Strona główna / Literatura polska / Pensjonat Sosnówka

Aktualności

10.03.2020

Opowieść o Jonaszu Kofcie Książką Roku 2019

Z przyjemnością informujemy, że książka "Jego portret. Opowieść o Jonaszu Kofcie" Piotra Derlatki zdobyła nagrodę dla najlepszej biografii w plebiscycie Książka Roku 2019 organizowanym przez serwis Granice.pl.

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

03.04.2020

Rozmowa z Izabellą Frączyk.

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Izabellą Frączyk, autorką książki "Wszystko nie tak! 2"

Bestsellery

TOP 20

  1. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  2. Dymy nad Birkenau Seweryna Szmaglewska
  3. Wszystko nie tak! 2 Izabella Frączyk

Fotogaleria

więcej »

Pensjonat Sosnówka

Maria Ulatowska

Rozdział 1

– Jasny gwint! Cholera, co to jest?! Szlag mnie chyba trafi! – Zirytowany głos Anny rozległ się gromkim echem po domu.
U jej stóp leżał wielki płat świeżego tynku, który najwidoczniej odpadł od ściany remontowanego właśnie dworku. A remontem zajmowała się najlepsza w całej gminie ekipa braci Koniecznych. Do tej pory było wszystko w porządku, a tu raptem – bum! – i wypieszczona elewacja przestała być wypieszczona.
– Jacek! Tadek! Czesiek! – krzyczała Anna. – Jest tu który? – Obchodziła budynek dookoła, ale nikt z wywołanych jakoś się nie pojawiał.
Z kuchni wybiegła natomiast przestraszona pani Malinka, jej miejscowa „prawa i lewa” ręka, jak Anna o niej mawiała.
– Nie ma Koniecczaków, pani Anulko – zameldowała Irena. – Pojechali po jakieś materiały.
– O, do diabła! Wszyscy? – Pracodawczyni była wyraźnie rozzłoszczona, pani Malinka chyba jej jeszcze w takim stanie nie widziała.
– No, bo… – wyjąkała nieśmiało – Jacka to jeszcze wcale dzisiaj nie było, a Tadzik i Czesiek coś tu chwilę robili, a potem pojechali. No, nie wiem nic więcej – tłumaczyła się z żalem.
– Niech pani tylko popatrzy, pani Irenko. – Anna wskazała ręką kawałki tynku. – Co to jest???
– O, święta Teresko! – jęknęła ze zdumieniem pomocnica, przywołując swoją ulubioną świętą, dobrą na wszystkie okazje.
Anna już wystukiwała w telefonie numer Jacka Koniecznego. Wcale go tu jeszcze dzisiaj nie było, myślała ze złością, no to ja mu zaraz…
– Jacek? – Ktoś odebrał telefon, ale ten głos nie brzmiał jak głos szefa firmy. – Florek? – zorientowała się Anna. – Tu Anna, z Sosnówki, dasz mi tatę do telefonu?
– O, ciociu Aniu, dzień dobry. – Florek, jak zwykle, objawił dobre wychowanie, choć przez ostatnie dwa lata wychowywał go tylko ojciec. No i dziadek oraz wujkowie. Mama odeszła w siną dal, wybierając inne życie, w którym dla synka nie było miejsca. – Ciociu, taty nie ma, a telefon zostawił w domu, bo zapomniał go wziąć – tłumaczył chłopiec z przejęciem. – Czy mam coś przekazać? – Wiedział, jak prowadzić rozmowę.
– Dzień dobry, kochanie. – Głos Anny złagodniał. Znała historię Florka i bardzo go lubiła, zresztą z wzajemnością. Udało jej się jakoś dotrzeć do malca i zdobyć jego sympatię. – Powiedz tylko tacie, że dzwoniłam i bardzo pilnie proszę o telefon. Całuję cię mocno.
W tym momencie pod ganek podjechał samochód, z którego wyłonił się Jacek Konieczny. Otworzył usta, chcąc zapewne przywitać się z Anną, spojrzał przed siebie i powiedział chyba nie to, co zamierzał.
– O, żebyż to! Kur… – Ugryzł się w język.
– Nie krępuj się, dokończ – odrzekła zgryźliwie. – Ja myślę to samo. Widzę to, dzwonię do mojego mistrza od remontów, odbiera jego syn, mówiąc mi, że tata zostawił telefon w domu. Braciszkowie gdzieś zniknęli, a tu co? Wali się, cholera! Za pięć minut otwieram pensjonat. Chyba muszę mu zmienić nazwę na Sosnowa Ruina albo coś podobnego – syczała rozwścieczona „dziedziczka”.
Jacek odruchowo złapał się za kieszeń, w której zazwyczaj nosił komórkę. Telefonu nie było… No tak, pomyślał, a ja się dziwię, że Tadek nie dzwoni. Obejrzał z bliska wyrwę w świeżym tynku i pokręcił głową, mrucząc coś do siebie.
– Nie denerwuj się. – Podszedł do Anny. – Zastosowali zły podkład. Zastosowaliśmy – poprawił się zaraz. – Ale zdążymy ze wszystkim przed otwarciem, przyrzekam. Jeśli pozwolisz mi skorzystać ze swojego telefonu, zaraz powiem chłopakom, co się stało i co mają kupić. I sprawdzę, gdzie się podziewają. Nie martw się, naprawę i koszt materiałów bierzemy na siebie.
– No, jeszcze by tego brakowało, żebym musiała do tego dopłacać – burknęła Anna, zdenerwowana i zniesmaczona tym wszystkim. A także nieco zdziwiona, bo naprawdę do tej pory wszystko szło jak po maśle i była bardzo zadowolona z pracy tercetu Koniecznych. Nie mówiąc już o tym, że między nią a Jackiem coś się chyba wykluwało. Zaczynało wykluwać, poprawiła się w myślach. Teraz jednak gotowa była rozedrzeć Jacka i jego braci na strzępy.
Zdała sobie sprawę z tego, że ta jej wściekłość ma nie tylko podłoże „remontowe”. Wściekła się tak bardzo, bo czuła się głęboko zawiedziona, że Jackowa ekipa mogła coś zepsuć. A jej się wydawało, że jak Koniecczaki u niej pracują, to robią wszystko na specjalnych prawach i musi to być – no, po prostu musi – wykonane idealnie.

Kurczę, no! U licha.

*
Na szczęście remont dworku zakończył się pomyślnie. Bracia Konieczni, wspomagani od czasu do czasu przez głowę rodu, Leona, ojca trzech budowlańców, usunęli wszelkie usterki i okazało się, że w sumie wykonali naprawdę świetną robotę. Wymienili wszystkie piony wodne, powiększyli szambo i wykonali jeszcze trzy dodatkowe doły, na potrzeby pensjonatu, którego powstanie było już zdecydowane. Anna myślała o tym od dawna, wspierana w swoim zamyśle przez panią Malinkę i Dyzia, który… ale o Dyziu za chwilę. No więc idea pensjonatu zakorzeniała się coraz mocniej, Jacek Konieczny wyrysował profesjonalne plany układu pomieszczeń i już na początku lata pokazywał Annie szkice, które bardzo jej się spodobały. Wszystko jednak rozbijało się o pieniądze, to znaczy ich brak. Anna miała jeszcze po rodzicach trochę oszczędności, które polokowała w bankach i w funduszach inwestycyjnych. Na giełdzie bała się grać, w ogóle się na tym nie znała i nie chciała ryzykować. Na remont wydała już sporo – mimo że bracia Konieczni zdecydowanie zaniżali koszty robocizny. Anna jednak nie chciała nikogo wykorzystywać i wykłócała się z nimi o normalną wycenę ich pracy.
Najdroższe były materiały i wyposażenie. Zasoby Anny powoli się wyczerpywały, a nie mogła i nie chciała dopuścić do sytuacji, że wyda wszystkie pieniądze i zostanie bez żadnego zabezpieczenia. W wydawnictwie nie zarabiała kokosów, jednak po pierwsze uwielbiała swoją pracę, a po drugie – mogła ją wykonywać wszędzie tam, gdzie można było uruchomić komputer, co dawało dużo swobody. W Sosnówce zasięg na szczęście był.
Anna długo zastanawiała się nad wynajęciem mieszkania rodziców – właściwie już od dawna należącego do niej – ale jakoś zawsze myślała o nim jak o mieszkaniu rodziców. Znajomi namawiali ją, aby wreszcie się na to zdecydowała, tłumacząc, że skoro postanowiła osiąść na stałe w Sosnówce, to po co takie mieszkanie ma stać puste. Górny Mokotów to świetna lokalizacja, tamtejsze nieruchomości miały wysoką wartość, ceny za wynajem także osiągały górny pułap. Annie jednak żal było cennych mebli z Bydgoszczy, które zabrała do Warszawy jej mama po śmierci swoich przybranych rodziców. Wiadomo, że lokatorzy na ogół o cudze rzeczy nie dbają, a uszkodzenia przedwojennej gdańskiej biblioteki, bardzo cennej i przepięknej, Anna chyba by nie przeżyła. Boguś wprawdzie zaproponował, że przechowa bibliotekę u siebie, ale jego mieszkanko przy Świętokrzyskiej, choć dwupokojowe, miało raptem niespełna czterdzieści metrów i taka biblioteka zajęłaby pół „dużego” pokoju.
I dopiero Tomek, długoletni, jeszcze z czasów studenckich, przyjaciel Anny, wpadł na oczywisty pomysł, który nie wiadomo czemu jakoś nikomu nie przyszedł do głowy.
– Anuśka – powiedział – a czemu nie miałabyś tej biblioteki i jeszcze paru rzeczy przewieźć do Sosnówki? Przecież, skoro chcesz tam mieszkać, powinnaś mieć ładne i wygodne meble. A na Marzanny kupisz jakieś regały i okey.
– O matko, Tomeczku, jesteś wielki! – zachwyciła się Anna. – Że też nikt na to nie wpadł do tej pory!
– Na to, że jestem wielki? – zażartował ucieszony pochwałą Tomeczek.
Urządzili więc wielką przeprowadzkę. Bibliotekę trzeba było rozebrać, a potem pieczołowicie złożyć, ale Tomek z Henryczkiem i Jackiem doskonale dali sobie z tym radę. Przewieźli też wszystkie książki Anny. Panowie stolarze artystyczni z Warszawy, czyli właściciele firmy stolarskiej „Hebel” – Tomek i Henryk – zabudowali półkami od podłogi po sufit jeden pokój w części mieszkalnej Anny. Zmieściły się tam prawie wszystkie książki. W pokoju „książkowym”, tym z półkami, stanęło też duże stylowe biurko Anny, a na nim na centralnym miejscu laptop, a także oczywiście drukarka, skaner i kopiarka, trzy w jednym. Jedynym nowoczesnym meblem był tu profesjonalny, ergonomiczny fotel komputerowy.
W rogu znalazł miejsce wielki wygodny fotel klubowy, obok niego stara lampa z dużym skórzanym abażurem i mały stolik, w sam raz na książkę i kubek z kawą.
W drugim pokoju stanęła przepiękna autentyczna gdańska biblioteka, okrągły stół i cztery krzesła. Na przeciwległej ścianie ustawiono kanapę kupioną przez Annę w dużym domu meblowym w Towianach. Kanapa miała bardzo ładne pokrycie z materiału w miodowo-oliwkowym kolorze, wytłaczanego w liście i motywy roślinne. Obok kanapy usadowił się duży fotel od kompletu, pokryty tym samym materiałem, a między nimi ulokowała się mosiężna lampa stojąca. Czytać można więc było zarówno w łóżku, jak i na fotelu. I oczywiście w „pokoju książkowym” także.
W pokoju z kanapą, w rogu przy oknie stanęła jeszcze szafka, na której królował dość spory telewizor, pod nim umieszczono zestaw DVD i miniwieżę stereo. W szafce były przegródki na płyty CD; Anna miała duży zbiór płyt z muzyką klasyczną, innej w zasadzie – poza Abbą i Beatlesami – nie uznawała; no, może jeszcze lubiła Skaldów, których obecnie chyba mało kto jeszcze pamięta. Anna była jednak w swoich gustach muzycznych nieco… staroświecka.
Szafy na ubrania i różne domowe drobiazgi znalazły miejsce w przedpokoju prowadzącym do prywatnego mieszkania.
Tak więc wyglądało królestwo właścicielki pensjonatu. Wszystkim bardzo się podobało, a najważniejsze, że bardzo podobało się Annie. Było tu ładnie i wygodnie.
Skoro już zniknęła obawa, że rodzinne meble mogą ulec zniszczeniu, Anna zdecydowała się wynająć mokotowskie mieszkanie. Kupiła tam jakiś niedrogi komplet i dała ogłoszenie do gazety. Jednak tak się szczęśliwie złożyło, że w zasadzie żadne ogłoszenie nie było potrzebne, bowiem znajomi przyjaciółki Anny, Małgosi, budowali dom poza Warszawą, mieli już gotowy stan surowy, ale brakowało im pieniędzy na wykończenie. Swoje mieszkanie już sprzedali, uzyskane pieniądze przeznaczyli na budowę, ale musieli przecież gdzieś się podziać. Planowali, że prace wykończeniowe potrwają mniej więcej rok i na ten okres szukali jakiegoś lokum. Od razu dogadali się z Anną, gdyż mieszkanie przy Marzanny bardzo im odpowiadało, jako że niedaleko mieszkali rodzice Konstancji, znajomej Małgosi. Anna też się ucieszyła, że oddaje swoją własność w dobre ręce. Zapłacili z góry za cały rok, co Annę bardzo urządzało. Mieli też we własnym zakresie opłacać wszystkie należności. Małgosia zaś zobowiązała się do comiesięcznej kontroli regulowania bieżących rachunków.

*
do: malgagoska@neostrada.pl
Małgoniu, przesyłam Ci kilka zdjęć mojego nowego domu. Zobacz, jak wszystko pięknie się poustawiało i jak świetnie dali sobie radę moi warszawscy stolarze. Mam teraz mieszkanko tak wygodne, jak w Warszawie, a dzięki wynajęciu mieszkania warszawskiego – przy Twojej pomocy – zdobyłam parę groszy na inwestycje pensjonatowe.
Do Jacka ciągnie mnie coraz bardziej. Tyle że on chyba tego nie zauważa, a może się boi. Wiesz, sparzył się, żona go rzuciła, więc nie można się dziwić. Ten jego Florek jest cudowny! Grzeczny, miły, ładny. Ależ głupia ta żona Jacka. Ja za takiego synka wszystko bym oddała…
Może za tydzień będę w Warszawie, bo muszę podpisać jakieś papiery w wydawnictwie. Już się cieszę na nasze spotkanie. Ściskam – Twoja A.

*

Niestety, pieniądze za wynajęcie warszawskiego mieszkania nie wystarczyłyby na uruchomienie pensjonatu. Trzeba było przecież kupić różne urządzenia do kuchni, wyposażyć pokoje, urządzić łazienki. Tak więc Anna wpadła „w otchłań rozpaczy”, naśladując swą imienniczkę i ukochaną bohaterkę książkową – Anię z Zielonego Wzgórza. Wymarzyła już sobie własny pensjonat, ale te przeklęte pieniądze… niestety, to był wielki problem.
Postanowiła jednak – jak jej druga ulubiona bohaterka – Scarlett O’Hara – pomyśleć o tym jutro.
Dzisiaj zabierała się do urządzania świąt Bożego Narodzenia. Musi tylko poprosić Dyzia, żeby wyrysował zaproszenia, i wysłać je do Bogusia i Janinki, do Wiesi, do Tomka z Henryczkiem, do mecenasa Witkowskiego z panią Krystyną, do Karola z Katarzyną, którzy zaczęli już napomykać o ślubie, czym wszystkich bardzo ucieszyli. A także do doktora Sowy-Sowińskiego z Jagodą, do Grzegorza Skalskiego, który od pewnego czasu mieszkał i pracował w uroczym i przepięknym Biskupcu Warmińskim, jak również do Marzeny, która nie miała już, niestety, żadnej rodziny. Oraz oczywiście do braci Koniecznych i taty Koniecznego. No i do pani Malinki, która powiedziała, że Wigilię musi spędzić z mężem i Zdziśkiem, ale w pierwszy dzień Bożego Narodzenia przyjdzie na śniadanie.
– Ktoś musi pani pomóc, pani Aniu.
– Wykluczone, pani Irenko! Pani będzie gościem honorowym i nie wolno będzie pani nawet palcem ruszyć. Inaczej śmiertelnie się obrażę – kategorycznie zapowiedziała jej Anna.
A tak naprawdę gościem honorowym miał być Dyzio, dla którego szykowali wspaniałą niespodziankę.