Strona główna / Literatura polska / Lenora

Aktualności

12.05.2022

Spotkanie z Katarzyną Puzyńską w Toruniu

W czwartek 26 maja o godz. 18:00 zapraszamy do  Książnicy Kopernikańskiej (ul. Słowackiego 8, Toruń) na spotkanie z Katarzyną Puzyńską, autorką książki "Żadanica".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

16.05.2022

Rozmowa z Moniką Białkowską

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Moniką Białkowską, autorką książki "Nawet jeśli umrę w drodze".

Bestsellery

TOP 20

  1. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński
  2. Zgiń, przepadnij Olga Rudnicka
  3. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka

Lenora

Jerzy Łukosz

Następnego dnia żeniłem się i potrzebne mi było czarne ubranie. W jedynym, jakie miałem, pochowaliśmy ojca. Wtedy jeszcze nie myślałem, że będę się żenił.
Odszukałem kopertę, na której kiedyś napisałem słowo „ślub”, wziąłem pieniądze i poszedłem do krawca.
Dawniej chodziłem do niego razem z matką, przez ogródki działkowe.
Matka żyje i ma się dobrze.
Przy pierwszym ogródku z ukrytej w zaroślach furtki najechał na mnie rower. Właściwie rowerek, na którym siedział mały chłopiec. Poczułem silne uderzenie w biodro, a zaraz potem piekący ból w okolicy kostki na stopie. Znowu pomyślałem o matce. W furtce pojawiła się opiekunka chłopca; oboje sprawdzili, czy uszkodziłem rowerek. Opiekunka syknęła do mnie:
-No i jak pan chodzisz?!
Przykucnąłem, żeby zdjąć but i skarpetę, przyłożyłem chustkę do skaleczonej nogi. Błotnik, drasnąwszy kostkę, zrobił na podbiciu płytką ranę. Kobieta w zawiązanej pod brodą chustce przyglądała się wykonywanym przeze mnie czynnościom, jak gdyby mnie i całe zajście oglądała w telewizorze. Powiedziała:
- Do wesela się zagoi.
Z lekko krwawiącą raną poszedłem dalej, uważając przy każdej furtce, bramie, uskoku ściany, czy ktoś na mnie nie najeżdża.
Patrzyłem na trawniki, które zaczęły już blaknąć i ciemnieć, ponieważ lato kończy się właściwie od dnia swojego nadejścia. Przed sobą miałem wieżę kościoła, która pamiętała wszystkie pory roku od kilku stuleci, wiele pogrzebów i ślubów. Niebo pokryte było ukośnymi smugami, jak po pokazie akrobacji lotniczych. Zacząłem przypominać sobie zdarzenia z dzieciństwa, bez żadnego związku z dniem dzisiejszym. Jedno rozegrało się tutaj, między ogródkami a domem krawca, blisko kościoła. Nie pamiętam, czy to matka pchała spacerowy wózek, w którym siedziałem, przykryty żółtym kocykiem, czy może ojciec. Pamiętam tylko, że stała przy mnie moja siostra; może szła obok, z matką, z ojcem lub z obojgiem. To było moje pierwsze wspomnienie.
W jakiś czas po spacerze ulicą Przyjaciół Żołnierza pojawił się pierwszy problem. Tym problemem było moje istnienie. Ciekawiło mnie, czy przypadkiem nie jestem na świecie sam. Niby istnieli też inni, ale to nie było takie pewne. Może też było odwrotnie: wszystkich widziałem, siebie nie. Zastanawiała mnie niesprawiedliwa widzialność świata - z pominięciem mnie. Gdybym widział też siebie wśród innych dzieci, przy rodzicach i siostrze, wszystko byłoby w normie. Tymczasem ja nie mogłem zobaczyć siebie! Na zdjęciu czy w lustrze się nie liczyło; to nie byłem ja. Nie umiałem udowodnić, że to nie ja, ale wiedziałem: to nie ja. Poczułem się samotny. Jakbym niedawno oderwał się od kogoś, od czegoś i wpadł w dziurę bez dna. Jestem sobie sam obok całego świata. Jeśli ja byłem - tak kombinowałem - to nie mogło być świata. Jeśli był świat, wątpliwe, żebym był i ja; jednak bardzo różnie byliśmy - ja i świat. Czuję, i mogę się tylko domyślać, że czuje, jeśli czuje, świat. Poza tym ja czuję coś i nic innego - a co czuje świat? Co widzą moja matka i mój ojciec? Co widzi moja siostra przez te swoje piwne oczka? Zacząłem bać się chwili, w której ktoś, powiedzmy, Pan Bóg, spojrzy mi w oczy, tylko moje. Już dziś czuję, że zrobi mi się zimno, a zaraz potem gorąco.
Pamiętam też swój żal, że muszę spać, a dzień jeszcze trwa. Ten żal miałem konkretnie do Adama i Ewy, którzy udaremnili raj na ziemi (byłem prawie pewny, że grzech ten polegał na spółkowaniu). Nie rozumiałem tylko, dlaczego musimy przez tych nicponi opuścić dzień życia i wejść w noc śmierci. Teraz wydaje mi się, że rozumiem to, czego kiedyś nie rozumiałem, a przestały być mi dostępne sprawy, które kiedyś takie były. Mam trzydzieści lat, a więc tyle, żeby już odpowiednio mało rzeczy wydawało się zrozumiałymi same przez się. Właściwie nie rozumiem już nic. Kiedyś trzeba było dojrzeć. Nawet nie jestem pewny, czy w raju chodziło o kopulację oraz dlaczego była trefna, skoro i tak nie można było, jak ja jutro, wziąć ślubu.
Tu, w drodze do krawca, na dzień przed ożenkiem, widziałem siebie jako małego chłopca, mądrzejszego ode mnie, mądrzejszego od siebie, na placu przed kościołem, między jedną pustką, z której się wziąłem, a drugą, do której zmierzam; między nicością, z której powstaliśmy, a nicością, w którą się obrócimy. Przy matce, która pchając przed sobą wózek z żółtym kocykiem lub rowerek, odchodzi, trzymając chłopca za rękę.
Szedłem inaczej, niżbym szedł, biorąc ślub kiedy indziej, na przykład w dwudziestym roku życia. Szedłbym prędzej, bo mało prawdopodobne, żeby dziesięć lat temu, w tym miejscu, w drodze do krawca, który miał mi uszyć garnitur na jutrzejszy ślub, najechał na mnie rower i mnie skaleczył. Może zresztą szedłbym wolniej, gdyż kobieta, którą chciałbym poślubić, nie byłaby według teorii przypadku Ewą, i mniej bym ją kochał, może wcale. Może byłaby podlotkiem, którego czekałyby wszystkie eksperymenty młodości, za które ja płaciłbym cierpieniem, rozgoryczeniem? A może ja sam wybrałbym jej drogę. Albo też kochałbym ją bardziej i nie szedł, lecz biegłbym ku niej, i żaden rowerek by na mnie nie zdążył najechać?
Zapukałem, za drzwiami usłyszałem szuranie butów.
- Garnitur szyje się trzy dni, najmniej trzy - powiedział krawiec. - I to latem, jak na dworze jasno. A zimą tylko jak leży śnieg. Wtedy nie trzeba palić lampki, oczy tak nie bolą. Tego roku ni to lato, ni zima.
Rzeczywiście, nie pomyślałem w porę o krawcu. Nie przyszło mi wcześniej do głowy, że przed ołtarzem trzeba stanąć w czarnym ubraniu. To znaczy przyszło, ale wcześniej, kiedy chowaliśmy ojca, a ja jeszcze nie wiedziałem, że będę się żenił.
Pan Brożek mówił stanowczo, skulony w stożku światła rzucanego na jego mały tułów przez blaszaną lampkę, tak że od razu straciłem nadzieję. Będę musiał pożyczyć ubranie od Zbyszka, któremu nie jest już potrzebne; Zbyszek jest sierotą, a żenił się już dwa razy i mówi, że wystarczy.
- Przecież niedawno ci szyłem - przypomniał pan Brożek karcącym tonem.
- Ale tego ubrania już nie ma - odrzekłem.
- A gdzie się podziało?
- W ziemi jest.
-Jak to w ziemi? - Nie rozumiał. Spojrzał na mnie spod pofałdowanego czoła, a dłonie złożył niby do modlitwy.
- Pochowane. Razem z ojcem.
- A! - Kiwnął głową. I dodał z żalem: - To była dobra angielska wełna.
Od kiedy nie ma ojca, żyję jak we mgle, płynę jak statek bez urządzenia nawigacyjnego. Nie pamiętam, powiedziałem to czy tylko pomyślałem.
Stałem na środku pokoju z obolałym biodrem i pulsującą stopą i słuchałem opowieści krawca.
- Mieszkanie trzeba remontować, zanim grzyb podejdzie pod sufit. Chorą siostrę do sanatorium wywieźć; sama została na świecie, mąż w wypadku zginął. Drzewo ściąć, bo nie wpuszcza światła przez okna. A do tego straż pożarna zamówiła nowe mundury.
- Bez kamizelki, panie Brożek - powiedziałem.
Zamilkł i popatrzył tak, że aż przeszły mnie ciarki. Uniósł brwi, jakby chciał jeszcze dobitniej wytłumaczyć, dlaczego nie może mi uszyć na czas ślubnego ubrania. Odezwał się jednak innym tonem:
- Widzę, że się znasz. Z kamizelką więcej roboty niż z całą resztą. Uszyć spodnie to betka. Zrobię to jedną ręką. Sam mógłbyś sobie uszyć. Z marynarką już gorzej, bo trzeba wymodelować na mokro, na gorąco, a to już robota fachowa. Kamizelkę mało kto uszyć potrafi. Samo zszycie razem przodu z tyłem, znaczy wełny z klotem, to, proszę ja ciebie, sztuka. Na tej ulicy ja jeden to robię. Nawet nie każda maszyna bierze wełnę i klot do jednego. Mój adler bierze, jeśli oba materiały są pierwsza klasa. A trzeba ci wiedzieć, że innych nie używam. Jedna fałdka na torsie i cała robota na nic. Jedno zgięcie z tyłu i już się konkurencja śmieje. Nie sztuka operować klamerką. Ja muszę cię poznać jak lekarz. Muszę wiedzieć, na ten przykład, czy masz równe obojczyki.
- Mam idealnie równe, panie Brożek.
Znów zamilkł. Podniósł się, przygarbiony, jak siedział. Był mały, głową sięgał mi do ramion. Podszedł do mnie, obejrzał z przodu, z boku. Obszedł dookoła, jak rzeźbiarz obchodzi bryłę kamienia, zanim zacznie rzeźbić. Machnął w końcu ręką, tak jak robią to ludzie ustępujący w sporze.
- Chodź za mną. Mam kilka gotowych ubrań.
Zaprowadził mnie do sąsiedniego pokoju, jeszcze bardziej dusznego. Pod oknami stało kilka torsów krawieckich z niedokończonymi, ledwie sfastrygowanymi ubraniami, rzucając cienie na ustawione w półokrąg kosze wypełnione skrawkami filcu. W łóżku pod przeciwległą ścianą leżała kobieta, lat około sześćdziesięciu, z głową obwiązaną chustą. Krawiec przesunął po niej wzrokiem jak po leżącym krawieckim torsie. Siostra, pomyślałem.
-Trzy są w twoim rozmiarze. Wiem bez przymiarki. Wszystkie trzy z kamizelkami. To prawdziwa gratka dla ciebie. Masz ubranie! Przyszedłeś i masz!
Przyjrzałem się ubraniom. Wszystkie wprawdzie były ciemne, ale żadne skończone. Wyobraziłem sobie, że przystępuję do ołtarza w ubraniu ledwie sfastrygowanym, a w ławce siedzi mój ojciec w gotowym.
- Ależ one są tylko skrojone - odezwałem się nieśmiało. - Trzeba je dopiero uszyć!
- Kamizelki są już uszyte! - krzyknął i zawiesił głos, tak żebym jeszcze uważniej słuchał, co mówi. - A więc dzieło jest właściwie skończone, chłopcze. Skoro jest kamizelka, jest ubranie! Za chwilę pokażę ci te cacka. Umocowałem wyzłacane klamerki. Pójdziesz do ślubu jak panisko. Jeśli w kościele będą patrzeć na pannę młodą, a nie na ciebie, będzie to znaczyło, żeś wziął sobie za żonę naprawdę piękną kobietę. Wtedy należeć się będą gratulacje. I tak się należą. Toż Ewcię bierzesz. Cmokać będą przy najpiękniejszej pannie i kamizelce. Na weselu nad ranem poluzowują krawaty, marynarki zrzucają, zostają się w koszulach. A ty zostaniesz się w swojej kamizelce, bo kamizelek się nie zrzuca, nawet nad ranem. Z przodu angielska wełna, z tyłu przedni klot. A z boku klamerka wyzłacana. Kto szył suknię twojej żonie?
- Nie wiem - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Pomyślałem też od razu o matce Ewy, która kupiła nam w prezencie ślubnym radio.
Nieufnie dotknąłem nieobrębionego nawet materiału na bezgłowych i beznogich manekinach. Pomyślałem, że krawiec może mieć pomocników, którzy razem z nim zdołają dokonać dzieła w krótkim czasie; uczniów, którzy pod jego wprawnym okiem uszyją mój ślubny garnitur nie gorzej, niż zrobiłby to sam mistrz. Skoro zatem uwierzyłem już w powodzenie, sięgnąłem do kieszeni po pieniądze. Ten moment miał przypieczętować sprawę: zaliczka sprawia, że wszystkie wcześniejsze ustalenia nabierają mocy. Do jutra po południu garnitur musi być gotowy. Dostrzegłem, jak uważnie patrzył, co robi moja ręka. Wtedy dobiegł nas głos leżącej w łóżku pod ścianą kobiety:
- Abababa...
Kobieta wołała słabo, ledwie słyszałem, wołała jak dziecko:
- Abababa...
- No, cicho tam, cicho! - krzyknął, właściwie warknął do niej krawiec. Podszedł i szturchnął ją.
Do mnie mówił jak majster cechu, do niej szczeknął jak pies. Sprawdzając regularność mojej klatki piersiowej, nie tknął mnie; do niej podbiegł i mocno szarpnął za poręcz łóżka. Leżące ciało zakołysało się.
- Nie wiem, co się jej śni - powiedział krawiec - ale pewnie same złośliwości. Bo złośliwa baba była. Kto wie, czy jej mąż w rozpaczy sam się nie zabił. - Tu pokazał, jak ręką ucina się sobie głowę. - Trudno z taką wytrzymać. Teraz udaje, że jest oseskiem. Ale posłuchałbyś jej, jak jest wiedźmą! Wiesz - znienacka wrócił do tematu - mam specjalną fliselinę, właściwie klejonkę, do marynarki twojego ubrania. Parę metrów kupiłem specjalnie dla ciebie, zaraz jak zadzwoniłeś.
Zabrzmiało to, jak gdyby ten zakup miał zaradzić na kłopot z siostrą. Odniosłem wrażenie, że krawcowi zaczyna zależeć na moim zamówieniu.
- Będziesz nosił kołnierz - powiedział - jakiego nie nosi nikt w mieście. - Odchrząknął i spojrzał mi w oczy. - A teraz daj sto złotych zaliczki.
Sięgnąłem jeszcze raz, bez namysłu i ociągania, do tylnej kieszeni spodni. Odwracając się w prawo, spojrzałem znów, niechcący, na śpiącą siostrę pana Brożka. Robiła wrażenie pogrążonej w głębokim śnie; z lekko uchylonych wąskich ust, które przed chwilą tym pierwszym słowem wszystkich dzieci może wzywały Boga, wydobywał się miarowy szelest oddechu.
Krawiec wetknął banknot do płytkiej kieszeni swojego swetra niestarannie, nie do końca, tak że widać było nominał. Pomyślałem, że może zgubić pieniądze, a to odbije się na pracy, którą miał wykonać w bardzo krótkim czasie i z wielką, bo nie na byle jaką okazję, starannością. Wyobraziłem sobie nawet, jak w podenerwowaniu tłumaczy mi następnego dnia, że nie zdążył, bo przez cały ranek szukał zawieruszonej sumki. Schylił się i wyciągnął spod łóżka średnich rozmiarów pudełko, zdjął wieko, wyjął zwiniętą taśmę, obiecaną fliselinę albo klejonkę, do usztywnienia kołnierza.
- Dam podwójnie - powiedział - żebyś mógł porządnie postawić kołnierz, przyda się w wiatr i chłód. Postawiony kołnierz, proszę ja ciebie, i chłopak jak z żurnala! Tylko widzę, że u ciebie noga jest teges. Pies cię ugryzł czy co?
Opowiedziałem całe zajście na ogródkach działkowych. Krawiec z widocznym współczuciem słuchał, gdy opisywałem rodzaj draśnięcia, i wykrzywił się gniewnie, gdy wspomniałem o chłopcu na rowerze oraz jego opiekunce.
- Trzeba opatrzyć - zdecydował. - Całą skarpetę masz we krwi. Już mi podłogę powalałeś.
Rzeczywiście, ta niepozorna ranka, draśnięcie właściwie, nie pozwalała o sobie zapomnieć. Po raz pierwszy pomyślałem, że umrę przez nią, umrę wskutek tak błahego zadrapania, w dniu swojego ślubu. Na zakażenie krwi lub zator. Krawiec, jakby czytając w moich myślach, pocieszał mnie:
-Nie martw się, tak łatwo się nie umiera. Zaraz przyjdzie tu siostra miłosierdzia, żeby dać jej zasypkę na odleżyny, przy okazji opatrzy ci stopę.
Zaprotestowałem gwałtownie.
-Nie ma mowy, idę. Dałem zaliczkę i znikam do jutra. Nikt nie będzie mnie dotykał! Ale jak przyjdę, to żeby mi garnitur był gotowy, ze sztywnym kołnierzem czy bez niego, z klamerką przy kamizelce albo i bez klamerki, z kamizelką albo i w ogóle bez kamizelki. Ale żeby był gotowy! Ciemny i żeby dobrze leżał, bo jutro się żenię.
- Przecież jeszcze nie wybrałeś fasonu - rzekł. - Jeśli ubranie ma być gotowe na jutro, to dziś trzeba zrobić przymiarkę. Jedna przymiarka na z grubsza, druga, żeby pasowało jak trzeba. I nie rezygnuj lekkomyślnie z kamizelki czy choćby tylko klamerki, bo nie wiesz, co mówisz! Ściągaj łachy! - krzyknął. - Tu masz spodnie. Ciemne, jak chciałeś. Za długie? Skróci się. Marynarka? Rękawy się przypnie. I kamizelka! Tylko żebyś mi jej nie zakrwawił!
Zaniechałem oporu i pokornie poddałem się pierwszej przymiarce. Ostrożnie wsunąłem skaleczoną stopę w otwór prowizorycznej nogawki. Nadstawiłem ramiona do włożenia marynarki bez rękawów. Bałem się tknąć kamizelki, krawiec mi jej zresztą nie podsunął. Tak jak stałem, w czymś w rodzaju spodni i na kształt marynarki, zostałem przez niego wyprowadzony do pierwszego pokoju przed stojące lustro.
- No, patrz.
Przedstawiałem wstrząsający widok. On cmokał z zachwytu. Płachta, która miała być marynarką, żałośnie wisiała na mojej klatce piersiowej. Po raz pierwszy w życiu powziąłem podejrzenie, że nie mam równych obojczyków. Spodnie przypominały dół roboczego skafandra; do tego wszystkiego miały nogawki różnej szerokości. Ogarnęła mnie rozpacz, którą, nie wiedzieć dlacze-go, usiłowałem ukryć przed mistrzem krawieckim. Powiedziałem nawet:
- No, nieźle, nieźle.
A może by tak odłożyć ślub o kilka dni, pomyślałem. Ksiądz był moim dobrym znajomym; chodziliśmy do jednego ogólniaka. W urzędzie stanu cywilnego też dałoby się załatwić. Może poszedłbym do innego krawca, dał mu więcej czasu, przyszedłbym z podleczoną nogą i w lepszym nastroju. Mistrz zaczął już jednak uwijać się przy tym łachu, który w bliżej nieokreślonej przyszłości miał się stać moim ślubnym ubraniem. Przypiął szpilkami rękaw lewy, potem prawy, ściągnął i na właściwej wysokości umocował agrafką paśnicę spodni. Następnie przyklęknął i prędkimi ruchami dłoni i całych ramion zaznaczył krawiecką kredą pożądaną długość nogawek. Efekt w lustrze nie poprawił się. Mistrz dalej robił wrażenie zadowolonego. Zupełnie jak gdyby osobnik w lustrze i ja to byli różni ludzie. Wszystko odbywało się w ciszy, którą jednostajnie odmierzał oddech chorej w sąsiednim pomieszczeniu z odzianymi niekompletnie korpusami. Sądzę, że krawiec nie miał potrzeby rozmawiania ze mną, od kiedy wprawnie i z niczego robić zaczął z moim ubraniem coś, co bardzo powoli zaczynało przypominać przedmiot, po który przyszedłem do niego za pięć dwunasta. I nagle, w przyklęku, ze szpilką w ustach, wypowiedział swoją teorię szycia ubrań:
- Wszystkim się zdaje, że szycie to tak rach-ciach i jest. A to trzeba wszystko powolutku, proszę ja ciebie, pomaleńku. Taka szmatka leży w beli materiału. Czy ta szmatka przypomina ubranie? Nie, trzeba ją dopiero uformować. Ale żeby ją uformować, trzeba się z nią zaprzyjaźnić. Spędzimy z nią tyle czasu, że czasem dla ludzi tyle go nie mamy. Tyle razy weźmiemy ją do ręki. Zegniemy, zwiniemy, przykroimy, sfastrygujemy. Zmoczymy, ogrzejemy, zszyjemy. Jaka kobieta dozna od nas tylu pieszczot? A my gładzimy te pasy, kraty, prążki i rzuciki. Podbieramy, ściskamy, drapujemy esy-floresy. Przykładamy do ciała gładkie i szorstkie, pachnące i bezwonne, jedwabiste i parciane łaszki. I robimy to godzinami, przez całe życie. Krawiec, który nie umie zaprzyjaźnić się z materiałem, odchodzi od zawodu, gorzknieje albo, proszę ja ciebie, wariuje. Iluż ja znam krawców wariatów! Noszą w kieszeni nożyce, ale zajmują się czym innym. Nawet polityką. Za karę. Bo nie umieli szyć z miłością. Nie uszyli nic porządnego! Ubranie uszyte bez miłości poznasz od razu. Nawet jeśli będzie leżeć jak ulał. A zrobione z sercem, choćby i nawet wykończone nieszczególnie, będzie dobre. Nigdy nie zagniecie się w niestosownym miejscu. Nigdy się w nim zamek błyskawiczny nie zatnie. Od ołtarza kazanie mówić w nim możesz. Po weselu na słomie się w nim prześpisz, a rano znów jesteś jak spod igły. Szycie strojów na ślub to już początek nocy poślubnej. A teraz wyskakuj z ubrania i poczekaj chwilę. Możesz coś sobie poczytać. - Tu wskazał głową drzwi do pokoju chorej.
Posłusznie zdjąłem ubranie gotowe do zszycia i podałem je mistrzowi.
- Potrwa chwilę - powiedział.
Nie chcąc znów przeciskać swojego rannego kulasa przez nogawkę starych, poplamionych już, niestety, rdzawą czerwienią spodni, postanowiłem przez tę chwilę, której potrzebował na dokonanie dzieła, poczekać w spodenkach i podkoszulku w izbie zajmowanej przez chorą siostrę krawca i manekiny. Tu rozejrzałem się za pismami, o których mówił; dostrzegłem parę na parapecie jednego z dwóch niewielkich okien. Jedynym miejscem, gdzie można było usiąść, był brzeg łóżka śpiącej. Usiadłem i zanim pomyślałem, co mówię, westchnąłem:
-No i po co ci to było?
Z pracowni dobiegł mnie miarowy stukot adlera. Gdy ustawał, słyszałem tylko szum - raz krótkotrwały, jak szarpnięcie, raz dłuższy - przesuwanej z miejsca na miejsce tkaniny.
Twarz śpiącej była pogodna. Kobieta przypominała mi znajomą szatniarkę. Mogła jej się śnić wiosna albo sad, albo coś w tym rodzaju. Po chwili nie wiedziałem już, dlaczego właśnie wiosnę i sad uznałem za motyw pogodnych snów. Moje dobre sny nie zależały w ogóle od żadnych motywów, a brały się z jakiejś radości pochodzenia cielesnego.