Strona główna / Fantastyka / Bezzmienna

Aktualności

06.08.2020

Najlepsza książka miesiąca Lipiec 2020!

Z radością informujemy, że książka "Chciałbym nigdy cię nie poznać" została uznana przez czytelników serwisu hultajliteracki.pl za najlepszą książkę miesiąca Lipiec 2020 a Wiktor Krajewski za Autora Miesiąca oraz Wydawnictwo Prószyński za Wydawcę miesiąca.

Wywiady

20.07.2020

Astrologiczne bliźniaczki – od pełni zrozumienia do nienawiści...

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Agatą Kołakowską, autorką książki "Uśpione pragnienia".

Posłuchaj i zobacz

20.07.2020

Rozmowa z Wiktorem Krajewskim

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Wiktorem Krajewskim autorem książki "Chciałbym nigdy cię nie poznać"
Niezwykle intymna książka o relacji z babcią. Wiktor Krajewski pokazuje emocje i porusza!

Bestsellery

TOP 20

  1. Perska kobiecość Laila Shukri
  2. Postscriptum Anna Karpińska
  3. Tajemnice hoteli Dubaju Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Bezzmienna

Gail Carriger

ROZDZIAŁ TRZECI. Wizyta u modystki i inne perypetie

Alexia leżała, patrząc w zamyśleniu w sufit, wiotka jak niedosmażony omlet. Naraz zesztywniała.
– Co się skończyło?
Odpowiedziało jej ciche chrapnięcie. W przeciwieństwie do wampirów wilkołaki w ciągu dnia nie sprawiały wrażenia martwych. Po prostu spały jak susły.
Niedoczekanie. Nie, dopóki ona ma tu coś do powiedzenia. Z całej siły dźgnęła męża kciukiem w żebra.
Czy to za sprawą dźgnięcia, czy może nadludzkiego dotyku, w każdym razie sapnął i ocknął się w jednej chwili.
– Co się skończyło?
Widząc nad sobą władczą twarz żony, lord Maccon zadał sobie pytanie, co też skłoniło go do poślubienia takiej kobiety. Alexia nachyliła się i skubnęła wargami jego pierś. Ach tak, inicjatywa i pomysłowość.
Skubanie ustało.
– Gadaj.
I manipulacja.
Zmrużył oczy.
– Czy ten twój mózg kiedyś ma wolne?
– Owszem – odparła wyniośle. Spojrzała na promień słońca widoczny zza skraju aksamitnej zasłony. – Wyłączyłeś go na dobre dwie godziny.
– Tylko dwie? Co powiesz na to, byśmy spróbowali na trzy, lady Maccon?
Alexia trzepnęła go z rezygnacją.
– Czy nie jesteś aby za stary na taki wysiłek?
– Jak możesz? – prychnął z urazą. – Mam dopiero nieco ponad dwieście lat, ledwo odrosłem od ziemi.
Ale tym razem lady Maccon nie dała sobie zamydlić oczu.
– Co się skończyło, pytam?
Westchnął.
– Ten dziwny masowy egzorcyzm zakończył się około trzeciej nad ranem. Ci, co mieli, odzyskali nadprzyrodzoność, oprócz duchów. Wygląda na to, że wszystkie z okolic Tamizy zostały zaklęte na amen. Około czwartej ściągnęliśmy tam ducha ochotnika i nie ucierpiał, więc nowe powinny bez przeszkód osiedlić się w okolicy, ale stare przepadły.
– Zatem już po wszystkim? Kryzys zażegnany? – Lady Maccon nie kryła rozczarowania. Koniecznie musi to zapisać w notesiku.
– Och, nie wydaje mi się. Tego nie da się zamieść pod dywan. Trzeba ustalić, co właściwie zaszło. Wszyscy wiedzą o incydencie, nawet śmiertelnicy, choć siłą rzeczy wywarł na nich mniejsze wrażenie. I każdy chce wiedzieć, co się stało.
– Nie wyłączając królowej Wiktorii – wtrąciła Alexia.
– Straciłem przez to paru świetnych widmowych agentów. Korona również. I miałem wizyty z „Timesa”, „Nocnego Eterografa” i „Wieczornego Lidera”, nie wspominając o wściekłym lordzie Ambrosie.
– Biedactwo. – Lady Maccon współczująco pogłaskała męża po głowie. Hrabia nie znosił użerania z prasą, a kontakt z lordem Ambrose’em przyprawiał go o wysypkę. – Dam głowę, że hrabina Nadasdy dostała spazmów.
– Że nie wspomnę o jej świcie. Bądź co bądź, minęły tysiące lat, odkąd królowa znalazła się w takim niebezpieczeństwie.
Alexia pociągnęła nosem.
– Może to im wyjdzie na dobre. – Nie było tajemnicą, że nie przepada za królową ula westminsterskiego i nie ma do niej za grosz zaufania. Lady Maccon i hrabina Nadasdy odnosiły się do siebie z ostrożną grzecznością. Hrabina zawsze zapraszała państwo Maccon na swoje rzadkie i prestiżowe przyjęcia, a oni zawsze przyjmowali zaproszenie.
– Masz pojęcie, że lord Ambrose miał czelność mi grozić? Grozić! Mnie! – Hrabia mało nie zawarczał. – Jakby to była moja wina!
– Może myślał, że moja – podsunęła jego małżonka.
Lord Maccon rozjuszył się jeszcze bardziej.
– Ha, niech sobie myśli, co chce. Mam w nosie jego i całą tę bandę przeklętych osłów.
– Licz się ze słowami, najdroższy. Zresztą dewan i potentat myślą tak samo.
– Grozili ci? – Hrabia usiadł i bluznął rynsztokowym przekleństwem.
Żona wpadła mu w słowo.
– Wcale im się nie dziwię.
– Słucham?
– Zastanów się, Conallu. Jestem jedyną nadludzką w okolicy, a przecież wszystkim wiadomo, że tylko nadludzcy wywierają na nadprzyrodzonych taki wpływ. Wniosek nasuwa się sam.
– Oboje wiemy, że to nie ty.
– Właśnie! A więc kto? Lub co? Co się właściwie stało? Jestem pewna, że masz na to jakąś teorię.
Hrabia nie wytrzymał i się roześmiał. Było nie było, związał się z kobietą bez duszy, więc jej pragmatyzm nie powinien go dziwić. Zdumiony tym, jak niezawodnie umiała poprawić mu humor, zwyczajnie będąc sobą, odparł:
– Ty pierwsza.
Alexia pociągnęła go na poduszkę i umościła głowę na jego piersi.
– Gabinet cieni ustalił, iż w grę wchodzi nowy rodzaj broni.
– A ty co myślisz? – zahuczało pod jej uchem.
– Niewykluczone, ale to jedynie robocza hipoteza. Możliwe, że Darwin ma rację i mamy do czynienia z ewolucją nadludzkości. Może to sprawka templariuszy. A może umyka nam coś istotnego. – Spojrzała ostro na milczącego małżonka. – A BUR na co wpadł?
Miała cichą teorię, że należy to do jej obowiązków muhjah. Przed objęciem przez nią stanowiska królowa Wiktoria sprawiała wrażenie osobiście zainteresowanej jej małżeństwem z Conallem Macconem. Lady Maccon często zachodziła w głowę, czy nie miało aby ono na celu zadzierzgnięcia więzi pomiędzy BUR-em a gabinetem cieni, przy czym władczyni nie podejrzewała chyba, iż odbędzie się to w wymiarze tak cielesnym.
– Co wiesz o starożytnym Egipcie, żono? – Conall odsunął ją i podparł się na łokciu, gładząc wolną ręką jej bok.
Alexia wcisnęła poduszkę pod głowę i wzruszyła ramionami. Ojcowski księgozbiór zawierał pokaźną kolekcję papirusów. Pan Tarabotti przejawiał pewną słabość do Egiptu, Alexia jednak interesowała się bardziej klasycyzmem. Nil i cała reszta zawsze uchodziły w jej oczach za dzikie i nieprzewidywalne, a powłóczyste hieroglify niezmiennie przegrywały w konkurencji z łaciną, której matematyczna precyzja stanowiła tak kuszącą alternatywę.
Lord Maccon zacisnął usta.
– Wiesz, że kiedyś należał do nas? Do wilkołaków. W dawnych czasach, cztery tysiące lat temu lub więcej, przed kalendarzem lunarnym i całą resztą. Na długo zanim śmiertelnicy zbudowali Grecję, a wampiry wzniosły Rzym, my mieliśmy Egipt. Widziałaś, jak potrafię zmieniać samą głowę, prawda?
– Tak, potrafią to tylko prawdziwi alfa. – Istotnie raz jej to zademonstrował. Był to niezapomniany i lekko odrażający widok.
Kiwnął głową.
– Po dziś dzień określamy to mianem formy Anubisa. Powiadają, że w starożytnym Egipcie uchodziliśmy za bogów. I to był nasz koniec, krążą bowiem legendy o chorobie, epidemii, która dotknęła jedynie nadprzyrodzonych: o Zmierzchu Bogów, pladze odwrócenia. Mówi się o wielkim pogromie wilkołaków i wilków, jak Nil długi i szeroki; w ciągu jednego tylko pokolenia umarli jako śmiertelnicy i przez kolejne tysiąc lat nie doszło tam do żadnej metamorfozy.
– A teraz?
– Teraz w całym Egipcie istnieje tylko jeden ul, w pobliżu Aleksandrii, w miejscu najbardziej wysuniętym na północ. To pozostałości ula ptolemejskiego. Jeden jedyny; pojawił się wraz z napływem Greków i liczy zaledwie sześcioro wampirów. A pustynne południe zamieszkuje kilka wynędzniałych watah. W Dolinie Królów plaga ponoć wciąż jest obecna, lecz żaden nadprzyrodzony nie parał się nigdy archeologią. To jedna z naszych nauk zakazanych, pamiętasz?
Alexia przetrawiła jego słowa.
– Zatem wierzysz, że stoimy w obliczu epidemii na miarę Zmierzchu Bogów?
– Bardzo możliwe.
– To dlaczego tak po prostu minęła?
Conall potarł twarz wielką szorstką dłonią.
– Bo ja wiem? Nasze legendy przechodzą z ust do ust, kronik nie prowadzimy. Możliwe, że w miarę upływu lat ktoś coś przekręcił. Niewykluczone, iż dawna plaga nie była tak straszna, jak powiadają, albo nikomu nie przyszło do głowy wynieść się stamtąd. Lub też mamy do czynienia z całkiem nową odmianą choroby.
Alexia wzruszyła ramionami.
– To co najmniej równie dobra teoria jak nasza z bronią. Zdaje się, że jest tylko jeden sposób, aby to sprawdzić.
– Królowa przydzieliła ci sprawę, tak? – Myśl o posyłaniu Alexii „w teren” nigdy nie budziła entuzjazmu hrabiego. Zgłaszając ją na stanowisko muhjah, uważał to za ciepłą i bezpieczną posadkę, ograniczoną do papierkowej roboty oraz debat przy stole. Minęło tyle czasu, odkąd ktoś je w Anglii piastował, iż niewielu pamiętało, na czym właściwie polega rola nadludzkiego doradcy królowej. Zadaniem Alexii istotnie było równoważyć autorytarne zapędy potentata i obsesję militarną dewana, lecz ponadto – jako osoba niezwiązana z konkretnym miejscem lub watahą – miała aktywnie zbierać dane. Dowiedziawszy się prawdy, lord Maccon mało nie dostał apopleksji. Ogólnie biorąc, wilkołaki gardziły szpiegostwem, uważając je za plamę na honorze i domenę wampirów. Oskarżył nawet Alexię, że jest „trutniem królowej”. Dla rewanżu przez cały tydzień spała w najbardziej pancernej koszuli nocnej.
– A komu innemu miała je przydzielić?
– Ależ najdroższa, tu chodzi o twoje bezpieczeństwo. Jeśli to faktycznie broń albo spisek…
Lady Maccon prychnęła z niesmakiem.
– Pragnę zauważyć, że ja nie ucierpiałam. Ja jedyna uszłam bez szwanku i nie wyczuwam w sobie żadnej zmiany. No, ja i ten drugi. Właśnie… potentat powiedział wczoraj coś ciekawego.
– No popatrz. Kto by pomyślał.
– Wspomniał, że według kronik jest istota gorsza aniżeli pożeracz dusz. Albo była. Nic ci o tym nie wiadomo, prawda? – Bacznie przyjrzała się mężowi.
W jego piwnych oczach błysnęło nieudawane zdziwienie. Tu przynajmniej nie miał w zanadrzu gotowej odpowiedzi.
– Pierwsze słyszę. No ale wilkołaki i wampiry patrzą na świat z innych perspektyw. Dla nas jesteś wybawieniem, a nie pożeraczką dusz, więc nie mamy powodów do szczególnej niechęci. A dla wampirów? Od zarania dziejów krążą mity o koszmarze obecnym w nocy i w dzień. Wilkołaki nazywają go złodziejem skór. Ale to tylko mity.
Alexia skinęła głową.
Hrabia ponownie zaczął gładzić jej bok.
– Skończyliśmy? – zapytał błagalnym tonem.
Uległa, z litości, ma się rozumieć. To nie miało absolutnie nic wspólnego z jej przyspieszonym tętnem.
I z tego wszystkiego zapomniała mu powiedzieć o śmierci alfy jego dawnej watahy.

Gdy obudziła się nieco później niż zwykle, męża już nie było. Spodziewała się spotkać go przy kolacji, toteż niespecjalnie się tym przejęła. Pochłonięta obmyślaniem planu, nie traciła czasu na utarczki z pokojówką, kwitując wybór błękitnej sukni z białą koronkową lamówką oględnym: „Ujdzie w tłoku”.
Pokojówka nie kryła zdumienia takim obrotem sprawy, ale była profesjonalistką w każdym calu, toteż w zaledwie pół godziny Alexia znalazła się w jadalni, odziana wytwornie, acz nieco démodé jak na swój gust.
Pozostali siedzieli już przy stole. „Pozostali”, czyli zarówno stali domownicy, jak i nowo przybyli, połowa clavigerów oraz nieznośny major Channing – w sumie około trzydziestu osób. Nieobecność pana domu wysuwała się na pierwszy plan, nawet w tłumie.
Osamotniona lady Maccon usiadła obok profesora Lyalla, śląc mu na powitanie oszczędny półuśmieszek. Beta jeszcze nie zaczął jeść, racząc się filiżanką herbaty i lekturą wieczornego dziennika.
Zaskoczona jej przybyciem reszta biesiadników dźwignęła się z krzeseł. Alexia machnęła ręką, żeby usiedli, więc z hałasem powrócili na swoje miejsca. Tylko profesor Lyall podniósł się, skłonił i zasiadł z powrotem z wdziękiem baletmistrza. Nie gubiąc przy tym czytanej właśnie linijki.
Lady Maccon nałożyła sobie cielęce ragoût oraz kilka placuszków jabłkowych i zaczęła jeść, aby inni przy stole przestali się krygować i pałaszowali dalej. Doprawdy, bycie damą z dwoma tuzinami dżentelmenów pod jednym dachem bywało wielce uciążliwe. Nie mówiąc o setkach stacjonujących obecnie przed domem. (…)