Strona główna / Fantastyka / Tropiciel

Aktualności

18.11.2019

Informacja o zmianie regulaminu

Informujemy, że z dniem 18 listopada 2019 r. ulegają zmianie niektóre postanowienia regulaminu korzystania z księgarni internetowej Prószyński i S-ka.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Tropiciel

Orson Scott Card

Rozdział 1
Jeśli drzewo upada


Ocalenie rodzaju ludzkiego przed zagładą to ekscytujące zadanie. Lub nużące. Zależnie od tego, w którym etapie procesu się uczestniczy.


Rigg i ojciec przeważnie razem rozstawiali sidła, ponieważ Rigg miał dar widzenia ścieżek, którymi się poruszały zwierzęta.
Ojciec był na to ślepy – w ogóle nie potrafił dojrzeć cienkich, migoczących tropów w powietrzu, które znaczyły ruch żywych stworzeń przez świat. Jednak dla Rigga było to, od kiedy pamiętał, naturalną zdolnością jego oczu, przychodzącą mu bez żadnego wysiłku. Im nowsza ścieżka, tym bardziej niebieska poświata; starsze były zielone, żółte; te prawdziwie starożytne świeciły odcieniami czerwieni.
Już w wieku kilku lat Rigg zrozumiał, co oznacza ta poświata, bo widział, jak wszyscy w ruchu zostawiają za sobą ślady. Oprócz kolorów każdy miał coś jakby podpis, a z biegiem lat Rigg nauczył się biegle je rozpoznawać. Potrafił z miejsca odróżnić człowieka od zwierzęcia, a także różne gatunki od siebie, a jeśli uważniej się przyjrzał, porządkował gmatwaninę tropów tak dokładnie, że mógł podążyć ścieżką konkretnej osoby lub wybranego stworzenia.
Niegdyś, kiedy dopiero zaczął wyprawiać się z ojcem na polowania, popełnił błąd, idąc za zielonkawym tropem. Na jego końcu znaleźli jedynie kupkę starych kości – zwierzęta wiele miesięcy wcześniej porozrywały padlinę na strzępy.
Ojciec nie był zły. Przeciwnie – wydawał się rozbawiony.
– Musimy szukać zwierzyny z wciąż świeżymi skórami – rzekł. – I z choćby odrobiną mięsa na kościach, byśmy mogli coś zjeść. Ale jeśli byłbym kolekcjonerem kości, te by się świetnie nadały. Nie martw się.
Ojciec nigdy nie krytykował Rigga, jeśli chodziło o jego dar tropicielstwa. Zwyczajnie przyjmował do wiadomości, co syn potrafi zrobić, i zachęcał go do doskonalenia talentu. Jednak gdy tylko Rigg zaczynał napomykać komuś o swych zdolnościach albo rzucił jakąś nieostrożną uwagę, przez którą słuchacze mogliby się zorientować, że ma jakiś nietypowy talent, ojciec bezwzględnie i od razu go uciszał.
– Chodzi o twoje życie – tłumaczył mu. – Nie brakuje takich, którzy by cię za to zabili. I takich, którzy by cię porwali, zniewolili i kazali śledzić dla nich. W rezultacie zabijaliby tych, których byś znajdował. – I żeby się upewnić, że Rigg zrozumiał powagę sytuacji, dodał: – A ofiary nie byłyby zwierzętami. Pomagałbyś im mordować ludzi.
Może ojciec nie powinien mu tego mówić, bo te słowa prześladowały go w myślach przez wiele kolejnych miesięcy – i nie tylko pod postacią sennych koszmarów. Rigg czuł się bardzo potężny, myśląc, że jego zdolność mogłaby się przydać w znajdowaniu przestępców i wyrzutków.
Ale to wszystko się zdarzyło, gdy Rigg był mały. Teraz miał trzynaście lat, przechodził mutację, a ojciec mówił mu trochę o tym, jak postępować z kobietami. Lubią to, nie znoszą tamtego, nigdy nie biorą za męża chłopca, który robi to albo tego nie robi.
– Najważniejsze to się myć – powtarzał. I to często. Bardzo często. – Żebyś nie śmierdział. Dziewczyny nie lubią, jak chłopcy śmierdzą.
– Ale jest zimno – jęknął Rigg. – Później się umyję, tuż przed powrotem do domu.
– Masz się myć każdego dnia – zawyrokował ojciec. – Ja też nie lubię twojego smrodku.
Chłopcu jakoś trudno było w to uwierzyć. Skóry zdarte z upolowanych w sidła zwierząt cuchnęły o wiele bardziej niż on kiedykolwiek. W rzeczy samej, pachniał głównie zwierzęcymi skórami; ten odór przywierał do jego ubrania i włosów niczym rzep. Lecz Rigg się nie spierał z ojcem. Nie było sensu.
Na przykład tego ranka, zanim się rozdzielili, ucięli sobie pogawędkę, idąc przez las. Ojciec zachęcał do rozmów.
– Nie jesteśmy myśliwymi, jesteśmy łowcami – stwierdził. – To nic, że zwierzęta teraz od nas uciekają, bo złapiemy je później, gdy nie będą nas mogły zobaczyć, usłyszeć ani nawet zwęszyć.
Tym sposobem ojciec korzystał z ich nieskończonych wędrówek do nauczania.
– Cierpisz na poważny przypadek ignorancji, chłopcze – często powtarzał. – Muszę zrobić co w mojej mocy, by wyleczyć tę przypadłość, ale zdaje się, że im więcej cię uczę, tym więcej nie wiesz.
– Wiem już wszystko, co wiedzieć muszę – zawsze odpowiadał Rigg. – Uczysz mnie tylu dziwnych rzeczy, które nie mają nic wspólnego z tym, jak żyjemy. Czemu muszę znać astronomię, tajniki bankowości i te wszystkie języki, którymi każesz mi mówić? Znajduję ścieżki zwierząt, łapiemy je, sprzedajemy futra, a to umiem dobrze.
Ojciec na to zawsze odpowiadał jednakowo:
– Widzisz, jakim jesteś ignorantem? Nawet nie wiesz, czemu musisz wiedzieć rzeczy, których jeszcze nie wiesz.
– Więc mi to wyjaśnij.
– Zrobiłbym to, ale jesteś zbytnim ignorantem, by zrozumieć powody, dla których twoja ignorancja jest śmiertelną chorobą. Muszę cię podszkolić, zanim zrozumiesz, czemu warto było poświęcić tyle czasu na garbowanie twego mózgu. – Tak właśnie nazywał ich sesje nauki: garbowaniem mózgu Rigga.
Dziś szli śladem penczy, której skóra kosztowała tyle co dziesięć skór wydry, bo była o wiele grubsza i mieniła się żywymi kolorami. Nastała krótka przerwa w nieustannym nauczaniu, podczas której ojciec zapewne starał się wymyślić kolejny problem do rozwiązania dla Rigga („Jeśli ogrodzenie z desek ma dziewięć piędzi wysokości i osiemnaście metrów długości, ile stóp dziesięciocentymetrowych listew musiałbyś kupić w tartaku, przy założeniu, że są one dostępne w długościach dwadzieścia piędzi i czternaście piędzi?”. Odpowiedź: „A jaki ma sens budowa ogrodzenia z listew o wysokości dziewięciu piędzi? Każde zwierzę, które warto byłoby tam trzymać, bez trudu zdołałoby się na nie wspiąć, przeskoczyć je lub obalić”. A potem lekkie trzepnięcie z tyłu głowy i musiał podać prawidłową odpowiedź). Rigg zaczął mówić o niczym.
– Lubię jesień. Wiem, że oznacza bliskość zimy, ale właśnie przez zimę ludzie potrzebują naszych futer, więc nie mogę się czuć źle akurat z tego powodu. Lubię barwne liście i ich szelest pod stopami. Cały świat się odmienia.
– Cały świat? – zapytał ojciec. – Nie wiesz, że na południowej połówce świata jesień nawet jeszcze nie nadeszła?
– Wiem, wiem.
– Nawet na naszej półkuli, w pobliżu tropików, nie ma jesieni i liście nie spadają, chyba że wysoko w górach, jak tutaj. A na dalekiej północy nie ma drzew, jedynie tundra i lód, więc liście nie mają z czego spadać. Cały świat! Masz na myśli ten malutki wycinek świata, który widziałeś na własne oczy.
– Tylko tyle świata widziałem – przyznał Rigg. – A jeśli żyję w niewiedzy co do reszty, to z twojej winy.
– Nie żyjesz w niewiedzy co do reszty, po prostu jej nie widziałeś i tyle. A ja na pewno ci o niej opowiadałem.
– O tak, ojcze, moja głowa jest pełna zapamiętanych faktów, ale mam pytanie: Skąd tyle wiesz o częściach świata, których nigdy, przenigdy nie możemy zobaczyć, bo są za Murem?
Ojciec wzruszył ramionami.
– Ja wiem wszystko.
– Pewien nauczyciel powiedział mi kiedyś, że jedynym naprawdę głupim człowiekiem jest ten, który nie wie, że jest ignorantem. – Rigg uwielbiał tę grę, po części dlatego, że ojciec wcześniej czy później tracił cierpliwość i kazał mu umilknąć. A to oznaczało, że Rigg wygrał.
– Wiem, że wiem wszystko, gdyż nie ma pytań, na które nie znałbym odpowiedzi.
– Świetnie. Więc odpowiedz na to pytanie: Czy znasz odpowiedzi na pytania, o których jeszcze nie pomyślałeś?
– Pomyślałem o wszystkich pytaniach.
– To tylko oznacza, że zaprzestałeś prób wymyślenia nowych.
– Nie ma żadnych nowych pytań.
– A o co zapytam cię w następnej kolejności?
Ojciec ciężko westchnął.
– Wszystkie pytania o przyszłość są bezprzedmiotowe. Znam wszystkie odpowiedzi, które są do poznania.
– Tak myślałem. Twoje twierdzenie, że wiesz wszystko, to czcza przechwałka.
– Uważaj, jak mówisz do swego ojca i nauczyciela.
– Dobieram słowa z najwyższą precyzją – odparł Rigg, przytaczając zdanie często powtarzane przez ojca. – Informacja ma znaczenie tylko wtedy, gdy pomaga nam prawidłowo przewidzieć przyszłość. – Wpadł na nisko wiszącą gałąź, musiał bowiem ciągle spoglądać w górę, gdyż pencza przeskakiwała wysoko między koronami drzew. – Pencza przekroczyła strumień – orzekł i wspiął się na skarpę przy brzegu.
Przeskakiwanie przez strumień nie przerwało rozmowy.
– Skoro nie wiadomo, jaka informacja przyda się w przyszłości, trzeba wiedzieć wszystko o przeszłości. A to wiem – ciągnął ojciec.
– Znasz każdy rodzaj pogody, który widziałeś – zauważył Rigg – ale to nie oznacza jeszcze, że wiesz, jaką pogodę będziemy mieli w następnym tygodniu albo czy zdarzy się taka, jakiej nigdy wcześniej nie widziałeś. Sądzę więc, że jesteś niemal takim samym ignorantem jak ja.
– Milcz – uciął ojciec.
Wygrałem, ucieszył się Rigg w duchu.
Kilka minut później trop penczy wzbijał się w powietrze i niknął z oczu.
– Orzeł go dorwał – smutno skonstatował chłopiec. – To się stało, jeszcze zanim podążyliśmy jego ścieżką. W przeszłości, więc niechybnie wiedziałeś o tym od samego początku.
Ojciec nie raczył odpowiedzieć, a Rigg poprowadził ich z powrotem w górę strumienia do miejsca, gdzie po raz pierwszy spostrzegł trop penczy.
– Umiesz zastawiać pułapki prawie tak dobrze jak ja – rzekł ojciec – więc idź to zrób, a potem mnie poszukaj.
– Nie mogę cię znaleźć, wiesz przecież.
– Nie wiem, bo nikt nie może wiedzieć rzeczy fałszywej, człowiek może jedynie uznawać ją za pewnik, póki się jej nie zaprzeczy.
– Nie widzę twojej ścieżki, ponieważ jesteś moim ojcem.
– Prawda, jestem twoim ojcem. I prawda, nie widzisz mojej ścieżki. Ale czemu zakładasz, że między tymi dwoma sprawami zachodzi bezpośredni związek?
– No bo nie mogę zakładać przeciwnie – że nie jesteś moim ojcem, ponieważ nie widzę twojej ścieżki.
– Masz jakichś innych ojców?
– Nie.
– A znasz jakiegoś innego tropiciela takiego jak ty?
– Nie.
– Zatem nie możesz sprawdzić, czy nie widzisz ścieżek twoich innych ojców, bo nie masz nikogo poza mną. I nie możesz zapytać innych tropicieli, czy widzą ścieżki swych ojców, bo nie znasz nikogo takiego. Nie masz więc dowodów pozwalających wyciągać takie czy inne wnioski co do przyczyny tego, że nie widzisz mojej ścieżki.
– Mogę iść spać? – zapytał Rigg. – Jestem zmęczony.
– Biedna słaba głowa – westchnął ojciec. – Ale nie wiem, jakim cudem się tak wyczerpała, skoro w ogóle jej nie używasz. Jak mnie znajdziesz? Idąc moim śladem z pomocą oczu i mózgu zamiast tej twojej niezwykłej umiejętności. Zobaczysz, gdzie zostawiłem ślady stóp, gdzie złamałem gałęzie.
– Ale nie zostawiasz śladów, jeśli nie chcesz, i nie łamiesz gałęzi, chyba że chcesz.
– Ach, jesteś bardziej spostrzegawczy, niż myślałem. A skoro powiedziałem ci, byś mnie odszukał, gdy już rozstawisz sidła, oczywiście umożliwię ci to, zostawiając ślady i łamiąc gałęzie.
– Lepiej też pierdź regularnie – zasugerował Rigg – bym mógł cię znaleźć po zapachu.
– Jak już przyjdziesz, przynieś z sobą porządną rózgę, bym mógł złoić ci skórę – odparł ojciec z przekąsem. – A teraz idź już, nim nastanie upał.
– Co będziesz robił?
– To, co zrobić muszę. Gdy będziesz musiał wiedzieć więcej, to ci powiem.
I się rozstali.
Rigg starannie rozstawiał sidła, wiedział bowiem, że to test. Wszystko było testem. Albo lekcją. Tudzież karą, z której miał wyciągnąć naukę. Później zostanie odpytany z tej nauki. I ukarany, jeśli jej sobie nie przyswoi.
Chciałbym mieć choć jeden jedyny dzień bez sprawdzianów, lekcji i kar, myślał. Dzień, w którym mógłbym po prostu być sobą, a nie projektem ojca zmierzającym do uczynienia mnie wielkim człowiekiem. Nie chcę być wielki. Chcę być Riggiem.
Nawet pomimo drobiazgowej uwagi, jaką poświęcał sidłom, rozstawiając je na najczęściej uczęszczanej ścieżce każdego stworzenia, nie zabrało mu to wiele czasu. Przystanął, by się napić, a potem by opróżnić pęcherz i jelita i wytrzeć tyłek liść­mi – kolejny powód do wdzięczności za jesień. Potem wrócił po swoich śladach do miejsca, gdzie rozstał się z ojcem.
Żadnej wskazówki, gdzie ojciec się udał. Rigg znał jego początkowy kierunek, bo widział, jak odchodzi. Jednak gdy poszedł w tę stronę, nie znalazł żadnych złamanych gałęzi, żadnych odcisków stóp, niczego, co by wskazywało, że ojciec tędy przechodził.
No jasne, pomyślał Rigg. To jest test.
Bił się z myślami. Ojciec może chcieć, bym podążył w stronę, w którą widziałem, że zmierza, gdy się rozstawaliśmy, i dopiero po dłuższym czasie zostawi wskazówkę. To byłaby lekcja cierpliwości i zaufania.
A może ojciec zawrócił, jak tylko zniknąłem mu z oczu, i wyruszył w zupełnie innym kierunku, znacząc szlak zauważalny dla mych oczu, ale dopiero wtedy, gdy powędruję przez jakiś czas na chybił trafił w każdym możliwym kierunku.
Przez następną godzinę Rigg wyruszał i zawracał, szukając wskazówek ojca w każdą stronę, wzdłuż i wszerz. Bez powodzenia, rzecz jasna. To byłoby o wiele za łatwe wyzwanie.
Przypomniał sobie tę infantylną uwagę o pierdzeniu i głęboko wciągnął powietrze, ale dysponował jedynie zwykłym, ludzkim zmysłem węchu i nie mógł w ten sposób niczego wytropić, na pewno więc nie o to chodziło ojcu.
Wzrok i węch nic nie dały. Smak wydawał się niedorzeczny. Czy ojciec mógł zostawić wskazówkę z użyciem dźwięku?
Rigg uznał, że nie zaszkodzi spróbować. Przystanął, by wsłuchać się w brzmienie lasu. Wymagało to czegoś więcej niż zwykłego bezruchu. Musiał się uspokoić i skupić, by porozdzielać dźwięki w umyśle. Własny oddech – musiał go sobie uświadomić, a potem go pominąć, by usłyszeć inne dźwięki, cichy tupot nóżek myszy, głośniejszy pęd wiewiórki, wibrującą nutę pieśni ptaka, rycie kreta.
A potem usłyszał bardzo daleki głos. Ludzki głos. Nie mógł rozpoznać słów, nie mógł też rozpoznać, czy to ojciec. Mógł jednak ustalić ogólny kierunek, z którego głos dochodził, więc poszedł w tę stronę, krocząc po ścieżce używanej przez wiele jeleni, by zyskać na czasie. Po lewej stronie miał niewielkie wzniesienie, które mogło blokować dźwięk – chciał je ominąć; wiedział jednak, że po prawej płynie strumień, a jeśli za bardzo się do niego zbliży, szmer wody może ten głos zagłuszyć.
Znów stanął, nasłuchiwał. Tym razem był całkiem pewny, że to głos ojca. I upewnił się co do kierunku.
Jeszcze dwa razy przystawał, nim usłyszał głos dość wyraźnie, by puścić się biegiem. Już miał przygotowane kilka starannie dobranych uwag krytycznych na temat takiej metody tropienia, gdy w końcu dotarł na polanę, gdzie niedawno upadło wielkie drzewo. W rzeczy samej, ścieżka upadającego drzewa wciąż lśniła na niebiesko. Rigg rzadko miał okazję, by śledzić rośliny, skoro ruszały się tak niewiele, ­chyba że na wietrze. Jednak to drzewo musiało upaść bardzo niedawno, ślad jego upadku odznaczał się jasną ścieżką w powietrzu.
Rigg w ogóle nie widział ojca.
– Gdzie jesteś?! – zawołał.
Spodziewał się jakiejś kąśliwej uwagi z ukrytą nauką, lecz ojciec powiedział tylko:
– Znalazłeś mnie.
– Nie, nie znalazłem, ojcze.
– Podszedłeś wystarczająco blisko. Słuchaj uważnie. Nie podchodź ani trochę bliżej.
– Przecież nie wiem, gdzie jesteś…
– Milcz.
Rigg zamilkł i słuchał.
– Przygniotło mnie drzewo – oznajmił ojciec.
Rigg wrzasnął i zrobił krok w stronę drzewa.
– Stój! – zagrzmiał ojciec.
Rigg się zatrzymał.
– Widzisz, jak wielkie jest to drzewo. Nie możesz go podnieść. Nie możesz go ruszyć.
– Mając dźwignię, ojcze, mógłbym…
– Nie możesz go ruszyć, bo dwie gałęzie wbiły mi się w brzuch.
Rigg jęknął, wyobrażając sobie ból takiej rany, czując włas­ny strach. Ojciec nigdy nie był ranny. Nigdy nawet nie zachorował.
– Każde, nawet najmniejsze poruszenie drzewa mnie zabije, Rigg. Ostatek sił spożytkowałem, by cię przywołać. Teraz słuchaj i nie marnuj życia, które we mnie zostało, na żadne kłótnie.
– Nie zamierzam się kłócić.
– Po pierwsze, musisz mi uroczyście przysiąc, że nie przyjdziesz na mnie popatrzeć ani teraz, gdy jeszcze żyję, ani po mojej śmierci. Nie chcę, żebyś zapamiętał ten okropny obraz.
Niemożliwe, żeby był gorszy niż to, co już podpowiada mi wyobraźnia, pomyślał Rigg. Potem dał sobie w duchu odpowiedź, której udzieliłby mu ojciec: Nie możesz wiedzieć, czy to, co sobie wyobrażasz, jest gorsze od rzeczywistości. Ja ją widzę, a ty nie, więc… milcz.
– Aż trudno uwierzyć, że nie zacząłeś się ze mną spierać – rzekł ojciec.
– Ależ zacząłem – odparł Rigg. – Tyle że mnie nie słyszałeś.
– No, a już się bałem. A teraz przysięgnij.
– Przysięgam.
– Powiedz całość. Wszystkie słowa.
Rigg musiał się skupić, by spełnić tę prośbę.
– Uroczyście przysięgam, że nie przyjdę na ciebie popatrzeć ani teraz, gdy jeszcze żyjesz, ani po twojej śmierci.
– I dochowasz przysięgi, nawet wobec martwego człowieka?
– Rozpoznaję twoje intencje i zgadzam się z nimi. To, co sobie wyobrażam, może być okropne, ale będę wiedział, że nie wiem, czy to prawda. A nawet jeśli rzeczywistość nie jest tak zła jak to, co sobie wyobrażam, wiedziałbym, że to prawda. To byłoby już wspomnienie, a nie wyobrażenie, co byłoby o wiele okropniejsze.
– A zatem ponieważ zgadzasz się z moimi intencjami, podążanie za głosem własnych przekonań doprowadzi cię do uszanowania moich zaleceń i dotrzymania obietnicy.
– Ten temat jest już należycie omówiony – rzekł Rigg, powtarzając sposób mówienia ojca: „Osiągnęliśmy porozumienie, więc przejdźmy dalej”.
– Wracaj tam, gdzie się rozstaliśmy – nakazał ojciec. – Poczekaj tam do rana i sprawdź efekty polowania. Zrób wszystko, co należy, zbierz wszystkie sidła tak, byś żadnego nie zgubił, zanieś skóry do naszej kryjówki. A stamtąd do wioski. Ciężar będzie znaczny, ale dasz radę, jeśli będziesz robił sobie częste przerwy na odpoczynek. Nie ma pośpiechu.
– Rozumiem.
– Pytałem cię, czy rozumiesz? Oczywiście, że rozumiesz. Nie marnuj mojego czasu.
Rigg pomyślał: Moje jedno słowo nie zmarnowało nawet w przybliżeniu tyle czasu co twoje trzy zdania.
– Weź, ile zdołasz, w zamian za skóry, nim powiesz wszystkim, że umarłem. Mniej cię oszukają, jeśli będą oczekiwali, że wrócę się z nimi rozliczyć.
Rigg nic nie powiedział, ale myślał: Wiem, co robić, ojcze. Nauczyłeś mnie, jak się targować, i jestem w tym dobry.
– A potem musisz odnaleźć swoją siostrę – dodał ojciec.
– Moją… siostrę?! – wydukał Rigg.
– Mieszka z twoją matką.
– To moja matka żyje? Jak się nazywa? Gdzie mieszka?
– Nox ci powie.
Nox? Właścicielka pensjonatu, w którym czasem się zatrzymywali? Gdy Rigg był jeszcze bardzo mały, myślał, że ta kobieta może być jego matką, ale już dawno zarzucił ten pomysł. Teraz wyglądało na to, że ojciec wtajemniczał Nox w swoje sekrety, a jego trzymał w błogiej nieświadomości.
– Ty mi powiedz! Czemu kazałeś mi myśleć, że moja matka nie żyje? I siostra… Czemu je przede mną ukrywałeś? Czemu nigdy nie widziałem matki?
Żadnej odpowiedzi.
– Przepraszam. Wiem, mówiłem, że nie będę się kłócił, ale nigdy mi tego nie mówiłeś, to był dla mnie szok, nie mogłem się powstrzymać. Przepraszam. Powiedz mi, co jeszcze powinienem wiedzieć.
Żadnej odpowiedzi.
– Och, ojcze! – zakwilił Rigg. – Powiedz mi coś jeszcze! Nie karz mnie w ten sposób! Odezwij się do mnie!
Żadnej odpowiedzi.
Rigg przemyślał sprawy tak, jak ojciec by od niego oczekiwał. W końcu powiedział to, co ojciec chciałby od niego usłyszeć.
– Nie wiem, czy karzesz mnie milczeniem, czy już jesteś martwy. Przysięgałem nie patrzeć i dotrzymam słowa. Więc za chwilę odejdę i będę posłuszny twoim zaleceniom. Jeśli nie jesteś martwy i masz mi jeszcze coś do powiedzenia, powiedz to teraz, odezwij się, proszę. – Musiał przerwać, bo jeśli ojciec jeszcze nie umarł, Rigg nie chciał, by usłyszał jego płacz.
Proszę! – błagał w duchu, łykając łzy.
– Kocham cię, ojcze. Zawsze będzie mi ciebie brakować.
Jeśli tym nie sprowokuje ojca do przerwania milczenia, to już nic nigdy tego nie zrobi.
Żadnej odpowiedzi.
Rigg odwrócił się zdecydowanie i ruszył po swoich śladach na jasnej ścieżce pomiędzy drzewami i krzewami, wzdłuż tropu jeleni, zmierzając do miejsca, gdzie ostatni raz widział ojca żywego.