Strona główna / Literatura światowa / Jak z obrazka

Aktualności

12.07.2019

Nominacja dla książki Sashy Marianny Salzmann!

Książka Sashy Marianny Salzmann "Poza siebie" znalazła się wsród 14 tytułów nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Miłość '44. 44 prawdziwe historie powstańczej miłości Agnieszka Cubała
  2. Macho. Instrukcja obsługi Andrzej Gryżewski, Artur Górski
  3. Muszę wiedzieć Kasia Bulicz-Kasprzak

Fotogaleria

więcej »

Jak z obrazka

Jodi Picoult

Kobietę, która wyszła z bramy, otaczała biała mgiełka, przez co przypominała ducha. Na widok Willa z uśmiechem przyśpieszyła kroku. Oszołomiony Will nie odrywał od niej wzroku. Sięgała mu do ramienia, na linii włosów miała zaschniętą krew. Zatrzymała się tuż przed nim, patrząc na siniak nad jego okiem. Wyciągnęła rękę, ta kobieta, której Will nie znał, i palcami musnęła opuchliznę. Will nigdy czegoś takiego nie doświadczył: dotyk lżejszy od oddechu.
– Tylko nie ty też – szepnęła. Oczy uciekły jej w głąb czaszki i zaczęła osuwać się na ziemię.
Will złapał ją i posadził na siedzeniu pasażera swojego pikapu. Kiedy się poruszyła, zajął miejsce za kierownicą tuż przy drzwiach, nie wątpił bowiem, ża kobieta zacznie krzyczeć, kiedy zobaczy, że jest w obcym samochodzie. Ale ona otworzyła oczy i uśmiechnęła się z taką swobodą, że Will mimowolnie odpowiedział uśmiechem.
– Wszystko w porządku.
Kobieta przełknęła ślinę i odgarnęła włosy z twarzy.
– Tak mi się wydaje. Długo czekałeś?
Mówiła tak, jakby znała go przez całe życie. Will wyszczerzył zęby.
– Nie. Przypadkiem przejeżdżałem obok. – Chwilę jej się przyglądał. – Proszę posłuchać, jeśli pani na kogoś czeka, poczekam z panią.
Kobieta znieruchomiała.
– Nie znasz mnie?
Will pokręcił głową.
– O Boże. – Potarła oczy. – Boże. – Spojrzała na niego przez łzy. – W takim razie jest nas dwoje.
Will zadawał sobie pytanie, w co właściwie się wpakował, wsadzając do swojego samochodu kobietę, która albo jest wariatką, albo na takim haju, że nie potrafi zebrać myśli. Uśmiechnął się niepewnie, czekając, aż nieznajoma wróci do rzeczywistości.
– Chce pani powiedzieć, że mnie pani nie zna.
– Chcę powiedzieć, że nie znam siebie – szepnęła.
Will badawczo spojrzał w jej czyste oczy, w zakrzepłą krew na skroni. Amnezja, pomyślał.
– Nie zna pani swojego nazwiska? – Automatycznie zaczął zadawać pytania, których uczono go podczas szkolenia w policji plemiennej w Dakocie Południowej. – Pamięta pani, co się stało? Skąd wzięła się pani w kościele?
Kobieta odwróciła wzrok.
– Nic nie pamiętam – odparła sucho. – Chyba powinnam zgłosić się na policję.
Powiedziała to tak, jakby popełniła ciężkie przestępstwo, i Will się uśmiechnął. Pomyślał, żeby zawieźć ją do centrum, na komendę główną policji Los Angeles. Nawet jeśli oficjalnie nie jest na służbie, z pewnością będzie mógł pociągnąć za sznurki i sprawdzić listę osób zaginionych, przekonać się, czy ktoś jej nie szuka. Nieznacznie poprawił się na siedzeniu, grymasem reagując na ból w okolicy oka. Przypomniał sobie jasnowłosego gliniarza z Beverly Hills: ciekawe, czy wszyscy będą się tak zachowywać, kiedy w poniedziałek przyjdzie do pracy.
– Ja jestem policjantem – powiedział cicho. Nim jeszcze słowa wybrzmiały, Will wiedział, że nie zabierze tej kobiety na komendę, nie po tym, co mu się przydarzyło, nie od razu.
Zmrużyła oczy.
– Masz odznakę?
Will wolno pokręcił głową.
– Dopiero się tutaj przeprowadziłem. Mieszkam w Resedzie. Pracę zaczynam jutro rano. – Spojrzał jej w oczy. – Zaopiekuję się tobą. Ufasz mi?
Przesunęła wzrokiem po ostrych rysach jego twarzy, po kruczoczarnych włosach, od których odbijało się światło. Nikt inny się nie pojawił. A przecież kiedy go zobaczyła, pobiegła ku niemu bez wahania. Taki odruch u osoby, która nie myśli rozsądnie, ale kieruje się instynktem, z całą pewnością musi coś znaczyć. Pokiwała głową.
– Jestem William Latający Koń. Will – przedstawił się, wyciągając do niej rękę.
Uśmiechnęła się.
– Jane Doe.
Kiedy położyła palce na jego otwartej dłoni, to dziwne miasto nabrało sensu. Will pomyślał o krzyku sowy, o darze, który dosłownie wpadł mu w ręce. Spoglądając na kobietę, wiedział, że teraz pod pewnym względem ona należy do niego.

Ciągle omijała październik. Lekarz z izby przyjęć kazał jej wymienić nazwy miesięcy w odwrotnej kolejności, ale z listopada przeskakiwała do września. Spojrzała na niego zarumieniona.
– Przepraszam – powiedziała. – Proszę mi pozwolić jeszcze raz spróbować.
Will, który siedział po drugiej stronie pokoju i obserwował całą scenę od dziesięciu minut, nie wytrzymał.
– Chryste – odezwał się, podchodząc do biurka. – Ja czuję się doskonale, a nie byłbym w stanie dobrze tego zrobić. – Spojrzał gniewnie na lekarza. Przywiózł kobietę na izbę przyjęć, ponieważ tego wymagała procedura policyjna, w każdym razie procedura obowiązująca w Dakocie Południowej, ale teraz zaczynał mieć wątpliwości. O ile mógł się zorientować, te głupie testy jeszcze bardziej ją oszołomiły.
– W ciągu ostatnich kilku godzin co najmniej dwa razy straciła przytomność – rzucił lekarz obojętnie. Podsunął kobiecie pióro. – Co to jest?
Przewróciła oczami. Już odpowiedziała na pytania, gdzie się znajduje, jaki jest dzisiaj dzień, kto jest prezydentem. Liczyła do przodu i do tyłu co trzy oraz nauczyła się na pamięć krótkiej listy owoców i warzyw.
– To jest pióro.
– A to?
– Zakrętka pióra. – Spojrzała z uśmiechem na Willa. – A może krowa? – Kiedy lekarz spojrzał na nią pytająco, roześmiała się.– To taki żarcik.
– Widzi pan? – odezwał się Will. – Żartuje. Nic jej nie jest.– Z niepokojem skrzyżował ręce na piersiach. Szpitale denerwowały go od czasu, gdy jako dziewięciolatek patrzył na umierającego w szpitalnym łóżku ojca. Przez trzy dni od wypadku samochodowego, w czasie których zdążyli pogrzebać matkę, Will razem z dziadkiem czekał, aż ojciec odzyska przytomność. Godzinami wpatrywał się w bezwładną brunatną dłoń, kontrastującą z białą pościelą, białymi światłami i białymi ścianami; wiedział, że to tylko kwestia czasu i ojciec odejdzie tam, gdzie jego miejsce.
– Dobrze. – Na dźwięk głosu lekarza Jane i Will się wyprostowali. – Wygląda na to, że doznała pani lekkiego wstrząsu mózgu, ale pani stan się poprawia. Możliwe, że najpierw odzyska pani pamięć długoterminową, dopiero później powrócą wspomnienia z ostatnich dni. Niewykluczone, że tych kilku minut tuż przed ciosem i po nim nigdy sobie pani nie przypomni. – Lekarz zwrócił się do Willa. – A pan to...
– Funkcjonariusz William Latający Koń, policja Los Angeles.
Lekarz pokiwał głową.
– Niech pan powie osobie, która po nią przyjedzie, że pacjentka przez noc musi pozostać pod obserwacją. Trzeba budzić ją co kilka godzin i sprawdzać stan przytomności, wie pan, pytać, kim jest, jak się czuje i tak dalej.
– Zaraz – odezwała się Jane. – Ile minie czasu, nim sobie przypomnę, kim jestem?
Lekarz uśmiechnął się po raz pierwszy w ciągu godziny, którą z nimi spędził.
– Nie potrafię pani odpowiedzieć. To może być kilka godzin albo kilka tygodni. Jestem jednak pewien, że mąż czeka na panią w mieście. – Wsunął pióro do kieszeni marynarki i poklepał Jane po ramieniu. – Przekaże pani wszystkie brakujące szczegóły.
Lekarz otworzył drzwi gabinetu i wyszedł, powiewając połami białego fartucha.
– Mąż? – powtórzyła Jane. Wpatrywała się w swoją lewą dłoń, na której w neonowym świetle połyskiwały brylanty na prostej obrączce. Uniosła wzrok na Willa. – Jak mogłam tego nie zauważyć?
Will wzruszył ramionami. Sam też nie zauważył obrączki.
– Pamiętasz go?
Jane zamknęła oczy, usiłując przypomnieć sobie twarz, gest, tembr głosu. Pokręciła głową.
– Nie czuję się mężatką.
Will wybuchnął śmiechem.
– Cóż, połowa żon w Ameryce pewnie zabiłaby za taki cios w głowę. – Przepuścił ją w drzwiach. – Chodźmy.
Przez całą drogę na parking szła o krok za nim. Kiedy doszli do pikapu, najpierw otworzył drzwi od strony pasażera i pomógł jej wsiąść. Przekręcił kluczyk w stacyjce i zapiął pas, dopiero potem powiedział:
– Posłuchaj, jeśli mąż cię szuka, musi odczekać dwadzieścia cztery godziny, żeby oficjalnie zgłosić zaginięcie. Na posterunek możemy pojechać od razu albo jutro z samego rana. Wybór zależy od ciebie.
Przypatrywała mu się uważnie.
– Dlaczego nie chcesz mnie tam zabrać?
– O czym ty mówisz?
– Zwlekasz – odparła Jane. – Słyszę to w twoim głosie.
Will ze wzrokiem utkwionym przed siebie włączył tylny bieg.
– W takim razie niezbyt uważnie słuchasz. – Zadrgał mu mięsień na szczęce. – Mówiłem, wybór zależy od ciebie.
Studiowała jego rzeźbiony profil. Zastanawiała się, które jej słowa tak go rozgniewały. Bo teraz, przynajmniej na razie, był jej jedynym przyjacielem.
– Może jeśli się prześpię – powiedziała ostrożnie – przypomnę sobie wszystko i sprawy będą inaczej wyglądać.
Will odwrócił się, słysząc w jej głosie drżenie i nadzieję, którą w nim pokładała. Ta kobieta, o której nic nie wiedział, kobieta, która nic nie wiedziała o nim, oddawała swój los w jego ręce. Nikt nigdy więcej mu nie ofiarował.
– Może – odparł.