Strona główna / Literatura polska / Lustro czasu

Aktualności

14.02.2020

Spotkania z Marcinem Margielewskim

Zapraszamy na lutowe i marcowe spotkania z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Zaginione arabskie księżniczki".

Wywiady

23.01.2020

Wszyscy mamy w sobie czynnik diabła.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Craigem Russellem, autorem książki "Czynnik diabła"

Posłuchaj i zobacz

22.01.2020

Wstrząsająca prawda o życiu arabskich księżniczek.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Marcina Margielewskiego "Zaginione arabskie księżniczki".

Bestsellery

TOP 20

  1. Dymy nad Birkenau Seweryna Szmaglewska
  2. Króliki z Ravensbrück Anna Ellory
  3. Oleńka. Panienka z Białego Dworu Wioletta Sawicka

Fotogaleria

więcej »

Lustro czasu

Anna Piega

List pierwszy

Są historie bujne i soczyste jak majowa trawa, są też ciche i szare jak listopadowy zmierzch… Moja historia jest krótka i smutna. To prawda, nie brakowało w niej drobnych radości, wzlotów i uniesień, nie brakowało też chwil rozpaczy, gdy niewidzialne dłonie zaciskają się na sercu, aż brakuje tchu i wokół tylko ciemność. Jednak wszystkie te chwile – dobre i złe – niczym różnobarwne koraliki łączyła jedna nić. Smutek, smutek… Był jak mgła. Otaczał ze wszystkich stron. Nie pozwalał zobaczyć słońca, nie pozwalał odnaleźć właściwej drogi. Żadnej drogi. Bywały momenty, gdy za tym białym woalem majaczyły kształty, błyskały niewyraźnie promienie słońca, ale wszystkie próby dotarcia do nich kończyły się porażką. W końcu przestałam walczyć. Pogodziłam się ze smutkiem, pozwoliłam, by mnie przytulił, ogarnął… I znalazłam ukojenie.
Za oknami rozgrywa się właśnie odwieczny spektakl – przemiana. Niespodziewany podmuch zimy walczy z kolorową i pełną jeszcze życia jesienią. Dzisiaj spadł pierwszy śnieg. Niewiele go – ot, cukrowa posypka na morzu żółtoczerwonych klonowych liści. Może właśnie ten śnieg, tak dobitnie przypominający o zbliżającej się porze chłodu, krótkich szarych dni i długich srebrnych nocy, uświadomił mi, jak szybko mija czas i jak niewiele mi go zostało. Teraz, gdy to wiem, próbuję choć trochę zapanować nad tym, co kiedyś pozostawiłam własnemu biegowi i wykorzystać czas, który jeszcze mi pozostał. Cóż to za śmieszne wyrażenia – mieć czas, nie mieć czasu. Paradoksalnie, to chyba jedyna rzecz, która wciąż się wymyka ludzkiej żądzy posiadania. Ale człowiek zawsze wyrażał w języku własne pragnienia, choćby najbardziej irracjonalne…
Czas. To trucizna i lek. Źródło nadziei i rozpaczy. Niosąca zagładę bestia, co pożera własny ogon, i miłosierny dobroczyńca, który wyciąga do nas rękę. Nieustannie leczy rany i niezmiennie zadaje nowe. Nie ma na świecie człowieka, którego nie dotknęła jego dłoń. Czas – ojciec wszelkiej przemiany. Bezwzględna nieuchronność przemijania może budzić lęk. A przecież to jeden z niewielu pewników, jakie istnieją w naszym niepewnym życiu. Aksjomat, na którym można się oprzeć.
To może dziwne, ale nigdy nie obawiałam się upływu czasu. A tak wiele rzeczy budziło moje obawy i lęki. Ktoś powiedział, że boję się życia, i pewnie miał rację. A mimo to czas nigdy mnie nie przerażał. Tak, jak gdyby nie istniał, a w każdym razie – jakby nie istniała przeszłość i przyszłość. Pierwszą zamknęłam, spaliłam mosty. Drugiej nie potrafiłam dostrzec. Byłam zbyt mocno, zbyt boleśnie zanurzona w teraźniejszości. Nie bałam się przemijania i starości. Jakbym przeczuwała, że nie jest mi pisana. Wybrańcy bogów umierają młodo, a ja przecież byłam wybrańcem. Przez krótką chwilę wierzyłam w to głęboko. I byłam taka młoda! Młodość nie musi się bać. Czas dla niej nie istnieje. Nie istnieje śmiertelność. Młodość nie wie, że każdy triumf jest elementem ostatecznej klęski.
Traktowałam czas jak sprzymierzeńca. Wyobrażałam go sobie jako ścieżkę – wąską, piaszczystą, krętą. Jako polne dróżki mojego dzieciństwa, którymi wędrowałam w poszukiwaniu przygody, którymi uciekałam z domu, godzinami klucząc po bezdrożach, odkrywając nieznane lądy i spodziewając się za każdym zakrętem czegoś niezwykłego i fascynującego. Każdy ma w życiu taką ścieżkę, która wije się między polami, biegnie przez łąki, lasy, skręca raptownie, błądzi, zawraca. I niezmiernie rzadko prowadzi tam, gdzie chcemy. Niekiedy w tej plątaninie zdarza się nagły zwrot, niespodziewany zakręt, jakaś pętla. I wtedy czas się zatrzymuje. Na jeden krótki moment. Lecz to wystarcza, by człowiek zobaczył, niczym w lustrze, swoją prawdziwą twarz, swoje życie. Przeszłość lub przyszłość. Bywa, że coś więcej.
Ja też zawędrowałam kiedyś w taką pętlę. Kilka nieopatrznych kroków, zmylony kierunek i oto stałam przed lustrem czasu, wpatrując się z niedowierzaniem w chaotycznie wydeptaną ścieżkę. Nagle wszystko zrozumiałam. To, co było takie zagmatwane i trudne, stało się oczywiste. Nie to było jednak najważniejsze. Ujrzałam wówczas Ciebie. Twoje życie. Takie, jakie będzie, i takie, jakie mogłoby być. I wtedy podjęłam decyzję.


W sali panował półmrok. Światła przygasły. Na małej, lekko podwyższonej scenie trwały ostatnie przygotowania. Muzycy zajmowali miejsca. Właściciel klubu, Jerzy Habich, zatrzymał się przy barze i z uśmiechem zadowolenia lustrował salę. Dawno nie było tu takiego tłumu. Klub Orfeusz nie cieszył się jakąś szczególną popularnością, a jego bywalcy stanowili dość specyficzne towarzystwo. Orfeusz nie zachęcał ani wyjątkową lokalizacją, ani nowoczesnością, ani ekstrawagancją, lecz miał to coś, co przyciągało – wyraźną atmosferę akceptacji i wolności, bez cienia przymusu, sztuczności, pozy. Brakowało mu natomiast tej szczypty snobizmu, która przyciąga i wabi kolorowe ptaki stolicy oraz całą rzeszę ich dworzan. Bywanie w Orfeuszu nie dodawało splendoru, ale kto raz tu trafił, zwykle wracał. Przychodziło się tutaj dla przyjemności, a nie po to, żeby się pokazać. Nie było to miejsce modne, ale za to niezobowiązujące i trochę staroświeckie. Dla wielu osób stanowiło to wystarczającą zachętę.
Zwykle bywało tu spokojnie – goście sączyli drinki, z głośników leniwie płynęły dźwięki, gatunkowo zróżnicowane i poszufladkowane. W poniedziałki była to muzyka świata, oryginalne utwory w klimacie trójkowej Siesty. We wtorek królował jazz, w środę reggae. Chętni zawsze mogli dać upust swojej pasji tanecznej, ale prawdziwa zabawa rozkręcała się w sobotni wieczór.
Niedziele były nieco inne. Większość sobotnich imprezowiczów odsypiała noc, regenerując się przed nowym tygodniem. W świąteczne wieczory w klubie Orfeusz odbywały się kameralne koncerty – publiczność była mniej liczna, za to bardziej wyselekcjonowana. Czasami nawet za bardzo. Wpadali dziennikarze muzyczni, krytycy, ludzie zainteresowani muzyką – można rzec – zawodowo. Poziom wydarzeń był bardzo różny – trafiały się perełki, ale również spektakularne porażki, gdy buczenie publiczności przeganiało artystę ze sceny. Jednak dzisiejszy koncert zapowiadał się ciekawie.
Duszna atmosfera niewielkiej klubowej sali pulsowała oczekiwaniem. W powietrzu krzyżowały się jeszcze przyciszone pozdrowienia, szepty, gdzieś w kącie zabrzmiał urwany śmiech. Oczekiwanie wzrastało powoli i namacalnie, wciąż podszyte życzliwością i poczuciem wspólnoty. Większość obecnych w sali osób wiedziała, czego się spodziewać, pozostałych przywiodła tu ciekawość i plotki o nowym niezwykłym zjawisku muzycznym. Zanim wśród publiczności dały się słyszeć pierwsze pomruki zniecierpliwienia, w głębi sceny zabrzmiały delikatne dźwięki gitary, a chwilę później snop mlecznego światła wydobył z czarnego tła drobną postać.
Dziewczyna podeszła do mikrofonu i się ukłoniła. Była niewysoka i szczupła. Miała na sobie prostą sukienkę w kolorze gorzkiej czekolady. Żadnej biżuterii, żadnych błyskotek. Ciemny strój przełamywała burza jasnych włosów okalająca pociągłą twarz niczym aureola. Rozległy się pojedyncze brawa, lecz szybko ucichły. Przez kilka sekund panowała całkowita cisza, a potem popłynęła muzyka. Jak potok. Początkowo niepozorny, chwiejny, leniwie pokonujący kolejne zakręty, chwilami niknący w zaroślach, lecz nieustannie nabierający mocy i prędkości, wspomagany niewidocznymi strugami dopływów. Wokalistka miała niski matowy głos, który początkowo wydał się słuchaczom dość banalny, ale wrażenie zniknęło po chwili bezpowrotnie. Wraz z muzyką nabierał mocy, rozpoczynając niezwykłą penetrację różnych rejonów dźwięku, przechodząc płynnie od zmysłowego szeptu do pełnego brzmienia, w którym słyszalne były radość i pasja, smutek i tęsknota.
Z każdą kolejną piosenką głos nabierał siły i pewności, prowadził słuchaczy w świat nienazwanych emocji, osaczał obietnicą niezwykłych przeżyć, brał w posiadanie serca, otwierał wyobraźnię. Budził wrażliwość i grał na jej strunach zupełnie nowe pieśni, tak różne, jak różni byli zasłuchani ludzie ukryci w mroku klubowej sali.
Czas mijał. Dziewczyna śpiewała. Nikt z publiczności nie odważył się przerwać tego muzycznego spektaklu oklaskami. Między tymi, którzy tworzyli muzykę, i tymi, którzy jej słuchali, biorąc w dłonie niczym niespodziewany i poruszający dar, powstawała jedność. Nic nie mogło jej zakłócić.


Maciej Mazur uśmiechał się w półmroku. Był to uśmiech w równym stopniu ulgi, co triumfu. Do końca nie był pewien, czy Daria poradzi sobie z tremą, czy podoła presji. Była taka krucha, delikatna. A przy tym uparta jak osioł. Jeszcze kilka dni temu chciała odwołać koncert. Nie wiedział dlaczego, co w nią wstąpiło. Czy powodem był zwykły strach, brak wiary we własne siły, czy coś innego, o czym nie miał pojęcia? A może wręcz przeciwnie, jej arogancja, poczucie, że nie musi nikomu niczego udowadniać, że poradzi sobie sama? Tak, Daria była wybuchową mieszanką sprzecznych emocji, poglądów, motywacji. Nigdy nie było wiadomo, co pomyśli, jak postąpi, a ponieważ nie bardzo liczyła się z innymi ludźmi – jej zachowanie często bywało irytujące. Co tu dużo mówić – Daria była po prostu nieprzewidywalna. A do tego zamknięta w sobie jak ostryga. Nigdy nie wiedział, co naprawdę myśli. Potrafiła z niewinnym uśmiechem wpatrywać się w rozmówcę, by po chwili spuentować jego wypowiedź czy zachowanie z miażdżącą ironią i złośliwością. Przy tym jej wygląd był bardzo mylący. Szybko się o tym przekonał. Zresztą – nie on jeden.
Ich pierwsze spotkanie miało charakter „zaplanowanego przypadku”. Gitarzysta i lider zespołu Black Velvet, z którym Daria występowała, Adam, był bratankiem Mazura. Wbrew pozorom związki rodzinne były dla Macieja ważne, a przy tym Adama zwyczajnie lubił. Łączyło ich nie tylko pochodzenie i nazwisko, ale również wspólna pasja – godzinami potrafili rozmawiać o muzyce, godzinami słuchali wspólnie nagrań, nie odzywając się do siebie ani słowem. Maciej doskonale zdawał sobie sprawę, jak utalentowany jest Adam i zawsze kibicował jego poczynaniom. Czasem nawet trochę mu zazdrościł, bo sam, pomimo niebywałej wiedzy muzycznej, pozostał teoretykiem. Niewiele osób wiedziało, że w młodości uczył się gry na skrzypcach i że czasami wraca do tej pierwszej miłości – ale tylko w wyjątkowych sytuacjach i tylko gdy nikt nie słyszy.
Maciej Mazur pamiętał dobrze pewien wieczór sprzed ponad roku, gdy po koncercie jazzowym w Meduzie Adam podszedł do niego z niewysoką dziewczyną, ubraną w męską marynarkę. Był podejrzanie zadowolony z siebie, gdy dokonywał prezentacji. Mazur do dziś nie był pewien, czy widoczne zadowolenie domieszkowane czymś w rodzaju dumy płynęło z ich pokrewieństwa, czy raczej znajomości z tą niepozorną blondynką.
Daria sprawiła na nim wrażenie klasycznej szarej myszki – mała, drobna, bez cienia makijażu, z burzą nieujarzmionych jasnych włosów skręconych w drobne loczki. Był zdumiony, gdy się odezwała – niski matowy głos zupełnie nie przystawał do postaci. Spodziewał się radosnego szczebiotu, a ona cedziła słowa, odpowiadała monosylabami i przyglądała mu się w sposób, który go irytował i peszył, co było raczej niecodziennym doznaniem. Cały wieczór rozmawiał z Adamem. Daria rzadko wtrącała jakieś zdanie, konsekwentnie pozostając na pozycji obserwatora. Zauważył, że w miarę upływu czasu ulatuje z niej wewnętrzne napięcie. Sam też poczuł się pewniej, swobodniej. Kiedy się wreszcie uśmiechnęła, zrozumiał, że źle ją ocenił. Miała w sobie delikatny, nieuchwytny wdzięk. Nie używał tego określenia od dobrych trzydziestu lat. Znał wiele pięknych kobiet, atrakcyjnych, a nawet – jak mówił – rasowych. Ale w żadnej nie dostrzegał wdzięku. Cóż, takie czasy, myślał. Wdzięk wyszedł z mody, jak tyle innych cudownych rzeczy. Daria obudziła w nim tęsknotę za światem, który należał do przeszłości. Albo do literatury. Adam zapytał go później o wrażenia i nie czekając na odpowiedź, dodał:
–?Jest niezwykła, prawda? I piękna.
–?Nie. Wcale nie jest piękna – zaprzeczył Mazur. – Chociaż może to rzeczywiście jakiś rodzaj piękna… Jest w niej coś tajemniczego. Z jednej strony, zupełnie niepozorna, a z drugiej… Wydaje się taka jasna, świetlista. OK. Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale nie umiem tego inaczej określić. Poza tym nie jestem pewien, co się za tym kryje.
–?Bystrzak z ciebie staruszku – uśmiechnął się Adam. – Trafiłeś w sedno. Jej powierzchowność niewiele ma wspólnego z charakterem. – Przerwał i spoważniał. – Wydaje mi się, że w jej życiu więcej jest cienia.

Tydzień później Maciej Mazur zjawił się na próbie zespołu. Zaintrygowała go opowieść Adama o Darii. Podobnie jak ona sama. Mimo wszystko nie był przygotowany na to, co zaszło. Usadowił się wygodnie i czekał, aż zaczną. Ale oni się nie spieszyli. Pięciu rosłych facetów i ta drobna jasnowłosa dziewczyna pośród nich. Po paru minutach przygotowań Mazur nie miał jednak wątpliwości, kto tu rządzi. Wreszcie któryś z chłopaków usiadł do pianina i zaczął plumkać. Adam wziął do ręki gitarę. Powoli włączała się reszta. A potem Daria zaczęła śpiewać. Właściwie nawet trudno było nazwać to śpiewem… Sam głos, bez słów, ale za to jaki… Wokaliza płynnie łączyła się z muzyką, stawała się jej częścią.
Mazur wstrzymał oddech i słuchał. Przez długą chwilę nie wiedział, co się z nim dzieje, stracił poczucie czasu. Gdy muzyka nagle umilkła, miał wrażenie, jakby go wyrwano z pięknego snu. Zerwał się z krzesła i szybko podszedł do zespołu.
–?Jezu, co to było?
Adam tylko się uśmiechnął, z wyraźną satysfakcją, i spojrzał na Darię.
–?To? Rozgrzewka – odparła spokojnie.
–?Rozgrzewka?
–?Mówiłem ci – wtrącił się Adam, mrugając porozumiewawczo do stryja. – Usiądź i słuchaj.
Wtedy właśnie, w tej pustej sali, podczas kilkugodzinnej próby zespołu, Maciej Mazur był człowiekiem absolutnie szczęśliwym. Od wielu lat muzyka była dla niego wszystkim. Jego pasją, pracą, życiem. Była ważniejsza niż rodzina, pieniądze, kariera. Dawała poczucie spełnienia i całkowitej wolności. Pierwsza wielka miłość i pierwsze muzyczne wtajemniczenie wiązało się z jazzem, ale z równą atencją traktował soul, słuchał chętnie zarówno Mozarta, jak i nowoczesnego rocka. Dla niego istniały dwa rodzaje muzyki – dobra i zła. Jako dziennikarz wielokrotnie miał okazję słuchać koncertów wybitnych artystów. Wielu poznał osobiście. Wszystkie te spotkania niosły ze sobą wielkie przeżycia i wzruszenia, a na dłuższą metę były źródłem ogromnej dawki energii. Słuchając Darii, Maciej był w pełni świadom jej wielkiego talentu. W natłoku różnych emocji pojawiła się też wdzięczność, że oto los, ze sobie tylko znanych powodów, postawił tę dziewczynę na jego drodze.
Przez kolejne miesiące ich wzajemne relacje zmieniały się, ewoluowały. Dziś mógł chyba nazwać siebie przyjacielem Darii. Choć pewnie ona nie użyłaby takiego określenia. Była oszczędna w słowach. Zwłaszcza tych znaczących. Ale kiedy wyszła na scenę, przez ułamek sekundy patrzyła w jego stronę. Pokaż im, maleńka, wyszeptał. Skinęła lekko głową, jakby w odpowiedzi. A potem zabrzmiała muzyka. Daria wzięła słuchaczy za rękę i poprowadziła śmiało tam, gdzie chciała. (…)