Strona główna / Literatura światowa / Za oknem cukierni

Aktualności

12.07.2019

Nominacja dla książki Sashy Marianny Salzmann!

Książka Sashy Marianny Salzmann "Poza siebie" znalazła się wsród 14 tytułów nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Miłość '44. 44 prawdziwe historie powstańczej miłości Agnieszka Cubała
  2. Macho. Instrukcja obsługi Andrzej Gryżewski, Artur Górski
  3. Muszę wiedzieć Kasia Bulicz-Kasprzak

Fotogaleria

więcej »

Za oknem cukierni

Sarah-Kate Lynch

Rozdział 1.
Lily po raz pierwszy zobaczyła drugą kobietę swojego męża i dwójkę ślicznych dzieciaków na laminowanym zdjęciu przemyślnie ukrytym pod wkładką jego lewego buta do gry w golfa.
Mimo doznanego wstrząsu i całkowitej pewności, że to dzieci Daniela, zwróciła uwagę na niezwykle praktyczny szczegół: zdjęcie było laminowane, i to już samo w sobie o czymś świadczyło.
Obrazy życia, jakie znała Lily, mogły rozpłynąć się w powietrzu, by już nigdy więcej się nie ukazać, ale obraz tego innego życia, o którym do tej pory nie miała zielonego pojęcia, trzymała w dłoni, solidnie zabezpieczony po wsze czasy.
Ostatecznie taki jest cel laminowania: nadanie czemuś trwałości. Nie laminuje się tego, co nieważne, albo jeśli nie ma się pewności, że jest ważne; na przykład listy zakupów w Fairway czy zdjęcia włoskich szpilek, wyciętego z ostatniego numeru „Vogue’a”.
Laminujemy coś tylko wtedy, gdy chcemy, żeby trwało dłużej, niż uprzednio zakładaliśmy, drukując to coś na papierze, który mógł zostać poplamiony keczupem albo pożółknąć od słońca.
Lily wywnioskowała, że laminowane zdjęcie nieznanej kobiety i dzieci stanowiło coś bardzo cennego, skoro wymagało najlepszego zabezpieczenia. Było dla Daniela tak ważne, że postanowił chronić je przed grzybicą, potliwością stóp i wszelkimi zagrożeniami, które na nie czyhały, gdy udawał się do Klubu Golfowego Manhattan Woods. Chciał je mieć przy sobie na wieki wieków amen, a przynajmniej tyle czasu, ile wynosi trwałość plastiku, czyli jakieś pięćset lat, o czym Lily przypadkiem wiedziała. Daniel umrze i zostanie pochowany, i ona, i wszyscy na zdjęciu, but do gry w golfa ulegnie rozkładowi – może z wyjątkiem dwóch brązowych skuwek sznurowadła – a zdjęcie szczęśliwej „rodzinki” wciąż będzie istnieć.
Odkładając but, Lily przypomniała sobie o grzybicy, której Daniel nabawił się w zeszłym roku. Czyżby powodem było to fotogeniczne trio? Zdjęcie sprawiło, że pod podeszwą utrzymywała się większa wilgotność? Stworzyło idealne warunki dla rozwoju złośliwych zarodników po zaliczeniu przez Daniela osiemnastu dołków w dolinie Hudson? Wydał majątek na wizyty u podiatry; wiedziała, bo sama płaciła rachunki.
Ustawiła równiutko buty na półce, chociaż właściwie nie wiedziała dlaczego. Powinna zrobić coś zupełnie innego. Jej życie przed chwilą legło w gruzach. Właściwie należałoby oddać je do laminowania, żeby zachować na zawsze w takim kształcie, jaki jej odpowiadał.
Irytujące: gdyby uznała, iż należy to zrobić, zrobiłaby. Miała­ naturę pedantki. Zawsze dopracowywała szczegóły, stawiała krop­-
kę nad „i”. Ale najpierw trzeba wiedzieć, że należy postawić kropkę nad „i”. Jeśli wydaje nam się, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, nie zaprzątamy sobie tym głowy, bo zwykle jest milion innych spraw wymagających uwagi.
Ciekawe, dlaczego Daniel wybrał sobie akurat but do gry w golfa.
Żeby móc wyjąć zdjęcie swojej rodzinki z torby sportowej, kiedy jechał z Jordiem i Dave’em, patrzeć na dzieciaki, siedząc z tyłu jeepa Jordiego, gdy rozmawiali o handlu nieruchomościami albo o drużynie Knicks?
Uznała, że wnętrze samochodu nie gwarantuje dostatecznej intymności. Chyba że Jordie i Dave o wszystkim wiedzą, w co wątpiła, bo Jordie potrafił rozmawiać wyłącznie o nieruchomościach i drużynie Knicks, a Dave w ogóle się nie odzywał. Nie potrafiła ich sobie wyobrazić, analizujących zagrożenia stwarzane przez skrzywioną podstawkę pod piłeczkę, a co dopiero przez niewierność.
Nie, była niemal pewna, że laminowane zdjęcie nie miało żadnego związku z golfem.
Rozejrzała się po szafie męża. Reszta butów – wszystkie czarne i niemal identyczne – stała równiutko na trzech półkach. No cóż, nie miał za grosz polotu, jeśli chodzi o obuwie. Jak to możliwe, że wcześniej tego nie zauważyła?
Chyba nie ukrył nic w podobnych do siebie pantoflach, bo traciłby zbyt wiele czasu, próbując to odnaleźć. Miał parę szarych butów do biegania, ale były zbyt przepocone, by dać odpowiednie schronienie jego laminowanej rodzince (grzybica, której by się nabawił, przypuszczalnie by go zabiła), a mokasyny – uważnie im się przyjrzała – miały przyklejoną wkładkę.
Brązowo-białe buty do gry w golfa z zalotnymi skórzanymi frędzelkami naprawdę stanowiły oczywisty wybór. Mógł się wślizgnąć do garderoby i z łatwością wygospodarować kilka chwil, by w samotności pogapić się na zdjęcie. Poza tym Lily nie grała w golfa. Spróbowała kiedyś, ale uznała to za stratę czasu. Mogła skuteczniej spalać kalorie na kilkanaście innych sposobów, więc już dawno zrezygnowała z golfa. Daniel wiedział, że ona nigdy nawet nie dotknie tych właśnie jego butów.
Prawdę mówiąc, nie interesowała się zawartością szafy męża. Naprzeciwko tej, w której w odległości pięciu centymetrów jeden od drugiego wisiały jego garnitury, miała własną. W szafie Lily, takiej samej wielkości, ubrania wisiały ściśnięte, a każda para butów była jedyna w swoim rodzaju. Poza tym nie skrywały żadnych tajemnic. Z jednym wyjątkiem – ceny pewnej pary: skłamała, zdając sobie sprawę, że to szaleństwo zapłacić aż tyle za pantofle.
Wszystko przez Pearl, jej asystentkę u Heigelmanna. W sobotę Daniel obchodził urodziny i Lily zamierzała mu kupić koszulkę polo. Zaskoczyła ją reakcja Pearl, kiedy zwróciła się do niej, by to załatwiła.
– Wszystko, co każesz – odparła Pearl. – Byle nic niebieskiego ani zielonego, zgoda?
Pracowały razem od siedmiu lat; Lily wiedziała, że lepiej nie lekceważyć opinii Pearl.
– Naprawdę? A to czemu? – spytała zaintrygowana, bo Danielowi dobrze było w tych kolorach. Zielony podkreślał kolor oczu, a niebieski siwiznę, która coraz mocniej przyprószała jego gęste blond włosy. Z wiekiem wyglądał coraz lepiej, ale sam zdawał się nie dostrzegać, że jest przystojnym mężczyzną. Kochała go za to. I za jego dobroć, za uśmiech. Za to, że nie robił z niczego problemu. Nie robił z niczego problemu? No właśnie.
– W zeszłym roku na urodziny dałaś mu niebieską koszulę, a na gwiazdkę zieloną – przypomniała Pearl, kręcąc głową z dezaprobatą. Taka asystentka to skarb, ale Lily miała ochotę pociągnąć ją za pukiel czarnych błyszczących włosów. Pamiętała, ile palet towaru wysłano z Wirginii do Vermont w którymś tygodniu i ile to kosztowało z dokładnością do centa, dlaczego więc nie potrafiła zapamiętać, co dała mężowi w prezencie?
– Zawsze możesz mu dać krawat – podpowiedziała Pearl.
– Daniel właściwie nie nosi krawatów – odparła Lily, chociaż to nieprawda, co więcej, asystentka prawdopodobnie widziała go pod krawatem przynajmniej kilkanaście razy. – Nie za często – dodała. – To znaczy już nie.
Pearl zasznurowała usta i uniosła brwi, cud, że nie odfrunęły.
– Wiesz co? – Lily przycisnęła palec do czoła, udając, że nagle doznała olśnienia. – Mam inny pomysł. Dziękuję, Pearl, ale chyba sama się tym zajmę.
Do końca dnia łamała sobie głowę, próbując wymyślić jakiś prezent, aż przypomniała sobie, że Daniel od paru tygodni narzeka, jeśli można to nazwać narzekaniem, że podeszwy jego butów golfowych są zniszczone, popękane czy co tam jeszcze.
Nie zwróciła uwagi, kiedy o tym wspomniał, ale teraz postanowiła zerwać z tradycją kupowania koszul w prezencie, którą nieświadomie zapoczątkowała, i podarować mu buty do gry w golfa. Tyle że zapomniała, jaki numer nosi.
Powinnam była to wiedzieć? – zastanowiła się, znów rozglądając się po jego szafie. Czy żona, która pamięta, co daje mężowi w prezencie, i wie, jaki numer butów nosi mąż, jest mniej narażona na znalezienie pod wkładką do buta laminowanego zdjęcia pięknej kobiety z dwójką dzieci?
Właśnie po to chciała sprawdzić, jaki rozmiar butów nosi mąż. Zajrzała do jego szafy. Odwróciła but i wyleciało z niego zdjęcie drugiej rodziny Daniela. Gdyby wiedziała, jaki numer obuwia nosi mąż, albo wzięła prawy but, istnienie drugiej rodziny pozostałoby tajemnicą.
Spojrzała na laminowaną fotografię i poczuła, że musi usiąść. Gdyby miała skłonności do gwałtownego okazywania uczuć, pewnie by wybuchła, ale nie należała do tego rodzaju kobiet. Jej emocje, nad którymi zwykle panowała, zdawały się zwiastować burzę. Lily uświadomiła sobie, że drżą jej nogi. Musi usiąść. To normalny odruch. Dobrze.
Przysiadła na brzegu łóżka. Mała dziewczynka na zdjęciu miała jakieś pięć lat, a chłopczyk ledwo co wyrósł z wieku niemowlęcego.
Niemowlę.
Z jej ust wyrwał się zduszony jęk, przypominający skomlenie szczeniaczka.
Gapiła się na kobietę na zdjęciu, przesuwając palcem po ostrej krawędzi twardego plastiku. Właściwie nie była ładna, przynajmniej zgodnie z amerykańskimi kanonami, jak Lily, ale odznaczała się dziką, wyzywającą urodą, jak na „tę drugą” przystało, może nie groźną, ale drapieżną. Miała wąskie usta, wydatne kości policzkowe, wiatr rozwiał jej ciemne, niesforne włosy, uśmiechała się do fotografa, niewątpliwie był nim Daniel, mąż Lily od szesnastu lat; zdaniem wszystkich znajomych tworzyli idealną parę.
Dotknęła buzi dziewczynki. Miała długie, ciemne włosy jak matka i taką samą bezczelną dzikość, ale oczy Daniela i identyczny jak on dołeczek w brodzie. Stała przed matką i śmiało spoglądała w obiektyw, jakby rzucała wyzwanie robiącemu zdjęcie.
Maluszek zwrócił buzię w stronę mamy i śmiał się z tego, co wiatr wyczyniał z jej włosami. Był w bawełnianej koszulce i niepasującym do niej pajacyku w paski. Lily miała pełne szuflady ubranek, w których bobas wyglądałby o niebo lepiej. Uniósł tłuściutką rączkę, jakby chciał złapać błyszczący czarny kosmyk, unoszony wiatrem. Wyglądał identycznie jak Daniel na wszystkich swoich zdjęciach z okresu niemowlęctwa. Identycznie.
Powinna się rozpłakać. A nawet poryczeć. Ale płacz wydawał się zbyt trywialny, a ryk – upokarzający. Łzy i szlochy są odpowiednie na innego rodzju bolesne przeżycia. Nie na takie jak to. Znów zauważyła zdumiona, że drżą jej ręce, a na czole wystąpiły kropelki potu.
Lily zbudowała swoją karierę zawodową na nieomylności, nigdy nic jej nie zaskakiwało. Zawsze miała stuprocentową pewność. Dzięki temu została wiceprezesem firmy, która trafiła na listę pięciuset najlepszych przedsiębiorstw sporządzaną przez liczący się, opiniotwórczy magazyn „Fortune”. Odniosła sukces i miała pieniądze. Było to coś, co ceniła sobie najwyżej.
A teraz stanęła w obliczu największego kryzysu w swoim życiu osobistym, jej zdolność oceny sytuacji zawiodła; najchętniej zwinęłaby się w kłębek w jakiejś mysiej norce daleko stąd, liżąc rany, unikając światła, zostawiona na pastwę losu.
Lily traktowała ich związek, a nawet chyba samego Daniela, jak zawleczkę w granacie swojego życia: może nie coś szczególnie fascynującego, ale jeśli ją pociągnąć, nastąpi wybuch. Wszystko rozpryśnie po najodleglejszych zakątkach wszechświata i nigdy nie uda się jej tego pozbierać.
Co z tego, że ostatnio więcej uwagi poświęcała pracy niż mężowi – czy jest kobieta, która na jej miejscu zachowywałaby się inaczej? Przez kilka lat pracowała nieco mniej intensywnie i z nadzieją ­wgapiała się w pustą kołyskę. Bezdzietne mężatki nie mają innego wyjścia, jak skupić się na karierze zawodowej, i całkiem zrozumiałe, że szybciej awansują. Lily mogła zostawać w biurze po godzinach, bo nie musiała odbierać z przedszkola jasnowłosego chłopczyka ani pędzić na występ baletowy zielonookiej dziewczynki.
W wieku czterdziestu czterech lat Lily nie miała co liczyć na jasnowłosego chłopczyka czy zielonooką dziewczynkę. Już to przerabiała i wiele lat temu się z tym pogodziła.
Machinalnie odwróciła fotografię i ku swemu osłupieniu zobaczyła pół zdjęcia Daniela, kobiety i niemowlęcia. Właściwie całe zdjęcie, ale było na nim widać tylko połowę Daniela. Niechybnie zrobiła je mała dziewczynka; trzymając aparat pod zwariowanym kątem, uwieczniła dorosłych od pasa w dół i grubiutką nóżkę niemowlęcia.
Lily zauważyła pasek od Prady, który podarowała Danielowi na któreś urodziny. (Nieprawda, że zawsze dostawał od niej koszulki polo!). Może na trzydzieste piąte? Kupiła go w sklepie Bergdorf Goodmana po szczególnie obiecującej wizycie u ginekologa-położnika. Pamiętała, jak szła przez sklep, czując się tak, jakby płynęła w rzece szampana. Tym razem się uda, niemal podśpiewywała sobie, tym razem się uda. Pasek kosztował prawie trzysta dolarów, ale zapłaciłaby za niego nawet trzy tysiące. Okazało się jednak, że i tym razem nic z tego.
Na zdjęciu nie było widać ramion Daniela, więc nie wiadomo, czy obejmował kobietę, ale stykali się biodrami. Gdyby nie dzieci tak podobne do Daniela, czy nie mogłyby to być biodra dwójki znajomych? Lily wytężyła wzrok, fotografia miała wielkość karty do gry, biodra tworzyły trójkąt i zajmowały połowę zdjęcia. Ale kobieta wyraźnie przyciskała się do mężczyzny. Krągła, właściwie biodrzasta, gdyby być złośliwym. Miałaby kłopot ze znalezieniem dobrze leżących na niej dżinsów, może dlatego zdecydowała się na portfelową sukienkę w tureckie wzory w kolorze oczu Daniela, która podkreślała wydatny biust i wąską kibić, a maskowała rozłożyste biodra.
W trójkącie niezajmowanym na zdjęciu przez Daniela, kobietę i dziecko miękkie światło padało na odległe złote wzgórza, gdzieniegdzie porośnięte ołówkowatymi cyprysami. Równe rzędy posadzonych kaskadowo roślin, z pewnością winorośli, ciągnęły się w stronę okrągłej, starej kopuły kościoła o murach koloru miodu. Za kościołem wznosiła się dzwonnica.
Lily zdusiła jęk. (…)