Strona główna / Literatura faktu, historia / Josef Mengele doktor z Auschwitz

Aktualności

30.05.2022

PIKNIK NA SKRAJU DROGI I INNE UTWORY z Nagrodą Nowej Fantastyki

Z przyjemnością ogłaszamy, że książka "Piknik na skraju drogi i inne utwory" Arkadija i Borisa Strugackich otrzymała Nagrodę „Nowej Fantastyki” w kategorii Wznowienie Roku.

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem jedną z żon Laila Shukri
  2. Sąpierz Katarzyna Puzyńska
  3. Ziobranoc, Europo Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz

Josef Mengele doktor z Auschwitz

Ulrich Völklein

Bliźnięta i karły

Selekcje więźniów, to jest dokonywanie świadomego wyboru więźniów z przeznaczeniem ich na śmierć przez zagazowanie albo zastrzyk z fenolu, a potem nadzorowanie tych mordów (jeśli nie własnoręczne ich popełnianie) były codziennym i oczywistym zadaniem każdego lekarza SS w Auschwitz. Niektórzy z nich wypełniali te zadania ochoczo, niewielu innych z widoczną niechęcią, większość zaś bez oznak emocjonalnego zaangażowania, traktując je prawdopodobnie jako uciążliwy obowiązek.

Tym, co różniło Mengelego od innych lekarzy, było osobiste i naukowe zainteresowanie więźniami, wykraczające daleko poza postawy innych jego kolegów po fachu. Jako antropolog zajmujący się problemami eugeniki znalazł on w Auschwitz tyle przypadków, jakich w tej liczbie i różnorodności nie znalazłby w żadnej badawczej placówce medycznej przez całe swoje życie. Nie mniej ważną okolicznością było to, że więźniowie byli wobec niego zupełnie bezbronni. To znaczy, mógł on bez żadnego ich oporu i nie obawiając się dochodzeń w tej sprawie ze strony kierownictwa obozu, przeprowadzać na nich dowolne doświadczenia, również zabijać albo kazać zabić, masakrować albo kroić żywcem na kawałki. Krótko mówiąc, mógł zrobić albo zlecić zrobienie wszystkiego, co mu przyszło do głowy. Mógł również korzystać swobodnie nie tylko z medycznych urządzeń obozowych, lecz również dobierać współpracowników naukowych i pomocników do swych zamierzeń spośród zgromadzonych w Auschwitz przymusowo lekarzy-więźniów, którzy liczbą i kwalifikacjami naukowymi przewyższali znacznie jego poziom, habilitanta renomowanego instytutu badawczego przed wojną.

Jeśli spojrzeć od tej strony, Auschwitz był dla Mengelego życiową szansą. Tu mógł on dokonać przełomu, bez wahania popierany, a jednocześnie wykorzystywany przez swojego mentora Otmara von Verschuera i wspierany przez pozbawionych skrupułów przełożonych. Tu mógł dać upust swojej pasji gromadzenia medycznych przypadków i dzięki zebraniu niesłychanej liczby danych stworzyć podstawy swej świetnej kariery akademickiej.

Obóz koncentracyjny stwarzał warunki, jakich poszukiwało jego niestabilne ego. Faktu, że obóz nastawiony był na uśmiercanie ludzi i że uśmiercanie to było jego zadaniem, bądź nie traktował w taki sposób, bądź godził go ze swym rasistowskim i antysemickim pojmowaniem świata. W Auschwitz coś znaczył, cieszył się uznaniem jak nigdy wcześniej w swoim życiu. Tu się go bano. Tymczasem Mengele był przekonany, że jest izolowany (z trudem nawiązywał kontakty) i że gdy potrzebuje od innych otwartości i życzliwości, budzi strach i nienawiść. To przeświadczenie nie opuściło go, wydaje się, aż do śmierci.

Antropologowi o nachyleniu etnologicznym, takiemu jak on, bardzo odpowiadało stanowisko lekarza w „obozie cygańskim” w Birkenau. W końcu mordowanie dziesiątków tysięcy ludzi było konsekwencją stopniowej likwidacji obozu, a mordowani Cyganie byli dla niego jako naukowca nie tylko obiektem badań, lecz społecznością, która w przyszłości miała w Europie zostać zupełnie unicestwiona. Nie znamy wypowiedzi Mengelego pokazującej jego nastawienie wobec Cyganów, poza jedną kłamliwą obietnicą, poświadczoną przez świadków: „Nic wam się nie stanie, jestem przecież ojcem Cyganów”

Jako naukowiec Mengele dążył do zdobycia specjalizacji, ponieważ lata wojny i służby wojskowej mogły dla jego kariery naukowej stać się czasem straconym. Kiedy wiosną 1944 roku rozpoczął w Auschwitz badania nad bliźniętami, poczuł, że trafił na swą życiową szansę. Czy badania te wynikały z jego własnych zainteresowań, czy z sugestii jego frankfurckiego promotora, von Verschuera, najsłynniejszego wtedy badacza bliźniąt, który teraz kierował berlińskim Instytutem Antropologii i Eugeniki im. cesarza Wilhelma i nadal roztaczał nad Mengelem opiekę naukową, tego się już nie dowiemy. Odpowiedź na to pytanie nie ma zresztą istotnego znaczenia. W każdym razie nie dla ofiar, a dla Mengelego tylko w tym sensie, gdyby zechciał on swemu mentorowi przypisywać moralną współwinę za swoje własne uwikłanie w zbrodnię. Panem swoich poczynań był w Auschwitz jednak on sam. Podlegał wprawdzie służbowo lekarzowi garnizonowemu SS w Auschwitz, Eduardowi Wirthsowi, ten jednak nie podzielał zupełnie satysfakcji swego podwładnego z jego antropologicznych i medycznych pomysłów badawczych.

Ważniejsze od takiego zabezpieczenia się „od góry” było dla młodego jeszcze badacza coś przeciwnego: możliwość nieskrępowanego pójścia naprzód w swoim zawodzie. Mieć równocześnie 350 par bliźniąt, z którymi można przeprowadzić wywiad lekarski, pomierzyć je i dokonać na nich doświadczeń – kiedy i gdzie mogłaby się powtórzyć jeszcze taka okazja?
W trwających do dziś sporach pomiędzy badaczami dziedziczności a socjologami o to, co w wyposażeniu człowieka jest odziedziczone (a więc uwarunkowane konstytucją psychofizyczną), a co nabyte (a więc wynikające z wpływu otoczenia i okoliczności życia), badania nad bliźniętami zyskiwały zawsze tym większe znaczenie, im słabsza była genetyka jako gałąź nauki. W nieskończonych tabelach i testach można było zaznaczać zgodności i odchylenia w fizycznym i psychicznym rozwoju bliźniąt jednojajowych, rozwijających się razem lub osobno. Stwierdzone przy tym zgodności eugenicy o orientacji narodowosocjalistycznej traktowali jako potwierdzenie tezy, że człowiek jest sumą cech odziedziczonych i pielęgnowanych zgodnie z rasą. Otwarta pozostała kwestia nieznacznych odchyleń.

Oczywiście, bliźnięta rzadko chętnie i dobrowolnie poddawały się takim czasochłonnym i wkraczającym głęboko w sferę intymną badaniom i pytaniom. Z tego względu wiarygodność i wartość takich badań przed wojną już tylko z powodu ich statystycznej zawodności budziła zasadnicze wątpliwości. Jakaż więc nadarzała się okazja dla badacza problemów dziedziczenia móc zbadać i zmierzyć gruntowniej i szerzej niż kiedykolwiek dotychczas w historii medycyny setki par bliźniąt! Zdobyty w ten sposób materiał, porządnie ułożony i przygotowany, miałby wartość na długie dziesiątki lat i zapewniłby Mengelemu znalezienie się w czołówce niemieckich badaczy genetyki.

Oczekiwania i nadzieje Josefa Mengele sięgały daleko. To jednak, co z tego było realizowane w warunkach obozu w Auschwitz, odebrało temu zamierzeniu od początku wszelką wartość naukową. Stało się, jak wszystko, co czyniono z więźniami w Auschwitz, kolejnym aktem ich katowania w tym przedpieklu śmierci.

Kiedy w marcu 1944 w rewirze chorych obozu kobiet w Birkenau Mengele zetknął się z – chorą wówczas na tyfus – lwowską antropolożką, księżną Martyną Puzyniną a z początkiem kwietnia wyciągnął ze świeżo przybyłego transportu węgierską antropolożkę, Erzsebet Fleischmann, zdobył dwie współpracowniczki i mógł rozpocząć swój program. Każdego bliźniaka poddawano ankiecie złożonej z 96 punktów, która zawierała pytania dotyczące szczegółowego opisu wyglądu zewnętrznego, historii przebytych chorób i przebiegu dotychczasowego rozwoju. Dodatkowo bliźnięta były fotografowane i prześwietlane i w odstępie tygodnia badane powtórnie, żeby móc porównać zmiany z odpowiednimi badaniami u drugiego z bliźniąt. Badaniami rutynowymi była również kontrola moczu i cotygodniowe pobieranie 30 decylitrów krwi, którą następnie przekazywano do badania laboratoryjnego w Higieniczno-Bakteriologicznej Stacji Badań Waffen-SS w Rajsku albo, w pojedynczych przypadkach, gdy chodziło o badanie specyficznych reakcji białka, przesyłano do Instytutu Antropologii i Eugeniki im. cesarza Wilhelma w Berlinie.

Oprócz tego Mengele zaplanował szereg poszczególnych badań na bliźniętach, które miały dać odpowiedź na wiele szczegółowych pytań. Rozpoczynało się niewinnie od testów inteligencji, badań neurologicznych i innych lekarskich badań specjalistycznych, przeprowadzanych przez posiadających stosowne przygotowanie lekarzy-więźniów. Potem dokonywano transfuzji krwi lub iniekcji substancjami obcymi albo zarazkami chorobotwórczymi, żeby porównać reakcje, jakie zabiegi te spowodowały u każdego z bliźniąt. Proceder prowadził jeszcze dalej, do zabiegów chirurgicznych o różnej rozległości, przeprowadzanych bez narkozy, żeby mieć porównanie reakcji na ból. Kończyło się porównawczą obdukcją obu bliźniąt po naturalnej śmierci jednego z nich w następstwie choroby, co dla drugiego, zdrowego bliźniaka oznaczało również śmierć, najczęściej przez zastrzyk z fenolu.

Niekiedy Mengele nie miał jednak cierpliwości czekać, aż interesujące go bliźnięta umrą, by dokonać sekcji zwłok. Wtedy wydawał rozkaz natychmiastowego zabicia bliźniąt albo zabijał je własnoręcznie, jeśli uważał to z jakichś powodów za pożądane do badań porównawczych. Erzsebet Fleischmann opisała w zeznaniach pewien przerażający przykład tego opętania: „Byłam świadkiem przypadku, kiedy pochodzący z Munkacs roczny niemowlak, będący jednym z trojaczków, został na polecenie Mengelego, po podaniu mu narkotyku, przecięty na oczach matki na stole operacyjnym wzdłuż na dwie części. Potem [Mengele] włożył zwłoki dziecka do walizki. Słyszałam, że zabrał te przecięte zwłoki niemowlęcia do zbadania do Berlina”. Lekarz-więzień w „obozie cygańskim” doktor Tadeusz Śnieżko opisał nieufność Mengelego wobec umiejętności manualnych, a także zapewne i gotowości do współpracy wielu lekarzy-więźniów. „Mogłem dokonywać na tych dzieciach jedynie pomiarów antropologicznych, i to tylko w obecności doktora Mengele. Zabronił mi samodzielnego ich wykonywania, a jeśli chwilowo nie było go w pokoju, kazał mi zawsze na siebie czekać”. Po pewnym czasie, jak zeznał Śnieżko, Mengele zaczął wyznaczać do badań lekarzy żydowskich.

Do lekarzy żydowskich, zatrudnionych później przez Mengelego, należał lekarz-więzień Rudolf Weisskopf, który zeznał, że „brał udział w różnych pracach jako lekarz”, nie będąc informowany, „jakiemu celowi służyły te badania”. Bliźnięta miały specjalne przywileje, jeśli były małe, miały przy sobie swoje matki i przede wszystkim dostawały lepsze pożywienie, ponieważ głód czy choroba mogłyby podważyć wiarygodność pomiarów. Z tym, że bliźnięta z powodu tych badań albo z innych powodów zostały zabite, czeski lekarz zetknął się tylko raz: „Pewnego dnia doktor Mengele wywiózł własnym autem na spacer parę bliźniaków, sześcioletniego Heinza i Dietera Schmidtów. Nigdy nie wrócili. Następnego dnia kazał zwołać [...] zebranie lekarzy i zapytał, kto badał Schmidtów, a kiedy zgłosił się doktor Beno Heller, zbeształ go za to, że ten w rozpoznaniu [napisał], że co do płuc, są zdrowi. Powiedział do wymienionego lekarza: «Pan jest złym internistą. Napisał pan, że niczego pan u nich nie znalazł, a ja stwierdziłem w obdukcji, że...» Tu urwał, bo zorientował się, że powiedział więcej, niż chciał, i w ten sposób dowiedzieliśmy się, że bliźniacy zostali zabici”.

Polski lekarz-więzień w „obozie cygańskim” Rudolf Diem najprawdopodobniej zaobserwował taki sam wypadek. Powiedział, nie wymieniając ofiar z nazwiska: „Kiedyś jedno dziecko zmarło na zapalenie płuc i wtedy drugie zostało zabite, i przeprowadzono na nim sekcję zwłok, czy u tego dziecka też pojawiły się objawy tej choroby”.

Więźniarka-malarka Maria Zombirt, zaangażowana przez Mengelego od drugiego półrocza 1943 roku do sporządzania tabel i diagramów, której zlecono również szkicowanie farbami wodnymi szczególnie rzucających się w oczy partii oczu i nosa badanych przez Mengelego więźniów, zeznała, że „bliźnięta były dla Mengelego wszystkim”. Zombirt miała obowiązek prowadzenia wykazu bliźniąt i przypomniała sobie w związku z tym, że „największą liczbą par bliźniąt w obozie była liczba 350, a w 1945 roku, kiedy znajdowałam się już w kolumnie ewakuacyjnej – 72”.

Kiedy liczba bliźniąt się zmieniała, Maria Zombirt była o tym informowana i musiała odpowiednio listę korygować. Sanitariuszka-więźniarka musiała jej zgłaszać śmierć każdego bliźniaka. Mengele natomiast wydał rozkaz, że ma być informowany o takich przypadkach natychmiast, „nawet poza godzinami normalnej pracy” przez starszą blokową. Maria Zombirt przypomniała sobie: „Zauważyłam, że w wypadku naturalnej śmierci jednego z bliźniaków po kilku godzinach dostawałam meldunek o śmierci drugiego. Zainteresowałam się tym przypadkiem bliżej i dowiedziałam się od wymienionej tu [...] sanitariuszki, że na rozkaz Mengelego drugi bliźniak został posłany na śmierć, do krematorium. Mengele zawsze brał udział w sekcji zwłok bliźniąt”.

Tadeusz Joachimowski zeznał, że również otrzymywał meldunki z izby pisarzy rewiru chorych o śmierci bliźniąt: „Charakterystyczne przy tym było, że gdy tylko zameldowano o śmierci jednego z bliźniąt, najpóźniej drugiego dnia przychodził meldunek o śmierci drugiego. Przyczyna śmierci nie była podana. W sumie było około 200 meldunków o śmierci bliźniąt, umieszczonych w bloku, na którym pracował Mengele”.
Kierownik komanda SS Erich Mussfeldt, któremu w Birkenau podlegało komando specjalne obsługujące komory gazowe i krematoria, już w 1948 roku obciążył Mengelego, mówiąc, że ten własnoręcznie zabił ośmioro dzieci będących bliźniętami: „Kiedy przyszedłem na służbę, zobaczyłem trzech lekarzy-więźniów, jak przeprowadzali sekcję zwłok tych dzieci. Zapytałem, co to za zwłoki. Lekarze odpowiedzieli, że te dzieci zostały zabite przez Mengelego zastrzykiem z trucizną, ponieważ miały cechy, które szczególnie go interesowały w związku z jego badaniami. Chodziło przede wszystkim o kolor oczu. Mengele stwierdził mianowicie, że w każdej z tych par każdy bliźniak miał jedno oko szare, a jedno niebieskie. Podczas sekcji wyjęto im gałki oczne i posłano do Berlina do zbiorów osobliwości medycznych”.
Mengelego interesowały nie tylko te rzadkie przypadki heterochromii. Kiedy u pewnego mężczyzny stwierdził szczególny garb kręgosłupa, u jego syna natomiast nie, zabił według zeznań Mussfeldta obydwu, wypreparował szkielety i posłał je do Berlina: „w celu przeprowadzenia badań, dlaczego u syna tak zdeformowanego fizycznie ojca nie ma żadnych odchyleń od normy”. Oczywiste jest, że porównanie ich szkieletów nie mogło dać odpowiedzi na to pytanie.

Klara Kasztner, jedna z tych, które przeżyły, zeznała, że Mengele, podekscytowany wielką liczbą bliźniąt znajdujących się wśród więźniów w Auschwitz, wpadł w prawdziwy amok. Oceniał więźniów jedynie przez pryzmat ich użyteczności dla swojego zbioru osobliwości: „Przy jakiejś okazji zauważyłam, że Mengele bardzo się cieszy. W każdej ręce unosił w górę jedno nowo narodzone niemowlę. Jak się dowiedziałam, bliźniaki te urodziła pewna Francuzka. Dzieci dostały wyposażenie dla noworodków, a matce zapewniono obfite pożywienie. Na drugi dzień kobieta mówiąca po węgiersku powiedziała, żebym zajrzała na salę operacyjną: tam znajdowały się pokrojone zwłoki wczoraj narodzonych bliźniąt. Wymieniona kobieta powiedziała, że Mengele własnymi rękami przeprowadził na nich sekcję”. Do kompletu danych brakowało mu widocznie tylko obdukcji porównawczej bliźniąt-noworodków...

Ponieważ liczba zabitych przeznaczonych do sekcji ciągle rosła, przewyższyło to „możliwości przerobowe” Josefa Mengele. Dlatego Mengele wyznaczył do tego zajęcia więźnia-patologa, węgierskiego lekarza Miklósa Nyiszlego, który w końcu maja 1944 na jego polecenie urządził prosektorium w pomieszczeniach krematorium I w obozie macierzystym Auschwitz. Nyiszli mówił w lecie 1945: „W pomieszczeniu do pracy obok sali do przeprowadzania sekcji czekało czternaścioro bliźniaków-Cyganów, strzeżonych przez SS, które żałośnie płakały. Doktor Mengele nie powiedział do nas słowa, przygotował jeden zastrzyk 10-mililitrowy i jeden 5-mililitrowy. Ze skrzynki wyjął evipan, z innej chloroform, znajdujący się w 20-mililitrowych słoiczkach i położył na stole operacyjnym. Potem przyprowadzili pierwszego bliźniaka, była to czternastoletnia dziewczynka. Doktor Mengele polecił mi ją rozebrać i położyć na stole sekcyjnym. Potem wkłuł się jej w żyłę przedramienia zastrzykiem z evipanem. Kiedy dziewczynka zasnęła, wymacał lewą komorę serca i zrobił zastrzyk z 10 mililitrów chloroformu. Po kilku drgawkach dziewczynka była martwa, po czym Mengele kazał ją przenieść do pomieszczenia, gdzie przechowywano zwłoki. W ten sposób tej nocy 14 bliźniąt poniosło śmierć. Doktor Mengele zapytał nas, ile sekcji zwłok zdołamy codziennie przeprowadzić. Sądził, że od siedmiu do ośmiu. Powiedzieliśmy, że przeciętnie cztery, jeśli oczekuje od nas precyzyjnej roboty. Zgodził się z tym”.
Na uśmiercanie zastrzykiem zaaplikowanym własnoręcznie w sposób czysty w pokoju zabiegowym nie zawsze Josefowi Mengele starczało czasu. Kiedy „obóz cygański” B IIe został zlikwidowany w początku sierpnia 1944, Mengele chciał początkowo zachować przy życiu czternaście par cygańskich bliźniąt. Zamierzał ich umieścić w bloku 10 obozu macierzystego, by móc na nich w dalszym ciągu przeprowadzać swoje doświadczenia. Kiedy jego przełożeni nie zgodzili się na to, wrócił z nimi i z podoficerem raportowym SS, Hertlem, do Birkenau i – jak zeznał pisarz obozowy Tadeusz Joachimowski – „udał się z bliźniętami do krematorium i tam własnoręcznie je zastrzelił”. Joachimowski: „Jak opowiadał mi dalej Hertel, Mengele rozpoczął natychmiast sekcję zwłok zastrzelonych przez siebie bliźniąt i badał ich organy płciowe. Po skończeniu sekcji, mówił Hertel, wyglądał jak krwawy rzeźnik. Następnego dnia jeden z żydowskich lekarzy obozowych opowiedział mi, że musiał zmywać krew z butów Mengelego”. (…)