Strona główna / Literatura światowa / Ostatni mieszkaniec

Aktualności

18.11.2019

Informacja o zmianie regulaminu

Informujemy, że z dniem 18 listopada 2019 r. ulegają zmianie niektóre postanowienia regulaminu korzystania z księgarni internetowej Prószyński i S-ka.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Ostatni mieszkaniec

Aravind Adiga

(…)
Wieczorem przyszła do parlamentu i potwierdziła „wielką nowinę” Ritika, koleżanka szkolna pani Puri, mieszkająca w Vishramie B.
Z powodu wyższego średniego dochodu, niższego średniego wieku i poczucia, że są „w pewnym sensie nowocześniejsi” mieszkańcy Vishramu B trzymali ze sobą, używali osobnej bramy i święta religijne obchodzili we własnym gronie.
Tylko Ritika, lubiąca się popisywać już w szkole, wciąż przychodziła do Vishramu A, zwykle po to, żeby się poprzechwalać. Jej mąż, lekarz i właściciel kliniki niedaleko autostrady, właśnie rozmawiał z muzułmaninem ze slumsów, który był jego pacjentem.
Pani Puri się nie podobało, że wszyscy z taką uwagą słuchają Ritiki – kto kogo pokonał w szkolnym konkursie dyskusyjnym? – ale siedziała na plastikowym krześle między panem Ajwanim i sekretarzem i też słuchała.
Pan J.J. Chacko, szef Ultimex Group, zaproponował muzułmaninowi za jego jednoizbową chatę przy drodze z Vishramu osiem milionów sto tysięcy rupii. Czy widzieli te dwa nowe bloki w budowie? To Confidence Group. J.J. Chacko jest jej wielkim konkurentem, dlatego wykupuje cały teren naprzeciwko. Tylko stary uparty muzułmanin wciąż mówił nie i nie, więc pan Chacko zaproponował mu tę astronomiczną sumę, wyliczoną Bóg wie na jakiej podstawie.
– Czekajcie, dowiem się, czy to prawda.
Grzeczny, powściągliwy Ramesh Ajwani (2C) był znany w Vishramie jako typowy przedstawiciel plemienia pośredników w handlu nieruchomościami. Etyka niepewna, informacje pewne. Postukał w klawiaturę telefonu. Czekali. Po minucie przyszedł esemes.
Ajwani go przeczytał.
– Prawda – powiedział.
Westchnęli.
Jeśli nawet mieszkańcy Vishramu trzymali się od slumsów z daleka, wiedzieli o zmianach, jakie tam zachodziły od czasu, gdy tuż obok otwarto nowy ośrodek finansowy Bandra-Kurla Complex (BKC). Bombaj się rozciągał niczym człowiek uprawiający jogę – z południa, gdzie już nie było miejsca, centrum przesuwało się na bagna w pobliżu lotniska. W BKC co miesiąc otwierały podwoje nowe oddziały wszelkich możliwych instytucji finansowych – American Express, ICICI, HSBC, Citibanku – i forsa z ich skarbców skapywała do slumsów, to wzbogacając, to sprawiając ból, jak masło roztopione na patelni. Niektórzy szczęśliwi posiadacze chat zostawali milionerami, gdy od banku albo dewelopera dostawali za swe minidziałki nadzwyczajne sumy; inni byli miażdżeni – buldożery warczały, budy równano z ziemią, slumsy po trochu likwidowano. Jedni zamieniali się w bogaczy, inni w nędzarzy, a do Vishramu, jak odgłosy z dalekiego pola bitwy, docierały opowieści o pieniądzach i łzach. Tu życie mieszkańców było niespieszne i uregulowane, własność bezpieczna, akty notarialne ważne, aspiracje ograniczone do powolnego awansowania dzięki uniwersytetom i rozmowom kwalifikacyjnym w szarych garniturach i krawatach. Nie czekało ich bogactwo ani łzy; byli porządnymi ludźmi.
– Byłoby miło dostać od kogoś osiem milionów, prawda? – powiedziała pani Puri, kiedy Ritika nie mogła tego usłyszeć.
Ajwani, który znowu stukał w klawiaturę telefonu, podniósł głowę i uśmiechnął się sardonicznie.
Wartości swych mieszkań właściwie nie znali. Ostatnia próba sprzedaży odbyła się przed siedmiu laty, kiedy pan Costello (5C) chciał się pozbyć mieszkania po samobójstwie syna. Mieszkania nikt nie kupił i od wyjazdu właściciela nad Zatokę Perską stało puste.
– W tym mieście biedni nigdy nie byli biedni, a teraz… – Pani Puri przechyliła głowę w prawo, bo Radhika, córka pani Saldanhy, weszła bezmyślnie do matczynej kuchni i zasłoniła parlamentarzystom telewizor – … stają się bogaci. W slumsach prąd za darmo i kablówka przez całą dobę. Tylko my tkwimy w miejscu.
– Uwaga – szepnął pan Pinto. – Idzie Pancernik. Uwaga.
Pani Rego – z powodu luźnych szarych spódnic, imponujących rozmiarów i stentorowego głosu zwana Pancernikiem – wracała z dziećmi do domu.
„Dzień dobry, wujku”, „Dzień dobry, ciociu” – Sunil i Sarah poszli w stronę schodów. Ich matka usiadła bez słowa i wpatrzyła się w telewizor.
– Słyszała pani, pani Rego, o tej propozycji w slumsach? Osiem milionów za jeden pokój? – Pancernik milczała. – To musi być ciekawe nawet dla komunistki, jak pani – powiedziała pani Puri z uśmiechem.
– Co to jest umierające miasto, pani Puri? – mówiła Pancernik, nie odwracając głowy. – Nie wie pani. Miasto, które przestaje dziwić. Taki właśnie robi się Bombaj. Wystarczy pokazać ludziom trochę forsy, a będą skakać, tańczyć, biegać nago po ulicach. Muzułmanin nigdy nie zobaczy tych pieniędzy. Deweloperzy i firmy budowlane to mafia. Niedawno zastrzelili członka samorządu miejskiego. Gazety pisały.
Pan Pinto i jego żona umknęli niczym gołębie przed burzą, ta jednak nie zaczęła się od razu.
Jakby chcąc pogłębić atmosferę przygnębienia, prezenter telewizyjny powiedział, że jeśli monsuny chociaż raz nie nadejdą na czas, niedobór wody prawdopodobnie będzie większy.
– Za dużo ludzi sprowadza się do miasta, to fakt – powiedziała pani Puri. – I każdy chce ssać nasze… – Dotknęła piersi.
Pancernik odwróciła się w jej stronę.
– A pani to do Bombaju z nieba spadła, pani Puri? Czyżby pani rodzina nie była z Delhi?
– Rodzice urodzili się w Delhi, pani Rego, ale ja tutaj. Wtedy było dość miejsca. Teraz już nie. Shiv Sena ma rację, ludzie z zewnątrz powinni przestać tu przyjeżdżać.
– Bez przybyszów to miasto byłoby kupą śmieci. Rządzą nami faszyści, pani Puri, ale tu wszystko jest drugiego gatunku, nawet faszyści. Nie dają nam pociągów, nie dają dróg. Bić ciężko pracujących przyjezdnych – tylko to potrafią.
– Nie wiem, co robi faszysta, ale wiem, co robi komunista. Nie lubi pani przedsiębiorców, którzy pozwalają się ludziom wzbogacić, za to lubi pani żebraków, którzy codziennie wysiadają z pociągów na Victoria Terminus.
– Jestem chrześcijanką, pani Puri, a chrześcijanie troszczą się o biednych.
Pani Puri już miała zniszczyć oponentkę celną ripostą, ale przyszedł Ramu i coś szepnął matce do ucha.
– W rurach nie ma wody, Ramu – powiedziała. – Dziś wieczorem nie będzie, kochanie. Przecież ci mówiłam.
Dolna warga Ramu przykryła górną i wybrzuszyła się w kierunku nosa; dla matki był to znak, że Ramu myśli. Po chwili pokazał palcem rury na ścianach budynku.
– Uspokój się, Ramu. Mamusia rozmawia z ciocią komunistką.
– Nie jestem komunistką ani niczyją ciocią, pani Puri.
Pani Kothari, żona sekretarza, wychyliła się z okna i krzyknęła:
– Woda!
Miasto ich niespodziewanie uszczęśliwiło, okazało rzadką uprzejmość. Kłótnię przerwano; obie panie musiały się podporządkować wyższej konieczności – czystej wodzie.
Gdzie jest Masterji?, zastanawiała się pani Puri, idąc po schodach. Powinien już wrócić ze spotkania z wnukiem. Wykąpała Ramu i napełniła dodatkowe wiadro dla sąsiada, na wypadek gdyby miasto, dostarczywszy im wodę, której nie powinni mieć, ukarało ich odwołaniem dostawy porannej. Tak przecież rozumowali ludzie rządzący Bombajem.

*

Chociaż Masterji odrzucał myśl, że z wścibskim nieznajomym mogłoby się wiązać jakieś niebezpieczeństwo, kiedy się obudził, zdał sobie sprawę, że ten śnił mu się przez część nocy.
We śnie, który mu się dokładnie przypomniał kilka minut po przebudzeniu, nieznajomy (mający zamiast twarzy czarną kartę do gry) śmierdział siarką, zadawał mieszkańcom osiedla (Masterjiemu też) zagadki i wyfrunął przez okno, a oni krzyczeli i biegli za nim, starając się go dosięgnąć długim kijem. Masterji głowił się nad swym snem, a kiedy sobie uświadomił, że pewne jego fragmenty pochodziły z książki Wędrówka duszy po śmierci (Vikas Publications, Benares), którą czytał do późnej nocy, wziął ją do ręki i czytał dalej.
Przez pierwszy rok poza ciałem dusza porusza się wolno i nisko, obciążona grzechami ziemskiej egzystencji. Frunie nad zielonymi polami, zaoranymi polami, małymi stawami i groblami. Na tym etapie podróży ma skrzydła jak orzeł. W drugim roku zaczyna się unosić nad oceanami. Ten lot trwa cały drugi rok, a także część trzeciego. Dusza widzi, jak ocean zmienia kolor od błękitu do granatu i aż prawie do czerni. Ciemnienie oceanu uprzedza duszę, że zbliża się trzeci rok długiego lotu…
Zamknął oczy i spróbował sobie wyobrazić ludzką duszę o twarzy żony – i orlich skrzydłach… tak, oczy, nos, jej policzki, skrzydła orła, w locie nad oceanem…
Cały lot duszy po śmierci trwa siedemset siedemdziesiąt siedem lat. Na przebieg, długość i warunki tej podróży wielki wpływ mają modlitwy i pobożne myśli krewnych ze świata żyjących…
Yogesh Murthy zwany Masterjim, sześćdziesięciojedno­letni emerytowany nauczyciel szkoły Świętej Katarzyny, ziewnął i rozprostował nogi. Wędrówka duszy po śmierci wylądowała na tekowym stoliku.
Wrócił do łóżka. Dawniej obudziłyby go słowa żony, zapach herbaty i świeżych kwiatów w jej włosach. Wciąg­nął powietrze, jakby chciał sprawdzić, czy nie poczuje jaśminu.
– Hej-ja! Hej-ja!
Wrzaski dochodziły z dołu. Dwaj synowie pana Ajwaniego witali dzień, ćwicząc w salonie taekwondo. Chłopcy byli osiedlowymi mistrzami sportu. Starszy, Rajeev, odniósł rok wcześniej wielkie zwycięstwo w zawodach sztuk walki. W dowód uznania spółdzielnia pozwoliła mu zamoczyć dłoń w nafcie i pozostawić ślad zwycięskiego ciała na frontowej ścianie, gdzie jeszcze było go widać (w każdym razie wszyscy tak uważali), tuż nad kuchennym oknem pani Saldanhy.
Teraz z lewej, rytmicznie powtarzane koziołkujące dwugłoski.
– Oj, oj, ojojoj, Ramu, chodź tutaj… odwróć się, mój książę, ajaj… – Ciekawe, co Ramu zabierze do szkoły na lunch, pomyślał Masterji, ziewnął i odwrócił się na bok.
Hałas z kuchni. Dokładnie taki, jak kiedy Purnima siekała cebulę. Wstał i na palcach poszedł łapać ducha. W ścianę stukał stary kalendarz. Osobisty kalendarz Purnimy z obrazkiem przedstawiającym boginię Lakszmi potykającą się o dzban pełen złotych monet, z zapiskami i wziętymi w kółko ważnymi datami. Używała go do dnia pójścia do szpitala (dwunasty października, w kółku), więc w styczniu nie zastąpił go nowym.
Będzie dziś musiał trochę pospacerować z wnukiem. Zanim włożył spodnie, na wszelki wypadek mocno owinął lewe zreumatyzowane kolano różowym bandażem elastycznym. Wrócił do tekowego stolika i wziął do ręki Wędrówkę duszy po śmierci.
Dźwięk dzwonka: Ibrahim Kudwa spod 4C, właściciel kawiarenki internetowej, bujnowłosy i brodaty, w zielonej kurta obsypanej na ramionach łupieżem jak drobinkami mądrości.
– Widział pan ten znak, Masterji? – Kudwa wskazał okno. – Koło dziury, którą wykopali? Napis „Trwają niedogodności, przepraszamy za taką robotę” zmieniłem… – Klepnął się w czoło. – Przepraszam, zmieniłem „Trwają roboty ziemne, przepraszamy za niedogodności” i teraz jest odwrotnie. Pomyślałem, że to pana zainteresuje.
– Rzecz godna podziwu – powiedział Masterji i poklepał rozpromienionego sąsiada po ramieniu. Kalendarz w kuchni zaczął stukać w ścianę i Masterji zapomniał zaproponować gościowi choćby filiżankę herbaty.
W południe był już w zoo i trzymając wnuka za rękę, prowadził go od klatki do klatki. Zobaczyli lwicę, dwa czarne niedźwiedzie całe w zielonej trawie, aligatora w szmaragdowej wodzie, słonie, hipopotamy, kobry i pytony.
Chłopiec zadawał pytania. Jak się nazywa ten w wodzie? Na kogo ziewa tygrys? Czemu ptaki są żółte?… Masterji ochoczo wymieniał nazwy zwierząt i opowiedział wesołą historyjkę, jak opuściły rodzinne strony i przyjechały do Bombaju. „Myślisz o babci?”, pytał od czasu do czasu.
Zatrzymali się przed niską prostokątną klatką z prętami i blaszanym dachem. Jej mieszkaniec chodził z jednego końca w drugi. Przed klatką stawali pojawiający się w zoo próżniacy, nawet zakochani. Z fosforyzującej poświaty, którą rzucał podwieszony pod dachem zielony brezent, wyłoniło się żwawo ciemne, jakby śmiejące się zwierzę z wywieszonym językiem, weszło na pokrytą odchodami czerwoną kamienną ławę i podniosło łeb. Potem zeszło, zawróciło, dotarło do końca klatki, podniosło łeb i znów zawróciło. Było obrzydliwe – i majestatyczne: szara sierść, ciemny śmiejący się pysk przypominający psi, potężne pręgowane łapy. Mężczyźni i kobiety patrzyli. Ta skundlona bestia wyglądała pewnie jak jeden z owych nikczemnych i niezbędnych półpolityków, półprzestępców, którzy rządzili miastem.
– Jak on się nazywa?
Masterji nie potrafił powiedzieć. Miał sylaby na końcu języka, ale kiedy próbował je wymówić, cofały się jak odpychane przez magnes. Bezradnie wzruszył ramionami.
Na twarzy chłopca natychmiast pojawił się przestrach, jakby się bał, że siła dziadka polegająca na znajomości nazw zwierząt się skończyła.
Żeby go rozweselić, Masterji kupił trochę fistaszków (chociaż synowa powiedziała, żeby nie karmił chłopca). Usiedli na trawie i jedli. Masterji pomyślał, że to szczęśliwy okres w jego życiu. Bitwy miał za sobą, żar i blask wygasły.
Gładził kędzierzawą czuprynę wnuka i myślał, że póki nie jest za późno, musi mu opowiedzieć o wszystkim, co przeszli. Jego babcia i dziadek. O życiu w Bombaju w dawnych latach. O wojnie z Pakistanem w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym. O wojnie w siedemdziesiątym pierwszym. O dniu, kiedy została zamordowana Indira Gandhi. O tylu innych rzeczach.
– Chcesz jeszcze fistaszków? – spytał.
Chłopiec pokręcił głową i spojrzał na dziadka pogodnym wzrokiem.
Sonal, synowa, czekała przy bramie. Z uśmiechem słuchała jego słów, kiedy jechali do miasta. Pół godziny później w mieszkaniu jego syna w Marine Lines przyjęła go herbatą i złą wiadomością: Gaurav nie wróci przed północą. Pracowity dzień.
– Może poczekasz? – zaproponowała. – Zostań na noc. To przecież twój dom…
– Poczekam – odpowiedział i zaczął stukać palcami w poręcz fotela. – Poczekam.
(…)