Strona główna / Literatura światowa / Kochanie, chcę Ci powiedzieć

Aktualności

28.10.2021

Małgorzata Gutowska-Adamczyk w Mińsku Mazowieckim

W czwartek 28 października o godz. 18:30 zapraszamy do Miejskiej Biblioteki Publicznej w Mińsku Mazowieckim (ul. Piłsudskiego 1a) na spotkanie z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Osiedle Sielanka. Sąsiedzi".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.10.2021

Rozmowa z Kasią Bulicz-Kasprzak

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Kasią Bulicz-Kasprzak, autorką książki "Zielone pastwiska".

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  3. Dubaj krwią zbudowany Marcin Margielewski

Kochanie, chcę Ci powiedzieć

Louisa Young

Moja droga


Chcę ci powiedzieć, zanim przyjdzie jakikolwiek telegram, że zostałem przyjęty do 36. Punktu Medycznego B.E.F.

dnia…………….. z lekką poważną raną w moim…………………………..

Leżę teraz wygodnie w łóżku i zajmują się mną najlepsi chirurdzy i pielęgniarki.
Wkrótce napiszę do Ciebie i powiem, jak się czuję, ale nie pisz do mnie na ten adres, gdyż wkrótce opuszczę Bazę.

Twój kochający


Prolog

Francja, 7 czerwca 1917 r., godz. 3.10 nad ranem

To była ciepła noc. Letnia. Spokojna jak wszystkie takie noce.
Przeraźliwy ryk eksplozji był tak nagły, tak rozdzierający materię powietrza i ziemi, że wstrząsnął każdą sponiewieraną czaszką i każdym zdumionym mózgiem wewnątrz każdej z nich, wypychając każdą ocalałą myśl. Ryk wprawiał w wibracje błony bębenkowe i w drżenie wątroby; biegł pod skórą, tworzył przeciwfale krwi w żyłach i arteriach, wrzynał się w kanaliki gąbki szpiku kostnego. Ściskał serca, łamał zęby i odbijał się echem w synapsach i przestrzeniach międzykomórkowych. Ludzie stawali się częścią hałasu, tonęli w nim, rozczłonkowani przezeń, nasączeni. Byli nim. On był nimi.
Wszyscy zdążyli do niego przywyknąć.

W Londynie Nadine Waveney, wybita z otępiającego półsnu, jaki pojawia się nad ranem podczas nocnego dyżuru, usłyszała wyciszone przez odległość wybuchy. Zeppeliny? Tutaj?, pomyślała przez jedną zdumioną chwilę. Spojrzała do góry; twarz miała tak samo bladą jak płomień stojącej obok lampy naftowej.
Jean przytruchtała z pokoju obok.
– Słyszałaś to? – wysyczała.
– Tak – powiedziała Nadine z szeroko rozwartymi oczami.
– Francja! – syk się powtórzył. – Wielkie bum!
I wyślizgnęła się przez drzwi.
Słodki Jezu, żeby tylko nie było tam Rileya, pomyślała Nadine.

W hrabstwie Kent Julia Locke usiadła wyprostowana na łóżku. Jeszcze zanim całkiem się rozbudziła, ujrzała otwarte drzwiczki kredensu. Och, grzmot, pomyślała głupio. Lecz kiedy zajrzała do niej odziana w podomkę Rose, ponownie spała głęboko.

Na Kanale wody nagle zaczęły przesuwać się tam i z powrotem, zaprzeczając naturalnym ruchom przypływu i wiatru.

W Calais grupka hulających do późna marynarzy odwróciła się i zastygła na moment.

W Étaples drzemiącemu wartownikowi gwałtownie opadła głowa; obudził się z przekonaniem, że omal nie skręcił sobie karku.
– O żesz ty – ktoś zamruczał. – Mam nadzieję, że to my, nie oni.
Dwie ruiny dalej szesnastoletnia dziwka skuliła się i znieruchomiała. Jej serce drżało i biło mocno. Trzydziestopięcioletni klient zsunął się z niej, pozbawiony sił i jakiejkolwiek myśli, jako że jego krew pulsowała w zupełnie innym miejscu ciała.

Za Paryżem, śpiący na worku wysiedlony wieśniak nawet nie raczył się obudzić. Owce, gorzej poinformowane, spanikowały i biegały wte i wewte. Ich pasterze także wcale się nie przejęli.

Pośrodku szczerego pola tkwiło wbite na sztorc pianino, otwarte i gnijące od października 1914 roku.

W linii odwodu ci, którzy spali, obudzili się, ci, którzy siedzieli przy wilgotnych koksiakach – podskoczyli, ci, którzy zerwali się na równe nogi i podskoczyli, byli ściągani w dół przez towarzyszy, klnących i wydających zduszone okrzyki w rodzaju: „Do kurwy nędzy, człowieku!”. Australijscy saperzy uśmiechali się i palili papierosy; to oni wykopali tunele pod niemieckimi liniami i położyli niemal trzydzieści ton min. Może i było to niedżentelmeńskie, jak na działania wojenne, lecz w końcu to tamci zaczęli, obrzydliwym, śmiertelnie zabójczym gazem. A poza tym – było skuteczne. I nikogo nie obchodziło nic więcej.

W okopach alianci dygotali w takt dygotu ziemi pod stopami tak długo, aż ziemia pozwoliła im znieruchomieć. Powyżej stado szpaków zerwało się do lotu i krążyło, zderzając się, jak mgławica czerni na błękicie. Poniżej biegały tłuste szczury.

Po drugiej stronie ziemi niczyjej żołnierze wzlatywali w powietrze i spadali, i ziemia wzlatywała w powietrze i opadała; i grzebała ich, czy byli martwi, czy nie.

I niemiecka artyleria odpowiedziała ogniem, i to wszystko się podwoiło, i poczworzyło, w wykładniczym bezmiarze. A w Berlinie żony i narzeczone – na nocnych dyżurach i w łóżkach – usiadły wyprostowane.

Locke i Purefoy byli na to przygotowani. Ta noc miała w sobie pewną nerwowość, nerwowość, która podpowiadała, że coś nadchodzi. Coś jeszcze, coś ponad zwykłą ohydę. Wszyscy znajdowali się w stanie przytępionej czujności, więc kiedy to się zaczęło, wywołało szok. Jak zawsze.
Locke stał przy zakrytym drelichem wejściu do piwnicy, paląc papierosa i nucąc cicho komponowaną przez siebie piosenkę o nietoperzach.
Purefoy patrzył przez peryskop na stanowisku ogniowym, myśląc o Ainsworcie, Couchu, Ferdynandzie i Dowlandzie, i o bracie Dowlanda, i Bloomie, i Atkinsie, Burdocku, Taylorze, Westerze i wszystkich pozostałych. Recytował ich nazwiska, wszystkie nazwiska, jakie mógł sobie przypomnieć, i ich cechy, i próbował sobie przypomnieć ich twarze, ich głosy, ich imiona i ich zachowania, i jak zginęli, i kiedy, i gdzie.
A kiedy w oddali – jedna po drugiej – wybuchły miny, z niechlujnej i zapiaszczonej konstrukcji drewnianego zadaszenia odpadły prosto na ich stolik do herbaty okruchy ziemi. Locke chwycił się za głowę, łokcie przycisnął do uszu. Wrzasnął, głośno, bez słów, po czym opuścił ramiona i wkroczył do okopu. Purefoy szedł już wzdłuż linii, żartując i poklepując mężczyzn po ramionach.
W odpowiedzi na atak nadleciała ściana pocisków. Jeden z nich uderzył u stóp nasypu. Purefoy, Locke i ich towarzysze rzucili się w dół, w swojskie błoto ich okopu, tego głębokiego na niemal dwa metry, znanego do obrzydliwości schronienia, i kryjąc się pod przedpiersiem, dzielili ze sobą owo szczególne poczucie bezpieczeństwa wynikające z wiedzy, że oto najgorsze właśnie się stało.

Rozdział 1

Londyn, przed Bożym Narodzeniem, 1907 r.

W piękny dzień, pełen doskonale białego śniegu, czystego błękitu nieba i podekscytowania, jakie mogą czuć wyłącznie dzieci, Noel, kuzyn Nadine Waveney, rzucił śnieżką w Ogrodach Kensington. Uderzył nią w mniejszego chłopca, którego nie znał; trafił z plaśnięciem w twarz. Chłopiec nabrał powietrza, krzyknął i stracił równowagę, opadając na niepewną powierzchnię lodu pokrywającego Okrągły Staw. Nadal krzycząc, chłopiec ów – Riley Purefoy – przebił cienką zamarzniętą warstwę i jeszcze raz krzyknął, próbując złapać powietrze; strząsał z siebie breję i lodowatą wodę, aż jego włosy stanęły sztorcem na końcach. Śmiał się do rozpuku. Noel, który był większy, gapił się na niego niepewnie. Stojąca nieco z tyłu Nadine się uśmiechnęła. Podobało się jej, że mniejszy chłopiec się śmieje. Widziała go już wcześniej w parku. Zawsze gdzieś się wspinał, wdrapywał, coś zbierał. Raz spotkali się twarzą w twarz w połowie kasztanowca, ukryci głęboko pośród liściastych gałęzi. We włosach miał gołębie piórko, niczym indiański wojownik. Wtedy też się śmiał.
Jacqueline Waveney, dobrze ubrana, o wysokich kościach policzkowych, nieśmiało skłaniająca się ku bohemie, nalegała, żeby zabrać Rileya do domu, ogrzać go i osuszyć. Mieszkali niedaleko – zaraz po drugiej stronie Bayswater Road, za bramą parku.
– Wszyscy tu przychodzą, jeśli wpadną do wody – powiedziała mu, kiedy szli do bramy. – Albo kiedy przemoczy ich deszcz. Jesteśmy pierwszym przystankiem dla ludzi, którym przydarzyły się kłopoty w parku.
Jej uśmiech był ciepły, a akcent dziwny. Francuski, chociaż wtedy Riley tego nie wiedział.
Dom wydał mu się ogromny, jakkolwiek według jego mieszkańców był całkiem mały. Chłopca zaprowadzono przez hall do salonu, „suszarni”, jak powiedziała
Jacqueline. Riley patrzył na wysoki sufit, kremowe panele, welwetowe sofy, ciepły ogień w kominku z kafli w kolorze pawiej zieleni. W salonie pani Waveney kazała go owinąć ręcznikiem, a jego ubranie zabrać i powiesić na boilerze. Dano mu gorącą czekoladę do wypicia i jakieś suche ubranie do nałożenia, zdecydowanie zbyt duże. Wszyscy stali wokół, zauważając – choć nic sobie z tego nie robiąc – że jest naprawdę zwykłym małym chłopcem.
Noelowi było strasznie przykro, co wyartykułował z galanterią.
Spójrzcie na to biedactwo, pomyślała pani Waveney. Moglibyśmy podarować mu to ubranie.
Jej mąż Robert, znany dyrygent, zajrzał do środka.
– Witaj – powiedział (czy coś w tym rodzaju). – Co się stało?
Riley wiedział, kim jest mężczyzna. Często widywał go, jak przemierzał park, idąc do Albert Hall. Widział jego zdjęcia w „Wiadomościach Ilustrowanych”.
Nadine, której miodowe oczy były skośne jak u niegrzecznego elfa, spojrzała nań i się uśmiechnęła.
Riley patrzył na przyjacielską rodzinę, jej sławnego ojca, opiekuńczą służącą, na obrazy na ścianach, fortepian, książki na półkach, uśmiechającą się dziewczynkę. Było tu zupełnie inaczej niż w jego domu – chociaż jego dom był bardzo przytulny i byli w nim jego rodzice, i jego młodsze siostrzyczki, i rodzina, którą kochał i ignorował – z wyjątkiem taty (jako że ten dał mu na Boże Narodzenie zegar w kształcie konika polnego i nadal mógł go podrzucać w powietrze). Był strażakiem i mówił: – Nie myśl o brygadzie strażackiej, Riley. To dobra praca, ale ciebie stać na coś lepszego.
Riley nie czuł się ani onieśmielony, ani zawstydzony. Nie miał wrażenia, że jest w niewłaściwym miejscu. Smakował gorącą słodką czekoladę i rozglądał się wokół odważnie, i wiedział, że właśnie o tym mówił jego tata. Coś lepszego.
Ubranie chłopca nie wyschło i Jacqueline, która myślała o nim, że jest słodki, z jego błyszczącymi oczami i kręconymi włosami, zaproponowała, żeby przyszedł po nie następnego dnia. Jego matka, Bethan, kobieta o pryncypialnych poglądach, oddana sprawie idei niepodległej Walii, upiekła w podziękowaniu blachę ciasteczek. A Riley miał pamiętać, aby przynieść blachę z powrotem.
– Nie wiem dlaczego – powiedział jego ojciec, John. Siedział w podkoszulku na kuchennym krześle i czytał gazetę; szelki opinały jego szerokie ramiona. – To ich chłopiec wrzucił Rileya do stawu.
– Tego wymagają dobre maniery – powiedziała Bethan. – Riley, podejdź od kuchennych drzwi, dobrze, kochanie? I uważaj na nich! – zawołała.
Klasa średnia zawsze czegoś chciała od ludu pracującego. Jakby nie mieli dosyć. Nie, żebym tego chciała; wymyślności, stwierdziła Bethan. Była znana z tego, że śmiała się głośno na ulicy ze sposobu ubierania się lepszych klas, doprowadzonego do absurdu. Patrzyła uważnie, z lękiem, jak jej jedyny syn idzie ulicą, żeby odwiedzić inny świat. Nie zakocha się w nim, prawda? Nie przyjdą mu do głowy głupie myśli i żale? Nie chcemy tego – więc i on nie będzie chciał. Wychowaliśmy go dobrze… Uświadomiła sobie, że pobłogosławiła go po cichu, kiedy znikał za rogiem.
John przewrócił oczami. Bethan była zafiksowana na klasę średnią. Bała się jej, chciała mieć to, co jej przedstawiciele, udając, że wcale tak nie jest. Żywiła urazę do posiadaczy, że posiadają, a do tego wszystkiego odczuwała pełną furii, zadzierającą nosa dumę, że jest kobietą pracującą, która nie czuje potrzeby, żeby mieć cokolwiek.

* * *

Riley nie sądził, że są tu tylne drzwi, chyba żeby wejść w boczną alejkę. Poszedł zatem prosto do drzwi frontowych. Przybył w tym samym czasie, co i inny gość – starszy mężczyzna z brodą, w płaszczu z czarnego aksamitu wyświeconym od wieloletniego używania. Otaczał go intrygujący wszechobecny zapach terpentyny. Przez moment Riley pomyślał o słowach matki i się zawahał, lecz mężczyzna powiedział: – Witaj, młodzieńcze! – i weszli razem.
Riley, którego nauczono wierzyć, że wytworni ludzie są oschli, był zaskoczony.
– Witaj, Rileyu! – zawołała pani Waveney. – Czy te ciastka są dla nas? Mmm, jakie to miłe. Noel, kochanie, Riley przyszedł! Zadzwoń po Bernesa, proszę, i poproś o herbatę.
Riley wkrótce ich rozpracował. To dlatego, że są nie tylko wytworni, ale że są artystami. Podczas niedzielnych przechadzek po Ogrodach Kensington Bethan z przyjemnością wskazywała mu różne typy wytwornych ludzi i mówiła, jacy oni są śmieszni. Johnno Złodziej robiłby podobnie, osądzając, która kieszeń warta była obrobienia na stacji Paddington. Riley ocenił aksamitny płaszcz starszego mężczyzny, ciemnorude kędziory pięknej kobiety, zaproszenie chłopca z nizin do ich bardzo wygodnego pięknego domu, pełnego obrazów i dziwnych przedmiotów, zakrzywionego lśniącego sztyletu wiszącego na ścianie, maleńkich kremowych słoników w szafce za oszklonymi drzwiami. Zdecydowanie artyści. Bethan uśmiechałaby się szyderczo, gdyż tata zabraniał jej śpiewać, kiedy była dziewczynką, a Johnno pozwoliłby im przejść, gdyż tacy jak oni nigdy nie mieli przy sobie zbyt dużo pieniędzy.
– Siniak! – powiedział Noel z zazdrością i dotknął palcem kości policzkowej Rileya.
Milcząca dziewczynka znów się do niego uśmiechnęła, a Riley odpowiedział jej tym samym. Byli w trakcie dekorowania jodłowego drzewka wstążkami, lśniącymi pomarańczowymi owocami i szklanymi kulami. Riley widział takie rzeczy na wyjątkowo wspaniałych wystawach Selfridge, nowego pałacu przepychu, z którego przegoniono go dwa dni temu. To drzewko tutaj nie było może zbyt duże, lecz jego barwy wywołały błysk w oku chłopca.
– Chodź i pomóż nam – powiedziała pani Waveney.
– Czy twoje małe palce potrafią to zawiązać?
Podała mu przezroczystą, okrągłą szklaną kulę, lekką jak słoneczne światło, czystą jak bańka mydlana.
– Gdzie mam ją powiesić? – spytał.
– Gdzie chcesz, kochanie – odpowiedziała.
Popatrzył na drzewko. Szklane kule huśtały się na gałązkach ciemnej jodły, zwisające i błyszczące. Różowe jak płatki róż w nasłonecznionym miejscu ogrodu w pobliżu oranżerii, bladozielone jak listki lipy na wiosnę, niebieskie jak błysk pod skrzydłem kaczki krzyżówki na Okrągłym Stawie. Zbyt wiele tkwiło przy szczycie. Sprawdził, ile jeszcze zostało w pudełku. Wystarczy, żeby udekorować całe drzewko. Ostrożnie owinął złoty drucik przezroczystej kuli wokół gałązki pośrodku, całkiem głęboko. Będzie odbijała światło i równoważyła kolory. Machinalnie odwiązał kilka z nich i przeniósł niżej.
Starszy mężczyzna obserwował Rileya, uśmiechając się, ciesząc się jego zaangażowaniem. Zauważył jego płaską twarz o szerokich policzkach, jego niestarannie przycięte kręcone włosy, ciemne oczy, zraniony wzrok.
Wypili herbatę, zjedli ciastka z dżemem. Jacqueline rozbawiło, że Riley się nimi opychał. Wielu chłopców czułoby się zobowiązanymi do powstrzymania apetytu ze względu na okoliczności.
Kiedy nadszedł czas powrotu Rileya do domu, Robert Waveney powiedział kurtuazyjnie:
– Riley, sir Alfredowi spodobała się twoja twarz. Chciałby ją uwiecznić, obdarzyć nią kozionogiego fauna. Co o tym myślisz? Czy potrafiłbyś usiedzieć nieruchomo wystarczająco długo, żeby mógł cię namalować? Pewnie dostałbyś szylinga.
Riley zobaczył otwierającą się przed jego oczami bramę do okazji. Za nią dostrzegał Lepsze, lśniące w oddali jak niebiańskie lilie.
– Oczywiście, że mógłbym, panie Waveney – powiedział.

Rozdział 2

Rozdział 2 Londyn, 1907–1914

Riley, Waveneyowie i sir Alfred mieszkali w tej części Londynu, która – pomiędzy jedną ulicą a drugą – jakoś nie mogła się zdecydować, czy być zamożną, czy biedną. Dom Rileya stał przy kanale; jeden z szeregu niewielkich robotniczych domków, wilgotnych, z podwórkiem, na którym znajdowała się wygódka. Dwie minuty drogi dalej była stacja Paddington, przez którą przejeżdżało całe Imperium, obserwowane pod kątem kradzieży przez Johnno, a przez Rileya z powodu zwykłej ludzkiej ciekawości. (Riley nie okradał kieszeni podróżnych. Obiecał to swojej matce.) O pięć minut dalej znajdowały się Ogrody Kensington, z wysokimi drzewami i gładkimi trawnikami, dziećmi w rozwianych podczas skoków białych płaszczykach i nianiami w uniformach, rzucającymi się za nimi w pogoń. Gdy Riley szedł tam z Johnno, przeganiała ich parkowa straż. Jeśli przychodził sam i był sprytny, mógł bawić się tam cały dzień, obserwując kaczki, wspinając się na drzewa, nurkując i brodząc w Serpentine, studiując posągi, ukrywając się, szpiegując ogrodników.
Wzdłuż północnej strony parku stały piękne domy: georgiańskie wille z magnoliami w rozległych ogrodach, wysokie rezydencje o białych frontonach ze sztukateriami, zwariowane apartamentowce jak z bajki, wysokie na sześć pięter, z zaokrąglonymi balkonami i studiami, ozdobione wykuszowymi oknami umiejscowionymi pod najdziwniejszymi kątami. Dom Waveneyów był pierwszym, do którego wszedł Riley. Dom sir Alfreda na Orme Square był drugim. U Waveneyów zakochał się w wygodzie; u sir Alfreda najpierw była Messalina – żółty dog niemiecki, tak wielki, że mógłby pociągnąć wózek – o satynowo-czarnych faflach i drżących łapach. Potem były farby: ich kolory, zapach i bogata, oleiście błyszcząca wspaniałość. No i obrazy: heroiny i nędzne służące, rycerze w lśniących szarosrebrnych zbrojach, owinięte girlandami kwiatów i kokardami włosy splecione w warkocze, szmaragdowe wodorosty chwiejące się pod wodą, ubrania z materii tak cienkiej, że można było dostrzec pod nią jaśniejące woskowobiałe ciało, przebłyski przepastnego błękitnego nieba… Wszystko stworzone farbami; wydawało się, że z wnętrza płócien emanuje światło. Całość sprawiała wrażenie rzeczywistego świata, absolutnie realnego, ale o wiele, wiele lepszego. Riley niemal nie wierzył, że takie cuda mogą być tworzone z gęstych kolorowych mieszanin pigmentów i olejów wyciśniętych z ołowianych tub.
No i była pani Briggs, o zaciśniętych ustach i umyśle blisko Boga, która dawała mu ciasto i gorącą herbatę.
Riley wiedział doskonale, że to nie był jego świat. Domyślił się, że jeśli nie będzie działał ostrożnie, zniknie z niego tak szybko, jak szybko został weń wciągnięty. Gdyby ktoś przyjrzał się bliżej wyrazowi twarzy młodego fauna spowitego girlandami winorośli, stojącego po lewicy Bachusa na słynnym obrazie sir Alfreda Menady na Bachanaliach, mógłby dostrzec źle ukrytą kombinację desperackiej żądzy, radosnej przyjemności i przebiegłej determinacji.
– Jaki obraz będzie pan teraz malował, sir? – spytał z bijącą w oczy, przejrzystą obłudą.
– Dzieciństwo rycerzy okrągłego stołu – odparł sir Alfred z rozbawieniem.
– A czy któryś z nich nie wygląda choć trochę jak ja? – spytał Riley i przybrawszy właściwy szlachetnie urodzonym wyraz twarzy, odwrócił się nieco ku światłu.
Niemal rozpłakał się z radości, gdy sir Alfred zgodził się, że jego twarz doskonale pasuje do młodego sir Gawaina przedzierającego się przez kolczaste krzewy na spotkanie z Zielonym Rycerzem, co wymagało kilku dodatkowych tygodni obecności modela.
Riley znalazł wiele sposobów, żeby udowodnić swoją użyteczność sir Alfredowi, jego różnym ulubieńcom i pani Briggs. Było tego mnóstwo: sprawy do załatwienia, porządkowanie, zanoszenie i przynoszenie różnych rzeczy, kopiowanie, ostrzenie, wyrównywanie, wspinanie się na wyższe półki, do których ani sir Alfred, ani pani Briggs nie mogli dosięgnąć. Każdego dnia, czy pozował, czy nie, przybiegał po szkole – na wypadek, gdyby sir Alfred potrzebował kogoś oprócz pani Briggs. A on potrzebował zawsze: kogoś, kto by pobiegł do sklepu z materiałami malarskimi, wyprowadził Messalinę, pobiegał i pobawił się z nią w parku, kogoś, kto by posprzątał studio bez ruszenia – nie tak, jak pani Briggs – czegokolwiek z miejsca, kogoś, kto usiadłby i zapozował anonimowym młodym ramieniem czy stopą, kogoś, kto nie miał nic przeciwko temu, żeby nim rządzić, kto uwielbiał słuchać, jak starszy mężczyzna opowiada mnóstwo historii, kto był młody i silny i uwielbiał się uczyć, jak przygotowywać płótna, i nie było w nim odrobiny próżności – tak charakterystycznej dla studentów malarstwa. Po kilku miesiącach pani Briggs, która lubiła, żeby wszystko było na swoim miejscu, zauważyła, że status Rileya nie został do tej pory uregulowany i że chłopcu powinno się płacić za jego pracę. Po tym, jak włamywacz ukradł biżuterię zmarłej matki sir Alfreda, zdecydowano, że chłopiec powinien z nimi zamieszkać jako dodatkowe zabezpieczenie. (Riley był całkowicie świadomy ironii tej sytuacji.)
Bethan i John zostali zaproszeni przez panią Briggs na herbatę do kuchni, gdyż przecież nie zatrudniano służącego. Riley, jedynie na wpół świadomy, że to niewłaściwe, zaciągnął ich na górę, żeby poznali sir Alfreda i żeby zobaczyli jego studio i dzieła. John uznał obrazy za piękne, a sir Alfreda za dżentelmena, więc powiedział ostrożnie:
– Jeśli nadal będzie chodził do szkoły…
A sir Alfred odparł:
– Oczywiście, panie Purefoy. To inteligentny chłopak.
Bethan nie mówiła wiele; tej nocy płakała, ponieważ wiedziała, że została przegłosowana.
Od samego początku Riley zapisywał każde słowo, które usłyszał, a które nie było mu znajome. W niedziele, kiedy zanosił wypłatę do domu, pytał rodziców, co oznaczają te nowe słowa. Jeśli nie wiedzieli, pytał w szkole pannę Crage. A jeśli i ona nie wiedziała, przekopywał się przez wielkie, odkurzane pierzastymi miotełkami tomy Encyklopedii Britannica sir Alfreda. Lub pytał panią Briggs. Lub Nadine, która przychodziła każdej soboty na lekcje rysunku. Lub mamy i taty Nadine, kiedy ta zapraszała go do siebie – jak wówczas, gdy zaciągnęła go, żeby zobaczył nowy posąg Piotrusia Pana, który pojawił się pewnego dnia w zaroślach nad Serpentine, lśniąc brązem pomiędzy ciężkimi liśćmi; potem poszli do jej domu. Był tam sam sir James Barrie, który pił herbatę i śmiał się z wielkiego sekretu, w jakim stawiano posąg, i niespodzianki, jaką sprawił; uśmiechał się takim szelmowskim uśmieszkiem, a Riley udatnie go naśladował, i sir James powiedział, że żałuje, iż nie poznał Rileya wcześniej, bo wtedy wziąłby go na modela Zagubionego Chłopca. Riley poczuł chwilowe ukłucie zdrady wobec sir Alfreda i Sztuki na rzecz sir Jamesa i Literatury.
Lecz – co było najlepsze – mógł pytać sir Alfreda.
– Ty mała gąbko – mówił jego chlebodawca. – Ja tylko chciałem chłopca do czyszczenia pędzli, a teraz mam tu miniaturowego Rogera Frya.
– Kto to jest Roger Fry, sir? – spytał Riley.
– Nalej mi szklaneczkę whisky, a ja ci opowiem.