było pójść na imprezę. Z koleżankami, które wspierały ją, gdy wypłakiwała im się w rękaw. Wszyscy się pukali w głowę, kiedy oświadczyła, że wraca do Polski. Pytali, do czego chce wracać. A ona nie umiała odpowiedzieć nic ponad to, że dłużej nie wytrzyma, że czuje się jak zdrajca własnych marzeń. Liczne castingi, na których bywała w ciągu sześciu miesięcy, jakie minęły od powrotu do kraju, zaowocowały jedynie, jakże wybitnymi!, rolami ciała porzuconego w leśnym rowie i przechodnia mijającego główną bohaterkę. Aby mieć za co żyć, dorabiała to tu, to tam. Klaskała w teleturniejach. Dorywczo opiekowała się pociechami sąsiadki. Dawała dzieciom korepetycje z angielskiego. Wszystko to było za mało. Dlatego ostatnio wpadła na pomysł, że będzie wyprowadzać psy. Kiedy miała zamieścić swoje ogłoszenie: „Twego pupila na spacer chętnie wyprowadzę”, w lewym rogu ekranu zauważyła tekst: Jestem tu nowa. Wszyscy znajomi zostali tam, skąd wyjechałam…
– Ciekawe… – pomyślała i odpisała bez chwili wahania.