Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Kobieta bez twarzy

Aktualności

24.01.2022

Barbara Krafftówna nie żyje

Z wielkim smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Barbary Krafftówny, prawdziwej mistrzyni teatru, piosenki i kabaretu. Niezapomnianej aktorki legendarnego Kabaretu Starszych Panów.

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

24.01.2022

Rozmowa z Rachelą Berkowską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Rachelą Berkowską, autorką ksiązki "Życie za szczyt. Polacy w Himalajach i Karakorum".

Bestsellery

TOP 20

  1. Chąśba Katarzyna Puzyńska
  2. TOPR 2. Nie każdy wróci Beata Sabała-Zielińska
  3. Arabska kochanka Tanya Valko

Kobieta bez twarzy

Anna Fryczkowska

Ewa Maliwa od dawna miała ochotę go zabić. Uczucie narastało, kiedy wracał po pracy, wtaczał się, bodąc brzuchem powietrze, brzemienny swoim zmęczeniem, siadał, aż krzesło jęczało, podpierał głowę lewą ręką, w prawą chwytał łyżkę i rozpoczynał transport do ust, tak sprawny, że siorbanie nie milkło nawet na chwilę. Dwie minuty i już po ogórkowej, którą szykowała przez trzydzieści minut. Pięć minut i już po drugim, czyli schabowym z pieczarkami, ziemniakami, marchewką z groszkiem, któremu poświęciła półtorej godziny. Pożerał nie tylko to cholerne mięso, ale i dziesiątki godzin jej życia, nawet nie zwracając na to uwagi.
Ale przecież chwilami dostrzegała przed sobą niewielką szansę, że zdąży pożyć. Jeszcze nie była taka stara, nie była jeszcze taka gruba, jeszcze nie była aż tak zgorzkniała. Czego jej brakowało? Wiadomo. Pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Tylko że ona między kuchenką a deską do prasowania nie zarabiała nic, a w bibliotece, na pół etatu, niewiele więcej. Często jej to powtarzał, narzekając, że tak łatwo przepuszcza jego zarobki. Kontrolował wszystkie jej wydatki, co do złotówki, i ciągle nie mógł uwierzyć, że utrzymanie czteroosobowej rodziny kosztuje aż tyle.
Często, gdy podgrzewała kotlety, patrzyła na jego okrągłą głowę z łysym plackiem na czubku, zastanawiając się, co by się stało, gdyby go po prostu trzasnęła w tę łysinę patelnią. Na pewno odczułaby wielką ulgę, a potem miałaby dużo sprzątania. Bardzo dużo sprzątania, gdyż był naprawdę ogromny. Przyczyniła się do tego i ona, swoimi obiadami, to pewne.
Wczoraj sprawiła sobie trochę radości, dodając mu do zupy konserwę, której data ważności skończyła się pięć lat temu. Sklepowa sprzedawała je znajomym za psi grosz, zresztą z przeznaczeniem dla psów. Chce tanio, będzie miał tanio, powtarzała sobie w duchu, gdy jej mąż bez mrugnięcia powieką siorbał zawartość talerza.
– Co na drugie? – zapytał, odbeknąwszy dyskretnie.
Przyjemnie było bawić się myślą, że umarł. Tak sam z siebie, jak należy. Zamiast podstawiania mu pod nos zupy i drugiego dania, gdy wracał pachnący perfumami innej kobiety, robiłaby sobie i chłopakom sałatki i kanapki, lekkie zupy i pieczonego kurczaka, przez co nie trawiłaby całego życia w kuchni. Zamiast statusu żałos¬nej zdradzanej frajerki zyskałaby pozycję szanowanej wdowy, wolnej osoby z własnymi pieniędzmi.
Tylko że on w końcu wywinął jej kolejny numer. Zamiast umrzeć jak należy, zamiast dostać porządnego zawału, który – jak czytała w „Przyjaciółce” – należał mu się po latach skrzętnego pożerania schabowych na smalcu oraz golonki – zamiast chwycić się za serce i wyzionąć ducha, waląc twarzą w talerz z pomidorową, on po prostu nie wrócił do domu. Nie pojawił się o osiemnastej, jak powinien, ani o osiemnastej trzydzieści, ani o dziewiętnastej. Kiedy wreszcie odważyła się do niego zadzwonić, żeby kotlet do reszty nie stwardniał na patelni, komórka bezczelnie odpowiedziała, że jej mąż jest poza zasięgiem albo ma wyłączony telefon. Baba, pomyślała, ani chybi baba, już nie w godzinach pracy, ale i po. Kolejna namiętna Ukrainka, która umiejętnie udaje, że kusi ją jego ciało, a nie pieniądze, wpływy i znajomości.
Bardzo namiętna, pomyślała rano, gdy nadal nie pokazał się w domu.
Wygląda na to, że zaczął drugie życie, stwierdziła następnego wieczoru. Dzieciom ani słowa. Pssst. Nie, chłopakom nic nie powie, żeby ojciec nie stał się w ich oczach żałosnym zdrajcą, a matka – godną współczucia kobietą porzuconą. Wszystko się da ustawić tak, żeby przynajmniej w ich głowach utrzymywał się obraz rodziny jak należy.
Czekała, kiedy jej mąż pokaże się w domu, by zabrać wyprasowane koszule albo czystą bieliznę. Przecież kochanki nie miewają żelazek ani pralek. Czekała i czuwała, żeby wytłumaczyć chłopcom tę jego spodziewaną wizytę, gdy już nastąpi, obmyślała przemowę do męża o tym, że nikogo nie wolno tak traktować, wszystko jednak na próżno. Nie pojawił się, nie zadzwonił, nie odbierał. Zniknął.
I wtedy nabrała pewności, że nie była jedyną osobą, która miała ochotę go zabić.

(…)

MIŚKA
6
Pierwszy dzień szkoły! Jak się tylko obudziłam, od razu zerwałam się z łóżka, umyłam twarz, uczesałam włosy. Zegarek elektroniczny, który mama kupiła, żebym jej nie budziła o świcie, tylko sama sprawdzała godzinę, twierdził, że jest piąta czterdzieści rano. Nie wierzyłam mu, musiałam sama wyjść na dwór, żeby sprawdzić. Było chłodno i ciemnawo. Ptaki krzyczały. Całą werandę obsypały jakieś dziwne paprochy, jakby ktoś je wytrzepał z chmury. Po poprzednich właścicielach domu została na ganku miotła z czerwonych gałązek, wzięłam się więc za zamiatanie. Część paprochów wpadała między deski werandy, na wieczność, jak sądzę. Potem spomiędzy desek wyszło długie wijące się coś z setką nóg i spojrzało na mnie szypułkami oczu. Starałam się nie okazać obrzydzenia. Może ono też się mnie brzydziło, chociaż tego nie okazało, tylko podejrzanie szybko wycofało się między deski werandy.
Ono, bo nie sądzę, że była to niewinna stonoga z wierszyka Brzechwy. Ja też się wycofałam do domu. Mama nadal spała, ale tak cichutko, jakby jej nie było. Nawet oddechu nie było słychać, tylko jakąś taką ciszę, dzwoniącą w uszach, więc poleciałam do pokoju i przyłożyłam jej palec do ust. Drgnęła i tak się dowiedziałam, że nadal żyje.
– Już trzeba wstawać? – jęknęła.
Wolałabym, żeby ubrała się na początek roku lepiej niż w ten brązowy sweter i brązową spódnicę, w których wygląda jak sklepowa. Ja też chyba wyglądałam tak sobie, bo moja biała bluzka była za ciasna, i w brzuchu, i wyżej, co mamę zaskoczyło. Powiedziała, że mi potem coś kupi, ale dziś mam się przemęczyć w tym, bo skąd ona miała wiedzieć, że tak urosłam? Poszłyśmy do szkoły spacerem, przez las. Jak pomyślałam, że codziennie będę musiała tyle chodzić, to mi się słabo zrobiło, ale mama powiedziała, że są przecież rowery. Bo samochodem nie warto jeździć na takie krótkie dystanse i w ogóle potrzebujemy z Maksem więcej ruchu.
– A w zimie?! – jęknęłam.
Pierwszy dzień szkoły świętowano na boisku wśród drzew. Patrzyłam na moją klasę i w sumie nie chciało mi się jej poznawać. Znałam tylko Sabrinę i poczułam niepokój, że pewnie będę musiała z nią wracać i chodzić do szkoły.
Mama w domu wydawała mi się grubawa i niezbyt ładna, a tymczasem tutaj, obok tych nauczycielek, wyglądała jak piękny paw (jeśli pawie mają brązowe pióra) wśród spasionych kur. Słowem: zupełnie nie pasowała.
Babcia też, zanim od nas wyjechała, mówiła, że mama tu nie pasuje. Generalnie dużo mówiła, więc szybko przestawałam jej słuchać, ale wyglądało na to, że jednak czasem mogła mieć rację.

HANKA
7
Po uroczystości weszłam do pokoju nauczycielskiego i cofnęłam się od progu. Do Świątkowic widać nie dotarły informacje o szkodliwości palenia papierosów ani zakaz palenia w miejscach publicznych, bo w pokoju nauczycielskim było siwo od dymu. Jakaś nauczycielka wyglądała przez okno.
– Pani zobaczy, jakie te szczeniaki bezczelne! Stoją za śmietnikiem i palą!
Nie wiadomo było, o którą panią chodzi, bo przecież siedziały tu same kobiety. Na pierwszy rzut oka wydawały mi się wszystkie w jednym wieku, spod ręki jednego fryzjera i zaopatrzone w tym samym sklepie z ciuchami, zgrane ze sobą jak wysłużony serwis obiadowy. Poczułam się straszliwie samotna.
– Dla tych, co jeszcze nie wiedzą: nasza nowa koleżanka – znalazła się Ela Lichańska, dyrektorka tego całego zadymionego biznesu, która mnie tu ściągnęła. – Przyjechała do nas z Warszawy i będzie uczyć angielskiego. Mieszka w chacie na kolonii Świątkowice, bo nie chciała dać się zamknąć w naszym szkolnym bloku. – Ela przemawiała, spacerując po gabinecie, od stołu do okna, od okna do stołu. – Cóż, sielsko, anielsko, świeże powietrze. Ja ci jednemu z drugim nogi z dupy powyrywam! – ryknęła w samo okno, nie nabierając oddechu między zdaniami, aż podskoczyłam.
– Ona taka jest, nie przejmuj się, ale to dusza człowiek – zagadnęła mnie jedna z pań, która, jak i reszta zgromadzonych, też zapewne noc w noc spała w lokówkach. – Za lasem mieszkasz? Latem to może i ładnie, ale zimą pług tam jeździ w trzeciej kolejności odśnieżania. Szkoda, że nie zamieszkałaś u nas w bloku, byłybyśmy sąsiadkami – zamilkła, jakby czekała, aż podtrzymam wątek towarzyski, ale właśnie zaszła zmiana, która nie pozwoliła mi niczego podtrzymywać, do pokoju wszedł bowiem… Nie, to nie może być prawda! Co on tu robi?! Muskularne ciało w białej koszuli i dżinsach, kitka z tyłu, nijaka szczera twarz, duży nos, wągry. Ruta. Młodziak Ruta w moim nowym miejscu pracy. Wyraźnie za stary na ucznia. Wyraźnie za młody…
– Naszego wuefmena już chyba znasz – szepnęła do mnie sąsiadka. Skąd wiedziała?
A on od razu zamachał do mnie i powiedział:
– Cześć.
Coś wyjąkałam w odpowiedzi, pod nagłym gradobiciem spojrzeń wszystkich zebranych. Boże święty, co ja znowu narobiłam!

LISTY DO REDAKCJI
Droga redakcjo, cierpię na straszną depresję po samobójczej śmierci męża. Jak się z tym uporać?
Zagłuszyć depresję czymś jeszcze gorszym. Na przykład strasznym kacem połączonym z moralniakiem. Kiedy okaże się, że całowałaś się po pijaku z kolegą z pracy, o kilkanaście lat młodszym od ciebie nauczycielem twoich dzieci. Panem od wuefu.

8
– Co do tamtego wieczoru… – Podeszłam do Ruty, gdy odpinał od parkanu swój motocykl.
– Tak?
– Proponuję, żebyśmy oboje zapomnieli. Myślałam nawet, żeby udawać, że byłam pijana i nic nie pamiętam, ale to by chyba jeszcze gorzej o mnie świadczyło.
– Tym bardziej że trudno się spić do nieprzytomności dwoma koktajlami – zauważył czujnie.
– Piłam na pusty brzuch. Jak się nazywał tamten płyn?
– Błękitny helikopter.
– Uderzał do głowy. Ale nie aż tak, rzeczywiście. Zapomnijmy i nikomu o tym nie mów.
– Hanka…
– Tak?
– Nie byliśmy sami w tamtym pubie.
– To znaczy?
Wskazał mi brodą nauczycielki, które popatrywały na nas z drugiego końca szkolnego podwórka. Faceci spod sklepu też nie spuszczali z nas oka.
– To znaczy, że już wszyscy wiedzą. Tu zawsze wszyscy wszystko wiedzą – powiedział z dziwnym rodzajem dumy. – To są Świątkowice.
Odwróciłam się na prawej stopie i poszłam sobie, ignorując sieć spojrzeń, która coraz szczelniej oplatała moje ciało. Kto z was nigdy nie popełnił błędu, niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem.

MIŚKA
9
Spisałam plan i wyszłam przed szkołę. Mama, czerwona jakaś i zdenerwowana, czekała na mnie przy furtce.
– Hanka? Bo chyba mogę tak do ciebie mówić? – Podeszła do nas pani dyrektorka naszej szkoły. Miała lisią twarz i starała się przewiercić mamę oczkami.
– Pewnie, że możesz – powiedziała mama, starając się uśmiechnąć. – Przecież jeszcze niedawno wylegiwałyśmy się razem na plaży nad Okrzejką.
– Niedawno? Wieki temu. Kto by pomyślał, że spotkamy się w pracy, prawda?
– Kto by pomyślał, że będziecie mieć taką dużą szkołę… Wtedy zdaje się mieliście lekcje w tamtej chacie, gdzie teraz jest sklep, prawda? Pamiętam, opowiadałaś mi. Po dwie klasy w jednej sali… – Mama dawno tak dużo nie mówiła, ale nie wyglądało to na zmianę na lepsze, bo wydawała się zdenerwowana.
– A teraz mamy szkołę zbiorczą, fajny budynek. I autobus szkolny, który zwozi dzieci. Musisz wiedzieć, że Świątkowice to nie taka znowu byle wioska. My się naprawdę staramy, żeby było jak trzeba. Mam nadzieję, że zostaniesz z nami dłużej. Chcę, żeby te dzieciaki uczyły się angielskiego, żeby miały równe szanse z dziećmi z miasta.
– Ale chyba się uczą, prawda? Miałaś anglistę w zeszłym roku?
– Anglistów. Wszyscy dojeżdżali. Z Garwolic, Dęblina. Wystarczyło, że śnieg spadł albo większy deszcz i od razu lekcji nie było. Co te dzieciaki się nauczyły! Ale z tobą nadrobią, bo jesteś na miejscu. Dobrze ci się tam mieszka? Za lasem?
– Nie najgorzej.
– Wygodniej by ci było w bloku. Zwłaszcza zimą.
– Mam dosyć bloków. Naprawdę, jest dobrze.
– Dla dzieciaków też frajda, nie mylę się chyba?
Frajda jak cholera, pomyślałam.
– Tak myślę – odpowiedziała mama wymijająco.
– A pewnie. U nas spokój, czyste powietrze. Fajna ta twoja mała – dodała pani dyrektor, zupełnie jakbym mnie tu nie było.
– Fajna. – Mama mnie przytuliła.
– Syn w gimnazjum?
– W pierwszej klasie.
– Tam też będziesz uczyć. – Pani dyrektor zamilkła, ale najwyraźniej nie miała jeszcze zamiaru odejść. Dyskretnie ciągnęłam mamę za sweter, żebyśmy już wracały, ale mama stała jak wmurowana. No tak, i dyrektorka znowu się odezwała: – Wiesz, miałam cię już dawno spytać. Jak twój mąż przyjedzie, to pomieścicie się w tej połówce domu? Bo drugiej nie ma co wynajmować, stoi zamknięta, odkąd pamiętam, nie jest raczej w dobrym stanie. Karczowie też tylko z jednej korzystali. Zmieścicie się, jak już będziecie w komplecie?
Mama spuściła wzrok, strasznie skrępowana. Żal mi się jej zrobiło.
– Proszę pani. – Szarpnęłam nauczycielkę za rękaw.
– No co tam, mała? Michalina, tak?
– Pytała pani o mojego tatę.
– Misiu! – Mama wyglądała nie najlepiej, ale nie pozwoliłam sobie przerwać. To trzeba załatwić raz na zawsze.
– Mój tata cztery miesiące temu umarł – powiedziałam. Pani Lichańska spojrzała na mnie bardzo uważnie. – Nagle.
– Miśka!
– Mamo, no co? Nie lubisz o tym mówić, więc ja mówię. Niech już raz wszyscy się dowiedzą, będzie z głowy. Proszę już mamy o to nie pytać, dobrze? Mama robi się wtedy smutna.
– Nie wiedziałam – speszyła się pani dyrektor. – Przepraszam, Hanka. Wybacz mi. Bo wiesz, nie chodzisz w czerni… Nie, przepraszam, żałoba to sprawa osobista, prawda? Moje najszczersze kondolencje. – Podała mamie rękę. – Już rozumiem, chciałaś zacząć nowe życie, tak? A ja tak wyskoczyłam. Wybacz. Naprawdę chcę, żebyś tu została.
Mama uśmiechnęła się do niej smutno. A dyrektorka pogłaskała mnie po głowie, czego nie znoszę.
– Biedna mała – podsumowała.
(…)