Strona główna / Literatura polska / Babskie gadanie

Aktualności

30.09.2019

Film o Grzesiuku na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Z radością informujemy, że film dokumentalny o Stanisławie Grzesiuku "Grzesiuk. Ferajna wciąż gra” w reżyserii Jarosława Wiśniewskiego został zakwalifikowany do 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, który odbędzie się w dniach 9-24 listopada w Chicago.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski
  2. Białe kłamstwa Piotr Borlik
  3. I tak nie przestanę Cię kochać Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Babskie gadanie

Izabela Pietrzyk

(…)
– Ty mnie naprawdę opętałaś! – Pogłaskał mnie po policzku. – Czy wiesz, że dzisiaj do koleżanki z pracy, która ma na imię Iwona, powiedziałem Iza? Chyba doktor Freud mi się kłania? Jesteś nawet w mojej podświadomości!
– Gdyby tak było, to nie powiedziałbyś do niej Iza, tylko Iziątko – uśmiechnęłam się. Uwielbiałam, kiedy tak do mnie mówił.
Po bardzo długim i bardzo namiętnym pocałunku, od którego zakręciło mi się w głowie, wyszeptał mi do ucha:
– Pragnę cię. Chcę ciebie. Chcę ciebie całą. Iziątko…
Już kilka razy wspominał o wynajęciu hotelowego pokoju, ale ten pomysł zupełnie mi nie pasował. Wiedziałam, że będę się tam czuć jak wzywana na telefon dziwka. On mnie niezmiennie zapewniał, że to bzdura, Dziewczynki pytały, czy się z koniem na łby pozamieniałam, ale co ja mogłam poradzić na to, że tak właśnie mi się to kojarzyło?
Jednak teraz, kiedy mnie całował, przerywając cichymi zapewnieniami o miłości i mówiąc, jak bardzo mnie pragnie, postanowiłam w końcu skapitulować.
Też przestały mi już wystarczać pocałunki i krótkie pieszczoty przy kawiarnianym stoliku. Też bardzo go chciałam. Całego.
– Są tu jakieś pokoje na górze? – spytałam z ustami tuż przy jego ustach.
Zamarł w kompletnym bezruchu, w pół pocałunku. Ja też. Zupełnie jakbyśmy brali udział w zabawie „raz, dwa, trzy, Baba-Jaga patrzy”. Wiedziałam doskonale, że nad nami jest normalny budynek mieszkalny, i tym swoim pytaniem chciałam tylko dać sygnał na bliżej nieokreśloną przyszłość. Nie mówiłam o dzisiejszym wieczorze.
Chociaż sama już nie wiem, o czym mówiłam i co miałam na myśli, bo – jak za każdym razem – zamknięta w jego ramionach byłam mocno zamroczona.
– Tu akurat nie, ale całkiem niedaleko stąd są. – Czułam, że boi się mnie spłoszyć. Czekał w wyraźnym napięciu, co odpowiem.
Niepotrzebnie się obawiał. My, kochanki, żeby się przynajmniej za cokolwiek szanować, nie rzucamy słów na wiatr.
– Ale dzisiaj? – Sama myśl o tym, że mogłabym za chwilę znaleźć się z nim w łóżku, przyprawiła mnie o łomotanie serca. – Przecież musimy wracać do domu.
– Ja nie muszę – znowu wyczułam, że się wystraszył mojej ucieczki – zadzwonię, że coś się stało i zostaję w pracy. To się często zdarza.
No jasne! Niech żyją złodzieje, mordercy i wszyscy inni kryminaliści chodzący po tym mieście! Czyniąc zło, czynicie dobro! Wasza Praca – Nasze Alibi!
A w zasadzie to nie nasze, tylko jego. Ja nie mogę się na nie powołać, niestety.
Co miałabym powiedzieć Felce? Kładź się spać i nie czekaj na mnie, bo mamusia idzie do hotelu, żeby… się bzykać – wpadło mi do głowy ulubione określenie Carycy.
Oszukiwanie Felki starałam się zmniejszyć do niezbędnego minimum, więc nie ukryłam, że mam dzisiaj randkę z Czarkiem.
Że też nie zmyśliłam wyjścia na tańce z Dziewczynkami – zżymałam się w myślach. – I tak łżę jak pies, więc co by to była za różnica: jedno kłamstwo w tę czy w tamtą? Mogłabym przynajmniej nałgać, że zostaję u którejś na noc. A tak? Jeśli nie wrócę do domu, będzie to jednoznaczny komunikat.
I czy aby mam pewność, że jestem na to gotowa już dziś? Czy nie powinnam się z tą myślą oswoić, przygotować się do tego, czym ostatecznie przypieczętuję swój nowy status społeczny?
Jestem gotowa – zapewniłam sama siebie – i niech to się stanie dzisiaj. Jak będę miała choćby dobę na zastanawianie się, to ucieknę. Zadręczę się wyrzutami sumienia przy obmyślaniu bielizny, którą mam włożyć, przy staranniejszym niż zazwyczaj depilowaniu, przy nacieraniu się kusząco wonnym balsamem.
Czarek przeczuwał chyba, że się waham i rozpatruję wszystkie za i przeciw.
Robił wszystko, żebym wybrała wersję „za”: całował, przytulał, pieścił i szeptał mi wciąż słodko do ucha, tak że zupełnie nie mogłam się skupić.
– Przestań – opędzałam się od niego ze śmiechem.
– Nie przestanę – znowu mnie zagarnął obiema rękoma – nie przestanę, dopóki się nie zgodzisz! Nie możesz się już wycofać, bo to by był akt okrucieństwa. A ty nie jesteś okrutna, prawda? Jesteś tylko okrutnie piękna, okrutnie pociągająca, okrutnie seksowna, okrutnie namiętna. I na takie okrucieństwo zasłużyłem – daj mi siebie, proszę, błagam, żebrzę!!!
I jak tu się pozbierać i oprzytomnieć? Odsunęłam go od siebie z trudem.
– Czekaj, muszę pomyśleć. – Zaczęłam szukać w torebce telefonu.
– Nie myśl – złożył ręce – jak tylko zaczynasz myśleć, to ja natychmiast zaczynam się o nas bać. Co robisz? – zapytał, patrząc, jak bawię się telefoniczną klapką – dzwonisz do domu?
Nie odważyłam się na telefon. Lepiej wyślę SMS. Starałam się, aby to, co piszę, nie wzbudzało żadnych podejrzeń i było mocno beztroskie:
„Kolacja supersyta, ale mamy niedosyt. Idziemy trochę potańczyć. Nie wiem, o której wrócę, więc zamknij dobrze drzwi i nie zostawiaj klucza w zamku, bo nie uśmiecha mi się nocować na wycieraczce. Informuję, że będę tańcowała w Cafe Jerzy, i uprzedzam, że tam nie ma zasięgu, więc nie martw się, gdybym nie odbierała. Czy Kuba mógłby wyprowadzić Sambę?”.
Przeczytałam kilka razy, wykasowałam „więc nie martw się, gdybym nie odbierała”, bo uznałam, że za długie jest to tłumaczenie. W kłamaniu dochodzę do perfekcji – stwierdziłam ze zgrozą i wysłałam wiadomość.
– Co napisałaś? – dopytywał się, wpatrzony wyczekująco w moją komórkę.
– Że idziemy potańczyć – nie chciałam się wdawać w żenujące szczegóły – i że nie wrócę za szybko.
Uśmiechnął się, złapał mnie za ręce i pocałował moje otwarte dłonie. Zawsze mnie tym rozbrajał. Całowanie kobiety w dłoń było czymś banalnym, ale całowanie wnętrza dłoni odbierałam jako bardziej poufałe niż dotykanie ust.
– Mogłaś napisać, że jedziemy potańczyć do Rio i wrócisz za miesiąc – przyłożył moje ręce do swoich policzków – Iziątko moje, śliczne, kochane, jedyne. – Jego oczy błyszczały niemal zwierzęcym pożądaniem. Podobał mi się z tym wyrazem twarzy i schlebiało mi to jego spojrzenie.
Komórka odezwała się krótkim sygnałem.
„Nawet gdybyś miała zasięg, to i tak bym ci nie przeszkadzała. Kuba powiedział, że chętnie wyprowadzi na spacer Sambę i mnie. Kochany jest, prawda? Baw się dobrze. Buziaki”.
– I co?
– Napisała, że mam się dobrze bawić…
– Będziesz się bawiła cudownie, obiecuję. – Pocałował mnie, a raczej tylko musnął ustami, i podniósł się z krzesła. – Przepraszam cię, zaraz wracam. Tylko mi nie ucieknij! Nie uciekniesz?
Zaprzeczyłam zdecydowanym ruchem głowy.
– Na pewno? Może jednak poproszę kelnera, żeby cię popilnował?
Zaśmiałam się.
– Nie trzeba. Nigdzie się stąd bez ciebie nie ruszę.
Wiedziałam, że poszedł zadzwonić do żony. To oczywiste, że nie chciał rozmawiać z nią przy mnie. Nie chciał, żebym słyszała, jak ją okłamuje.
Zaczęłam sobie wyobrażać tę rozmowę:
– Cześć, kochanie.
– Cześć. Za ile będziesz w domu?
– Niestety, nie będę. Muszę zostać w pracy.
– Co się stało?
– Zamordowali jakiegoś młodego chłopaka…
Nie! Nie może tak powiedzieć, bo o morderstwie młodego chłopaka napisałyby jutrzejsze gazety. Musi wymyślić inne kłamstwo.
Czyli jeszcze raz:
– …Co się stało?
– Kolega zachorował i muszę siąść za niego na dyżur. Ale obiecał, że odda mi potem wolne.
– Za dużo pracujesz.
– Daję radę. Ale to miłe, że się o mnie martwisz.
– Nie jesteś głodny?
– Nie.
– A co jadłeś?
– Jakieś świństwo z bufetu.
– Nie dzieje się nic strasznego w mieście?
– Nie. Normalnie, jak to w weekendowy wieczór: naćpane dzieciaki i drobne rozboje. Nas tymczasem nie ruszają.
– A o której jutro wrócisz?
– Jeszcze nie wiem. Jak dzieci?
– Dobrze. Malutka już śpi. Czekała na twój powrót, ale w końcu zasnęła.
– Ucałuj ją ode mnie. Poza tym wszystko dobrze?
– Tak.
– Co robisz?
– Oglądam telewizję, ale jeśli zostajesz w pracy, to zacznę się chyba szykować do spania.
– Słusznie, połóż się już. Też na pewno jesteś zmęczona po całym dniu.
– Trochę tak. No to życzę spokojnej nocy. Żeby nic się nie działo.
– Na pewno nic się nie będzie dziać. Zawsze się martwisz na zapas. Dobranoc, całuję.
– Też całuję. Dobranoc, kochanie.
W rzeczywistości musieli jeszcze o czymś rozmawiać, bo Czarek wrócił do stolika dopiero kilka minut po: „Też całuję. Dobranoc, kochanie” z mojej wyimaginowanej rozmowy.
– Ufff! Nie uciekłaś – ucieszył się. – Chodź! Chodź stąd! Chodź już!
Nie tyle pomagał mi włożyć płaszcz, ile mnie wręcz w niego upychał.
– A rachunek? – zapytałam. – Musimy zapłacić, bo będziemy tu spaleni. A szkoda by było – popatrzyłam z wdzięcznością i z sympatią na szeroki filar, za którym chowaliśmy się tyle razy.
– Już dawno zapłaciłem. Myślałem, że uduszę tego szczeniaka za barem: miał kłopoty z obsługą terminalu i kolega musiał mu pomagać. Godzinę tam chyba sterczałem i kląłem jak szewc.
– Na szczeniaka za barem kląłeś? No to i tak mamy już spalony lokal – zasmuciłam się.
– Nie na szczeniaka, tylko w myślach kląłem. Nie jestem przecież idiotą! – Jedną ręką ciągnął mnie po krótkich stopniach schodów, a drugą wybierał numer taksówki.
– Poproszę pod Santorini – mówił z lekką zadyszką. – Tak? To się bardzo cieszę, że już jedzie. Niech jedzie już i niech jedzie szybko!
Stojąc na chodniku, złapał mnie wpół, lekko uniósł nad ziemię i obrócił w powietrzu kilka razy.
– Moja, moja, moja! Moja wymarzona! Moja jedyna! Iziątko moje!
Byłam jednocześnie bardzo szczęśliwa i bardzo skonfundowana. Bo jakoś to wszystko południowoamerykańską telenowelą mi tchnęło. Nie mogłam odciąć myślenia i całkowicie dać się ponieść emocjom. A przecież wszystkie poradniki zalecają, żeby się odciąć i dać ponieść.
Niestety, w moim łbie siedział jakiś kontroler lotów z Heathrow i ciągle ze mnie szydził.
Zanim przyjechała taksówka, usłyszałam tyle gorących słów, tyle wyznań, tyle zapewnień, tyle obietnic i miłosnych zaklęć, ile nie powiedział przez całe dwa miesiące.
W taksówce usiadł razem ze mną na tylnym siedzeniu i robił wszystko, aby ta rozgrzana do czerwoności namiętność nawet przez chwilę nie schłodziła się choćby o jeden stopień.
Robił to skutecznie, ale i tak zdołałam, resztką przytomności, dokonać nowego odkrycia.
Odkryłam, że taksówkarz doskonale wie, kogo wiezie. I wiedziałby, kogo wiezie, nawet wtedy, gdybyśmy tkwili obok siebie jak dwa słupy telegraficzne: bez szeptów, chichotów i bez pocałunków. Wiedziałby, że wiezie parę kochanków.
Gdyby do jego samochodu wsiadło małżeństwo, to nigdy nie siedziałoby razem na tylnym siedzeniu. Mąż usiadłby obok kierowcy, a nie obok żony. Kolejna zagadka: Dlaczego? Czy to jakiś atawizm?
I kolejna smutna konstatacja: nieważne dlaczego, ale szkoda, że tak jest…
Szkoda, bo bardzo smutno jest podróżować w pojedynkę na tylnym siedzeniu. Zwłaszcza po imprezie, którą też spędziło się „na tylnym siedzeniu”, czyli z daleka od męża, zajętego dysputami w gronie kolegów: o nowym bmw, o kredytach, budowach, piłce nożnej. Z daleka od męża, którego błagało się, wlokąc za ręce, o jeden taniec. Bo akurat jakiś wolny kawałek leciał…
Ale, niestety, trzeba było odejść z kwitkiem i z rubasznie dobrotliwym mężowskim komentarzem, popartym wielogłosowym męskim rechotem pozostałych, skupionych wokół baru, żonatych panów.
O dziwo! Po powrocie do domu mąż natychmiast sobie przypominał przymilanki sprzed kilku godzin: łaszenie się i żebranie o taniec. I natychmiast był gotowy przelecieć żonę. Ale ją, akurat wtedy, głowa rozbolała. I zasypiał, biedak, nie rozumiejąc, o co tej durnej babie chodzi: najpierw chciała, a teraz nie chce? I nawet mu do głowy nie przyszło, że to przez to, że nie chciał zatańczyć i że w taksówce obok kierowcy usiadł…
A przecież z tyłu taksówki może być tak cudownie – pomyślałam, czując, jak dłonie Czarka błądzą po moim ciele.
„Bo jak oni są mężami, to są zupełnie inni” – Caryca powinna dostać Nobla za tę sentencję!
Jechaliśmy dość długo. Słyszałam, jaki hotel wymienił Czarek, wsiadając do taksówki, ale ta nazwa niczego mi nie mówiła. Domyśliłam się, że wybrał coś na obrzeżach miasta, bo bał się jutrzejszego jasnego dnia i ludzi, którzy mogliby zobaczyć, jak wychodzimy razem.
Wysiadając z taksówki, podał mi rękę i zajrzał prosto w oczy.
– Nie wierzę! – przymrużył swoje śliczne ślepka – nie wierzę, że to się dzieje. Nie spodziewałem się dzisiaj takiego szczęścia. – Pocałował mnie czule. – Dziękuję.
Musiałam przyznać, że rozgrywał to po mistrzowsku. Nie czułam się jak dziwka, czułam się jak królowa. I byłam mu za to bardzo wdzięczna.
Po wejściu do hotelu najpierw znalazł mały fotelik w zacisznym zakamarku, posadził mnie na nim i powiedział:
– Zaczekaj tu na mnie. Zaraz przyjdę. Jesteś niesamowita, mówiłem ci już?
Doceniłam, że oszczędził mi stania przy recepcji i czekania na klucz. Uratował mnie przed wzrokiem recepcjonistki, przed wiedzą o kosztach wynajęcia pokoju i o godzinie, po której musimy go opuścić. Marzyłam, abyśmy wreszcie zatrzasnęli za sobą drzwi i padli na łóżko. Chciałam tego. Pragnęłam go.
Ktoś przeszedł przez hotelowy hol tuż obok fotela, na którym siedziałam. Złapałam leżący na stoliku folder reklamowy i pilnie zaczęłam go studiować, nie mając nawet pojęcia, czy patrzę w tej chwili na tekst, czy na fotografię. Ten ktoś minął mnie obojętnie i zniknął w korytarzu.
Czekałam dość długo. W końcu stanął przy mnie z otwartą butelką wina w ręku.
– Uparli się, że obsługa nam przyniesie. A ja nie chcę żadnej obsługi! Chodź, moje Iziątko. Chodź!
Podreptałam za nim, nie patrząc na boki. Otworzył drzwi za pomocą karty magnetycznej. Puścił mnie przodem.
Rejestrowałam poszczególne elementy pokoju: bordowa wykładzina, ciężkie zaciągnięte zasłony, ogromne bardzo starannie zaścielone łóżko. Otworzyłam drzwi do łazienki: prysznic przypominał szafę zabudowującą wnękę: ogromna powierzchnia równa trzem standardowym brodzikom, zamknięta szerokimi podwójnymi szklanymi drzwiami.
Chciałam skomentować to wyjątkowe zjawisko, ale nie zdążyłam. Czarek przyciągnął mnie do siebie i pocałował we wnętrze obydwu dłoni.
– Moja ty… – popatrzył bardzo łagodnie, czule i delikatnie – moja?
– Twoja – wyszeptałam.
(…)