Strona główna / Dla dzieci i młodzieży / Strażnik muszli

Aktualności

22.05.2020

Premiera online nowej książki Piotra Borlika

We wtorek 2 czerwca o godz. 19.30 zapraszamy na premierę online najnowszej książki Piotra Borlika "Zapłacz dla mnie".

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.04.2020

Krzysztof Gosztyła czyta MAŁY WIELKI TYDZIEŃ

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Mały wielki tydzień" autorstwa Darka Milewskiego w znakomitej interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Strażnik muszli

Chitra Banerjee Divakaruni

Dziwny staruszek

Anand niósł ciężki stos brudnych naczyń ze straganu z herbatą do ulicznego kranu, by je umyć. Drżał. Tego dnia w Kalkucie było zimno, zimniej niż kiedykolwiek za jego pamięci, a miał na sobie jedynie znoszoną zieloną koszulę. Było też wietrznie; ostre podmuchy niosły ze sobą dziwną woń spalenizny, jak gdyby coś dużego, ciężarówka albo cysterna z benzyną, wybuchło na sąsiedniej ulicy. Lecz nic podobnego się nie zdarzyło. Anand słyszałby o tym, bo plotki szybko się rozchodziły tutaj, w wąskich, zatłoczonych zaułkach targowiska Boubadżar. Więc być może, pomyślał ze złośliwym uśmiechem, to jedynie Haru, jego szef i właściciel straganu z herbatą, znowu smaży cebulowe pakoras w zjełczałym oleju!
Uśmiech odmienił twarz Ananda, przeistaczając go z poważnego, chudego i niezgrabnego dwunastolatka ze sterczącymi łokciami i kolanami w szczęśliwe dziecko. Przez mgnienie jego czarne oczy błysnęły radosną, psotną inteligencją - lecz zaraz ta radość zgasła, zastąpiona przez wyraz czujności, jakiej się nauczył, odkąd zaczął pracować dla Haru.
Z westchnieniem odrzucił z czoła włosy, które wciąż mu wpadały do oczu, bo nie miał pieniędzy, by się ostrzyc. Potem zabrał się z powrotem do szorowania wielkiego aluminiowego sagana, w którym Haru przez cały poprzedni dzień gotował herbatę z mlekiem. Dno garnka pokrywały liczne ślady przypalenizny, a gdyby chłopcu nie udało się ich odskrobać, właściciel straganu z pewnością by go skrzyczał i wytargał za uszy. Trudno jednak coś doczyścić, myślał Anand, znowu niecierpliwie odgarniając włosy, kiedy do mycia dostaje się jedynie popiół z paleniska, od którego palce robią się czerwone i swędzące. Raz jeden ośmielił się poprosić o płyn do zmywania; kosztowało go to policzek i stek wyzwisk.
- Płyn do zmywania! - wrzasnął Haru. - Przez pięćdziesiąt lat używaliśmy do szorowania garnków popiołu, ale księciu Anandowi to nie wystarcza! A kto mi zapłaci za płyn do zmywania? Może twój ojciec milioner?
Klienci siedzący na kulawych krzesłach wokół straganu zachichotali złośliwie. Anand, mrugając, by odpędzić łzy wściekłości, zanurkował w ciemny kąt, gdzie składowano zapasy. Słowa Haru zabolały go bardziej niż policzek. Dwa lata mijały, odkąd nie widział ojca, którego kochał najbardziej na świecie - może tylko z wyjątkiem matki i młodszej siostry, Miry. Tato wyjechał do Dubaju. Opuszczał ich niechętnie, ale nie miał wyboru.
- Praca, jaką mi oferują w tej firmie, jest zbyt dobra, żeby ją odrzucać - powiedział Anandowi, liczącemu sobie wtedy dziesięć lat. - Ostatnio interesy w Kalkucie źle idą. Od miesięcy nie miałem zajęcia, wydaliśmy prawie wszystkie oszczędności.
Wyjaśnił chłopcu, że Dubaj to miasto na innym kontynencie, tak daleko, że trzeba tam wiele godzin lecieć samolotem. Ojcu obiecano posadę kierownika w firmie budowlanej wznoszącej domy dla bogaczy, z wielkimi bramami z kutego żelaza i marmurowymi fontannami na dziedzińcach. Miał zarabiać mnóstwo pieniędzy i co miesiąc wysyłać je rodzinie. Liczył, że w ciągu dwóch, najwyżej trzech lat zarobi tyle, że już nigdy nie będą się musieli rozstawać.
Pierwszego miesiąca przekaz nadszedł zgodnie z obietnicą, a oni urządzili w domu wielkie przyjęcie. Matka przyrządziła jagnię, ulubioną potrawę taty, i ocierała oczy skrajem sari, gdy myślała, że dzieci nie patrzą. Otwarła konto w banku i wpłaciła na nie połowę pieniędzy, tak jak zostało zaplanowane. Następnego miesiąca i jeszcze następnego znowu odłożyła połowę - a mimo to zostało dość, by kupić Mirze lalkę z prawdziwymi włosami, które można było czesać. Anandowi sprawiła książkę - bo właśnie książki lubił najbardziej. Ta miała tytuł „Baśnie perskie”. Chłopiec spędził wiele rozkosznych godzin, czytając o zaczarowanym jabłku, które starczyło raz powąchać, by się wyleczyć z każdej choroby, i teleskopie, przez który można było zobaczyć wszystko na świecie, co się chciało.
Lecz po paru miesiącach pieniądze niespodziewanie przestały nadchodzić. Nie otrzymywali też żadnych wiadomości. Zaniepokojona matka Ananda pisała list za listem, ale nie dostała odpowiedzi. W końcu musieli opuścić piękne mieszkanie, w którym dotąd żyli, z donicami jaśminu na niewielkim balkonie wychodzącym na park, i przenieść się do pojedynczej izby w baraku w dzielnicy slumsów. Matka znalazła pracę jako kucharka u bogaczy. Wystarczało to na skromne utrzymanie - do czasu, kiedy z Mirą stała się tamta straszna rzecz. Matka wydała wszystkie oszczędności, chodząc z dziewczynką od jednego lekarza do innego. Żaden jednak nie potrafił jej wyleczyć.
Układając umyte garnki i szklanki na herbatę na kontuarze, Anand marzył skrycie - jak wiele razy w ciągu ostatniego roku - by ktoś podarował mu zaczarowane jabłko i magiczny teleskop.
Kiedyś zwierzył się matce ze swego sekretnego pragnienia.
- Wtedy wyleczyłbym Mirę i moglibyśmy zobaczyć, gdzie jest tato, co się z nim dzieje - powiedział.
Matka westchnęła.
- Czary są możliwe tylko w bajkach, synu. Nie wiesz tego jeszcze?
Anand skinął głową zawstydzony. Nie przyznał się, że w głębi duszy wierzy w czary. Wierzył, że dzieją się cały czas wszędzie dokoła, tyle że większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy. Niekiedy czuł niemal, jak przemykają obok, szybkie niczym niewidzialne kolibry. Gdyby tylko wiedział, jak je schwytać i sprawić, by go ze sobą uniosły, zmieniłoby się całe jego życie. Był tego pewien.
- Hej, ty! - krzyknął Haru zza lady. - Pora już zanieść poranną herbatę kupcowi bławatnemu. Nie możesz zapamiętać ani jednej rzeczy, jeśli ci o niej w kółko nie przypominam?
Chłopiec pośpiesznie nalał parującego napoju do czterech szklaneczek dla kupca i jego pomocników. Umieścił je w drucianym koszyku i zawinął w gazetę dużą porcję cebulowych pakoras. Następnie pobiegł na sąsiednią uliczkę, gdzie znajdował się sklep z tkaninami, starannie omijając wyboje, by nie wychlapać napoju. Szahin, kupiec bławatny, lubił, gdy herbata była gorąca, a szklanki pełne po brzegi. Od zapachu gorących pakoras chłopcu kręciło się w głowie. Był taki głodny! Musiał z całych sił zaciskać zęby, żeby się oprzeć pokusie, nie podkraść pakora - tylko jednej - i nie wpakować jej sobie do ust. Miał nadzieję, że kupiec będzie miał dobry humor, bo wtedy dawał Anandowi w nagrodę dwadzieścia pięć albo nawet pięćdziesiąt pajsa napiwku. Dziś jednak Szahin był zajęty rozmową z klientem i tylko skinął chłopcu głową.
Anand wlókł się z powrotem rozczarowany, starając się zagłuszyć cichy głosik w swojej głowie natrząsający się z niego, że nie zjadł pakora, skoro miał okazję. Do przerwy obiadowej, kiedy wolno mu było odpocząć przez parę minut i wypić szklankę herbaty, a czasem zjeść talerz stęchłych resztek z poprzedniego dnia, pozostało jeszcze wiele godzin. A panował taki ziąb! Chłód zaciskał się wokół ciała chłopca niczym lodowata dłoń. Powinien zabrać szal. Ale zostawił go Mirze - siostra kaszlała, a w baraku było wilgotno.
Raz jeszcze zaczął się zastanawiać, co się mogło przytrafić ojcu - temu wysokiemu, przystojnemu, wesołemu mężczyźnie, który zabierał ich z siostrą do kina i kupował im gorące prażone fistaszki. Czy miał wypadek w pracy, a może - Anand wzdragał się przed tym przerażającym słowem - nie żyje? Albo może (co było jeszcze gorsze) zapomniał o rodzinie?
Kiedyś, gdy jeszcze mieszkali na dawnym miejscu, podsłuchał, jak jedna z sąsiadek wspomniała o tym matce.
- Bywa, że gdy mężczyzna wyjeżdża do obcego kraju, spotyka inną kobietę, młodszą, piękniejszą. To duża pokusa, by zacząć nowe życie, zerwać dawne więzy.
- Mój mąż nie jest taki.
Matka mówiła spokojnie, lecz nozdrza falowały jej z gniewu. Wstała na znak, że rozmowa skończona, i odprowadziła sąsiadkę do wyjścia. Tylko Anand dostrzegł cień przerażającej wątpliwości, który przemknął po jej twarzy niczym chmura, gdy zamykała drzwi.

Pogrążony głęboko w niewesołych myślach, Anand niemal wpadł na gromadkę dzieci czekających na szkolny autobus. Starał się nie gapić zbyt natarczywie na ich czyste, wykrochmalone mundurki i wypastowane buty, na obojętność, z jaką wymachiwały kolorowymi tornistrami. Nic jednak nie mógł na to poradzić. Tak bardzo chciał być taki jak one - i tak dobrze wiedział, że to niemożliwe.
Kiedy ich mijał, jeden z uczniów wskazał na niego palcem i szepnął coś do stojącej obok dziewczynki. Zmarszczyła nosek - jak gdybym śmierdział, pomyślał Anand - a potem oboje wybuchnęli śmiechem. Anandowi uszy poczerwieniały. Śmiali się z niego, z jego brudnej koszuli z oberwanym guzikiem, wystrzępionych spodni i nieostrzyżonych włosów. Poczuł wstyd, a potem gniew. Nie, zazdrość. Bo bardzo chciałby znowu móc chodzić do szkoły.
Przypomniał sobie dzień niemal sprzed roku, gdy obudziło go szlochanie matki. To było niezwykłe, bo rzadko płakała. Ze ściśniętym sercem podszedł do jej posłania, gdzie siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach - do tego czasu sprzedali już wszystkie meble - i jeszcze zanim powiedziała choć słowo, wiedział, co się stało. Nie miała pieniędzy na opłacenie szkoły.
Mira nawet się ucieszyła, że może zostać w domu i bawić się cały dzień. Lecz Anand wciąż pamiętał, z jakim bólem odkładał ukochane podręczniki w kąt pokoju. (Parę miesięcy później musieli je odnieść do sklepiku Sengupty z używanymi książkami). Poskładał swoje szkolne mundurki - dwie pary białych szortów i błękitne koszule z wyszytym na kieszeni herbem szkoły oraz napisem Hinduska Akademia dla Chłopców - z których był taki dumny i które własnoręcznie prał każdego dnia, by mieć pewność, że będą nienagannie czyste. (Je również musieli sprzedać). Pilnował się jednak, by nie zdradzić przed matką, jak bardzo jest nieszczęśliwy. Miała dosyć trosk, nie chciał jej przyczyniać nowych. Włożył swoje stare, poplamione drelichowe spodnie i koszulę w kratkę, za ciasną pod pachami, a następnie powlókł się do straganu Haru. Podsłuchał, jak sąsiad wspomniał, że sprzedawca szuka pomocnika, bo ten, który pracował u niego dotychczas, uciekł.
- I nic dziwnego! - dorzucił sąsiad, śmiejąc się okrutnie.
Anand wkrótce zrozumiał dlaczego. Jednak miał szczęście, że w ogóle udało mu się znaleźć pracę. W tych ciężkich czasach wielu dorosłych mężczyzn było bezrobotnych. Musieli żebrać na ulicy - albo jeszcze gorzej, kraść lub rabować. Anand cierpiał z powodu złośliwych uwag Haru i jego pięści, zawsze gotowych wymierzyć karę, ale kiedy wydawało mu się, że nie wytrzyma dłużej, przypominał sobie wyraz twarzy matki pod koniec każdego tygodnia, gdy przynosił do domu pieniądze.
- Mój kochany, dobry chłopiec! - mówiła i przytulała go, a nieczęsty uśmiech ujmował jej wiele lat. - Nie dałabym sobie rady bez twojej pomocy! Jestem szczęśliwa, że mam takiego syna.
Przez chwilę czuł się lepiej, wynagradzało mu to wszystko, co utracił. Lecz nie sprawiało, by łatwiej mu było znieść resztę tygodnia - a szczególnie chwile podobne do tej.
Ze śmiechem dzieci wciąż jeszcze rozbrzmiewającym mu w uszach zamknął mocno oczy i zacisnął pięści. Chcę, żeby moje życie się zmieniło, pomyślał żarliwie, wstrzymując oddech, aż zaczęło mu się kręcić w głowie. Włożył w to życzenie wszystkie siły i wyrzucił je z siebie, jak łucznik wypuszcza strzałę. Czuł, że pragnienie szybuje w niebo, płomienne i świetliste, i nagle natrafia na coś... lub na kogoś. Wrażenie kontaktu było tak silne, że Anand aż się zatoczył. Otworzył oczy, spodziewając się zobaczyć to coś. Nie wiedział, jaki kształt przybierze, lecz nie wątpił, że okaże się cudowne, promienne i zaczarowane. Miał jednak przed sobą jedynie znany odcinek brudnego chodnika i gnijące śmieci zgarnięte na stosy wzdłuż rynsztoka.

- Hej, ty! - wrzasnął Haru na jego widok. - Czemu to tyle trwało? Pewnie gadałeś na rogu, co? Powinienem ci dać w ucho. Nie widzisz, że klienci czekają?
Chłopiec szybko podbiegł do stolików zebrać zamówienia. Większość gości tylko piła herbatę. Paru urzędników kupowało słodycze w drodze do biura. Dwoje studentów uniwersytetu - młody chłopak i jego dziewczyna, jak się Anand domyślał - poprosiło o talerz puris i alu dum. Kiedy niósł pulchny smażony placek i pikantne ziemniaki, zaburczało mu w brzuchu. Ogromnie się zawstydził, bo studentka spojrzała na niego zdziwiona.
Właśnie wtedy zauważył starca.
Z początku wziął go za zwykłego żebraka, bo stał przy wejściu owinięty w biały bawełniany szal, z tanią bambusową laską w dłoni, a z ramienia zwisała mu nędzna płócienna torba. Miał skołtunione siwe włosy, postrzępioną brodę i - nawet w ten zimny dzień - bose stopy. Inaczej jednak niż zwykli żebracy nie spoglądał tęsknie na szklaną witrynę ze słodyczami. Anandowi wydawało się (lecz na pewno się mylił), że patrzy wprost na niego.
Haru także zauważył przybysza.
- Ty tam! - krzyknął. - Czego chcesz? I czy masz na to pieniądze? Stary człowiek nie odpowiedział.
- Tak myślałem! - Haru się skrzywił. - W takim razie nie tarasuj przejścia płacącym klientom.
Starzec nawet nie drgnął, jak gdyby nie słyszał, i Anandowi przemknęło przez myśl, że może jest nie całkiem normalny - tak jak Mira po tym, co ją spotkało. Poczuł do starca sympatię.
- Wynoś się! Już! - wrzasnął Haru głośniej. - Myślisz, że prowadzę tutaj schronisko dla biedoty? Mały, wyrzuć go stąd!
Anand podszedł i delikatnie ujął starca za ramię. Jakże lekka wydawała się ta ręka, jak gdyby zamiast kości miała pióra! Chłopca zaskoczyło też, że była ciepła. Spodziewał się, że starzec tak jak on będzie drżał od stania na dworze - bo wiatr przybrał na sile, porywał z ziemi pył i podarte gazety.
- Chodź, dziadku - odezwał się łagodnie - wracaj do domu, zanim Haru bardziej cię obrazi.
Staruszek nie protestował. Posłusznie dał się poprowadzić na róg ulicy. Czy on w ogóle ma dom? - zastanawiał się Anand. Nie rozumiał, czemu tak bardzo nie chce zostawiać tego starca samego, porzucać na pastwę losu. A jeszcze przed paroma minutami nawet nie wiedział o jego istnieniu.
Już miał odejść, kiedy starzec popatrzył na niego. Oczy miał. błękitne? Zielone? Cętkowane brązowo jak oczy tygrysa? Anand nie potrafił określić. Wiedział tylko, że poczuł mrowienie, jakby przebiegł przez niego prąd elektryczny.
- Zaczekaj tutaj - rzucił pod wpływem nagłej myśli.
Pobiegł do straganu.
- Czy mógłbym sobie dzisiaj zrobić przerwę trochę wcześniej? Proszę - zwrócił się do Haru cichym, niepewnym głosem, który sprzedawca lubił słyszeć u podwładnych.
Haru zmarszczył brwi.
- A co się stało? Matka nie dała ci śniadania? - spytał cierpko.
Anand przełknął gniew i dalej stał ze spuszczoną głową.
- No dobrze, idź - zgodził się w końcu Haru gderliwie. - W tej chwili nie ma klientów. Ale pamiętaj, masz wrócić za dziesięć minut, inaczej potrącę ci z dniówki.
Chłopiec nalał sobie szklankę herbaty, zawinął parę zeschłych puris w kawałek gazety i zniknął, nim właściciel straganu zdąży zmienić zdanie.
Obawiał się, że staruszek już sobie poszedł. Ale nie, czekał w tym samym miejscu, gdzie go Anand zostawił. Zdawało się, że się wcale nie poruszył - tkwił w miejscu jak posąg. Może nie ma dokąd iść, pomyślał chłopiec i serce ścisnęło mu się ze współczucia.
- Proszę - powiedział z uśmiechem, podając mu herbatę i wsuwając do torby placki. - Napij się. Jest dobra, gorąca, zaraz poczujesz się lepiej. Haru może i jest skąpy, ale herbatę robi dobrą. Potem możesz zjeść puris. - Ujął dłoń staruszka i zamknął jego palce wokół szklanki. - Nie chciałbym cię poganiać, ale mam tylko parę minut. Potem muszę wracać, inaczej Haru mniej mi zapłaci, a na to nie mogę sobie pozwolić.
Starzec uniósł szklankę zaskakująco pewnym, płynnym ruchem i duszkiem wypił parujący napój.
- Oddałeś mi własne jedzenie - odezwał się. - Bardzo ci za to dziękuję.
Głos miał głęboki i chrapliwy, jakby dobywał się z dna rzeki, i wymawiał słowa w bengalskim z nieznacznym obcym akcentem; zapewne pochodził z innych stron. Uczynił w powietrzu niewielki znak nad głową Ananda - gest, jakiego chłopiec nigdy wcześniej nie widział. Potem odszedł szybko i wkrótce zniknął za rogiem.
Anand wrócił do pracy pogrążony w zadumie. Mama miała rację, myślał. Kiedy człowiek podzieli się z kimś, naprawdę czuje się lepiej. Inaczej nie mógł sobie wytłumaczyć fali ciepła, która go nagle zalała, i faktu, że wcale nie czuł się głodny, chociaż - jak Haru słusznie podejrzewał - w domu tego ranka nie było nic do jedzenia.

Nocny gość

Anand nie posiadał się ze złości. Nim zdołał się wyrwać z pracy, zrobiło się ciemno. Powinien wyjść o czwartej po południu, lecz Haru często pod byle pretekstem zatrzymywał go dłużej. Dzisiaj stwierdził, że pomocnik niedokładnie wyszorował stoły, i kazał mu to zrobić jeszcze raz.
Chłopiec tarł sękate deski z furią, zagryzając wargi, by nie wymknęło mu się jakieś niegrzeczne słowo. Wiedział, że gdyby się upomniał o swoje, dostałby jedynie po twarzy. Teraz spóźni się na targ! Dziś był dzień wypłaty i obiecał matce, że wstąpi na bazar po warzywa. Od wielu dni nie mieli do jedzenia nic prócz ziemniaków i białej rzodkwi gotowanej z ryżem, i już mu to obrzydło. Miał nadzieję, że dostanie pęczek świeżego, chrupkiego szpinaku albo fasoli szim, którą usmażą z ostrą papryką. Lecz do tej pory większość drobnych sprzedawców poszła do domu. Gdybym tylko posiadał moc, żeby przesunąć ręką po stołach, a one stałyby się nowe i lśniące! - marzył. Ale nie, gdybym potrafił dokonać czaru przemiany, zacząłbym od czarnego serca Haru.
Choć ledwo się trzymał na nogach ze zmęczenia, biegł całą drogę na targ. Tak jak się obawiał, bazar już opustoszał; na ziemi walały się zwiędłe liście kapusty i skórki od bananów. Tylko wielki stragan oświetlony neonami, ten z najwyższymi cenami i szyldem „Nie targować się”, był jeszcze otwarty. Anand podszedł z ociąganiem. Może znajdzie jakieś niedrogie przywiędłe warzywa. Naraz jego oczy przyciągnął stos owoców mango. Mango w zimie! Gdzie sprzedawca je zdobył? Były pulchne i miękkie, dojrzałe w sam raz, o lśniąco pomarańczowych skórkach muśniętych czerwonym rumieńcem. Ile już minęło czasu, odkąd ostatni raz jadł mango? Przełknął ślinę, wyobrażając sobie, jak słodki sok wypełnia mu usta, po czym spytał o cenę.