Strona główna / Literatura światowa / Na ratunek

Aktualności

18.05.2022

Spotkanie online z Pauliną Młynarską

W piątek 3 czerwca o godz. 19:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Okrutna jak Polka".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

16.05.2022

Rozmowa z Moniką Białkowską

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Moniką Białkowską, autorką książki "Nawet jeśli umrę w drodze".

Bestsellery

TOP 20

  1. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński
  2. Zgiń, przepadnij Olga Rudnicka
  3. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka

Na ratunek

Anita Shreve

(…)
– Wzywam jednostkę w Hartstone. Potrzebna interwencja na Hawk Ridge. Kobieta, lat piętnaście, zgłoszenie ran powstałych na skutek przemocy domowej.
Webster sięgnął po radio.
– Wiadomo coś więcej?
– Dzwoniąca się rozłączyła, nie zdołaliśmy nawiązać ponownego połączenia.
– Policja zawiadomiona?
– Wyjechali do innego wezwania.
Burrows i Webster ruszyli do przebudowanej stodoły w jedynej wytworniejszej części Hartstone. Przy drzwiach zastali szczupłą kobietę po czterdziestce, na sofie siedziała naburmuszona piętnastolatka w dżinsach i czarnym T-shircie.
– Chodź i przeproś panów – warknęła matka do córki. Miała na sobie komplet, spodnie i marynarkę, wyglądała, jakby się wybierała do pracy. – Powiedz im, co zrobiłaś.
Dziewczyna milczała, co tylko rozsierdziło matkę. Kobieta tupnęła zniecierpliwiona, podeszła do sofy, chwyciła córkę pod ramię i usiłowała ją postawić na nogi.
– To nie jest konieczne – oznajmił Burrows, wciskając się między obie kobiety. – Pani stanie tam, obok mojego partnera – polecił matce.
Następnie wbił wzrok w dziewczynę.
– No co? – odezwała się w końcu.
– Masz jakieś obrażenia? – zapytał.
Krótko przycięte blond włosy, kolczyk w policzku, powieki mocno umalowane na fioletowo. Przewróciła oczami, ale pokręciła przy tym głową.
– Skoro ona nie chce mówić, to ja powiem! – wybuchnęła matka. – Zadzwoniła pod numer alarmowy z doniesieniem, że mój narzeczony, jej przyszły ojczym, ją zgwałcił. Boże drogi! Czy ona wygląda na pobitą? Kiedy zobaczyła podjeżdżający ambulans, przyznała się, że zadzwoniła. Szlag mnie trafi!
– Czy ktoś cię skrzywdził? – zapytał Burrows nastolatkę.
– Tak. Vince.
– Co pani o tym wie? Czy rzeczywiście mogło do czegoś dojść? – zwrócił się Webster do matki.
– Ależ skąd! Zwariowało dziewczynisko! Mój narzeczony, Vince, był tutaj ostatnio wczoraj na kolacji. A ona zachowywała się tak bezczelnie, że w końcu zmusiła go do wyjścia.
Burrows ignorował matkę.
– Czy narzeczony matki cię skrzywdził? – spytał córkę.
– Aha, owszem, tak, panie doktorze. Zrujnował mi ­życie.
– Nie jestem lekarzem.
– Co za różnica.
– Czy dotykał cię w niedozwolony sposób albo uderzył?
– Równie dobrze mógłby mnie zabić.
– Muszę cię zbadać, sprawdzić, czy masz jakieś obrażenia – powiedział Burrows.
– Myślałam, że pan nie jest lekarzem.
– Jestem ratownikiem medycznym.
– Fatalnie.
Burrows przysiadł na piętach, ujął młodą kobietę za nadgarstek, żeby zmierzyć puls.
– Łapy przy sobie! – warknęła, a jej twarz wykrzywiła jedna z najgorszych min z repertuaru nastolatki.
Webster podszedł do Burrowsa, przez chwilę stali bez ruchu. Przyglądał się otwartej przestrzeni z wewnętrznym balkonem, kuchni z ogromną lodówką.
– Co myślisz? – spytał w końcu Burrowsa.
– Nie mogę zbadać dziewczyny bez jej zgody.
– Mała wezwała pomoc, żeby wkurzyć matkę.
Burrows odwrócił się do kobiety.
– Jak pani się nazywa?
– Natalie Krueger.
– A jak ma na imię córka?
– Charity.
Webster w ostatniej chwili zapanował nad odruchem i nie uniósł brwi ze zdumienia. Jaka matka w dzisiejszych czasach nadaje córce imię oznaczające dobroczynność i miłosierdzie?
– Natomiast jej facet – odezwała się dziewczyna – nazwał mnie wczoraj ostatnią zdzirą.
– Proszę pani, gdzie pan Vince znajduje się w tej chwili?
– W Massachusetts, tam mieszka – odparła pani Krueger z nieskrywaną satysfakcją. – W Williamstown.
– Kiedy tam pojechał?
– Już mówiłam. Wczoraj wieczorem. Bardzo mi przykro, że zostali panowie w to wszystko wmieszani. Przypilnowałabym jej, gdybym wiedziała, co się kroi.
– W tej chwili nie możemy zrobić nic więcej – poinformował Burrows. – Nie posuniemy się ani o krok bez zgody pani córki.
– Zgody nie będzie – odezwała się z kanapy Ostatnia Zdzira.
– Niedługo zjawi się policja – powiedział Burrows. – Przygotuj się na ich wizytę, będą mieli znacznie więcej pytań niż my.
– Cholera – mruknęła nastolatka.
– A co ty sobie wyobrażałaś?! – krzyknęła pani Krueger.
Burrows pochylił się do Webstera.
– Możemy odwołać gliniarzy. Bez przerwy mają fałszywe alarmy od dzieciaków, które chcą wkurzyć staruszków.
– Oskarżyła faceta o próbę gwałtu.
– Co ci mówi przeczucie? – zapytał Burrows.
– Mała kłamie. Chce wyprowadzić matkę z równowagi.
– Też mi się tak wydaje.
– Zawiadomię gliny – zdecydował Burrows. Odczepił radio od paska, połączył się z centralą. – Sytuacja opanowana – zameldował.
– Użycie broni?
– Nie. Za ile będzie policja?
– Akurat wracają z poprzedniego wezwania. Dotrą do was za kwadrans, może dwadzieścia minut.
Burrows wyłączył radio.
– Zaczekamy na nich tutaj? – spytał Webster.
– Chyba tak. – Po czym wzruszył ramionami. – Może lepiej w bryce.
Webster myślał później, że gdyby nie byli wtedy już dwadzieścia minut po końcu zmiany, okazaliby się mądrzejsi.
Podszedł do naburmuszonej nastolatki na sofie. Półleżała, rozparta na poduszkach, z nogami szeroko rozsuniętymi na boki, jakby była najbardziej zrelaksowaną osobą w Vermoncie albo największą uwodzicielką.
– Okłamywanie operatora numeru alarmowego jest poważnym wykroczeniem – powiedział. – Nie rób tego więcej.
Odchodząc, miał wrażenie, że słyszy skoczne echo. „Nie rób tego więcej”. Miał ochotę odwrócić się i wygarnąć dziewczynie po całości. Jakoś się powstrzymał.
Wsiedli do samochodu. Webster poprowadził na koniec długiego podjazdu, tam się zatrzymali i dobry kwadrans czekali, nim zobaczyli nadjeżdżający radiowóz. Nye opuścił szybę.
– Co tam?
– Fałszywy alarm – powiedział Webster. – Nastolatka postanowiła zagrać matce na nerwach.
– Tylko tego nam trzeba do szczęścia.
McGill stęknął niezadowolony.
– Wasza decyzja – rzucił Webster. – Może przydałoby się porozmawiać ze smarkatą, ale, moim zdaniem, po prostu wyżywa się na matce.
Nye przewrócił oczami.
Webster i Burrows ruszyli z powrotem do jednostki. Ujechali może kilometr, gdy znów odezwała się centrala.
– Doniesienie o poważnych obrażeniach ciała w miejscu waszego poprzedniego zgłoszenia.
– Niemożliwe – zdumiał się Burrows. – To był fałszywy alarm. Wygłup.
– Raczej nie – sprzeciwiła się dyspozytorka. – Dzwonili gliniarze, w tle było słychać krzyki.
Webster zawrócił, wcisnął gaz do dechy. Pod budynkiem wyskoczył z wozu i ruszył biegiem, myśląc o tym, że jeśli to dalszy ciąg wygłupu, Burrows każe dziewczynę aresztować. Pchnął drzwi. Po dziewczynie ani śladu, ale była matka, krzyczała na cały głos. Prawą stronę twarzy i szyi miała poparzoną, całą w pęcherzach. Włosy częściowo spalone.
– Jasna cholera – zaklął Webster cicho.
Nye starał się położyć kobietę na sofie.
– My się nią zajmiemy – powiedział Burrows. – Macie dziewczynę? Pewnie jest na górze.
– McGill ją złapał. A razem z nią znalazł pustą butelkę po detergencie do czyszczenia sedesu. Tam leży. – Wskazał odpowiednie miejsce.
Burrows wyciągnął sprzęt do udrażniania układu oddechowego. Żrące opary mogły uszkodzić kobiecie gardło. Zaintubował ją, zaczął przygotowywać zastrzyk przeciwbólowy. Cały czas starał się uspokoić ofiarę.
– Kwas solny – rzucił pod adresem Webstera. – Trzeba go wypłukać. Przynieś dużo chłodnej wody. Rany boskie, dostał się do oka. I policzek cały poparzony.
Burrows rozciął ubranie ofiary, bo na nim mógł w dalszym ciągu znajdować się kwas, zdjął jej biżuterię. Przykrył kocem. Zaaplikował przeciwbólowo fentanyl.
Wziąwszy od Webstera dzbanek z wodą, zaczął przemywać miejsca obrażeń, uważając, żeby nie spłukać kwasu na zdrową tkankę.
– Byliście tutaj, tak? – spytał Nye.
– Tak – przyznał Webster. – I wszystko było w po­rządku.
Nye zmierzył go przeciągłym spojrzeniem.
– Wszystko wydawało się w porządku – poprawił się Webster. – Żadnych obrażeń.
– Dlaczego wyszliście?
Tym razem odpowiedział Burrows.
– Sprawa wyglądała na głupi dowcip. Dziewczyna mówiła, że facet matki ją zgwałcił i pobił. Uznałem, że kłamie, nie ma śladów pobicia.
– Zbadałeś ją?
– Nie. Nie pozwoliła się dotknąć.
– Zabierzecie matkę do Mercy, córką my się zajmiemy. Moim zdaniem obaj z żółtodziobem siedzicie w gównie po uszy.


Było gorzej, niż się spodziewali. W szpitalu zbadano córkę i odkryto liczne ślady molestowania seksualnego. Popełniono najmarniej dwa przestępstwa: piętnastolatka została zgwałcona i dziewczyna oblała kwasem własną matkę. Matka doznała poważnych poparzeń, między innymi rogówki.
– Dobiorą mi się do tyłka – powiedział Burrows, kiedy wracali na pogotowie.
– Nam się dobiorą – poprawił go Webster.
– Z nas dwóch to ja jestem szefem. Ja decyduję.
– Będę cię krył.
– Będziesz się od całej sprawy trzymał z daleka. Jasne? Wykonywałeś moje polecenia. Zapamiętaj sobie. Mnie z roboty nie wywalą. A ciebie? Wylecisz, zanim skończysz myć Rakietę. Jak cię będą pytać, odpowiesz, że wykonywałeś moje polecenia. Zrozumiano?
Webster pokiwał głową.
– Zrozumiano?! – zagrzmiał Burrows.
– Zrozumiano.
– A wystarczyło siedzieć na czterech literach... – mruknął Burrows, kręcąc głową.
Websterowi zdarzyło się widzieć śmierć pacjenta i już wiedział, że to trudne przejście. Ale dopuścić do tragicznych zdarzeń jedynie dlatego, że się odeszło z miejsca wezwania... Koszmar.
Minęli ratusz, ceglane ranczo, przekształcone w siedzibę władz. Piętrowa biblioteka o kamiennej fasadzie także wyglądała fałszywie, jakby kiedyś pełniła funkcję magazynu żywności albo ziarna. Webster nie był jajogłowym, ale nocami czytywał dla przyjemności.
Przejechali obok Keezera, o jedenastej trzydzieści panował tu ścisk, przed knajpą stały głównie pikapy z narzędziami i niebieskim brezentem na pace. Czy Sheila dostała pracę? Konkurencyjna Jak u Mamy wypadła z obiegu, ale taki Quilt Shop nadal sobie radził. Webster znał każdy sklep, każdą knajpę i każdy biznes w okolicy. Czasami ponad wszystko marzyło mu się, by zostawić za sobą granicę ze stanem Nowy Jork i pojechać dokądś, gdzie go jeszcze nie było. Do jakiegoś miasta, w którym nie znał nikogo.
Zostawili za sobą sklep z pamiątkami Liść Klonu, pizzerię Armanda i dom pogrzebowy Robertsów. W alejce za domem pogrzebowym znajdował się American Legion Hall, budynek, w którym zaledwie cztery lata wcześniej jego klasa odbierała dyplomy. Skręcił w lewo, dojechał pod budynek straży pożarnej. Zaparkował Rakietę tyłem, gotową do następnego kursu.
Burrows ruszył do wejścia, a Webster stanął przed Rakietą i zapatrzył się w przestrzeń. Na drzewach ciągle tkwił śnieg, który spadł minionej nocy, słońce zmieniało go w kryształki. Zatęsknił za nartami.
Ciekawe, czy Sheila jeździ na nartach. Raczej nie.
Zdarzyło mu się zerknąć na mapę, sprawdzić, gdzie dokładnie jest Chelsea. W okolicy nie odkrył ani jednego wyciągu.
Przeszedł pod drzwi garażu. Zobaczy ją, kiedy będzie wychodziła z pracy.
Bardzo chciał ją zabrać z tego pokoiku na werandzie, od dziwacznych wynajmujących, którzy żywili się batonikami Devil Dogs. Nie miał bladego pojęcia, jak wyglądali, miał natomiast nadzieję, że nigdy ich nie spotka.
Jak ją stamtąd wyciągnąć? Nie mógł jej sprowadzić do rodziców. W żadnym razie. Miała tylko pieniądze wygrane w bilard i może tygodniową wypłatę. Najchętniej by wsiadł razem z nią do samolotu i poleciał w jakieś ciepłe miejsce. Żeby mieć pieniądze na dwa bilety lotnicze, a nie roztrwonić oszczędności, musiałby pracować kilka miesięcy. No i gdzie polecieć? Na Florydę? Do Meksyku? We dwoje na plaży, on w spodenkach kąpielowych, ona w bikini, między nimi dwa kieliszki z pina coladą.
– Webster!
Odwrócił się w stronę drzwi dla pracowników.
– Czego tam kwitniesz, żółtodziobie? – spytał Burrows. – Bałwana lepisz?
– Nie, skądże.
– Pamiętaj, że nadal jesteś na służbie.
(…)