Strona główna / Literatura światowa / Dziewiętnaście minut

Aktualności

12.07.2019

Nominacja dla książki Sashy Marianny Salzmann!

Książka Sashy Marianny Salzmann "Poza siebie" znalazła się wsród 14 tytułów nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Miłość '44. 44 prawdziwe historie powstańczej miłości Agnieszka Cubała
  2. Macho. Instrukcja obsługi Andrzej Gryżewski, Artur Górski
  3. Muszę wiedzieć Kasia Bulicz-Kasprzak

Fotogaleria

więcej »

Dziewiętnaście minut

Jodi Picoult

Zoe Patterson od dłuższej chwili roztrząsała w duchu, jak by to było, gdyby się całowała z chłopakiem noszącym aparat korekcyjny na zębach. Co prawda, nie podejrzewała, że coś podobnego jej się przytrafi w najbliższym czasie, ale chciała być przygotowana na podobną ewentualność, żeby w razie czego sytuacja kompletnie jej nie zaskoczyła. W zasadzie ciekawiło ją, jak by to było, gdyby się całowała z jakimkolwiek facetem - niekoniecznie stojącym przed takimi samymi wyzwaniami ortodontycznymi, jakie jej przypadły w udziale. No i, pomijając wszystko inne, cóż lepszego można robić na głupiej lekcji matematyki, niż puszczać wodze fantazji?
Pan McCabe, któremu się zdawało, że jest Chrisem Rockiem algebry, odstawiał swój codzienny numer komediowy, sypiąc na prawo i lewo matematycznymi kalamburami. Zoe wbiła wzrok we wskazówki zegara. Niecierpliwie odliczała minuty, a równo o 9:50 poderwała się z miejsca i wręczyła panu McCabe zwolnienie.
- A, ortodonta - przeczytał na głos nauczyciel. - Panno Patterson, proszę uważać, żeby nie zadrutował pani ust na amen.
Zoe zarzuciła ciężki plecak na ramię i wyszła z klasy. Miała się spotkać z mamą przed szkołą o dziesiątej, a ponieważ zaparkowanie samochodu o tej porze graniczyło z cudem, umówiły się, że mama zgarnie ją w przelocie. Podczas zajęć hol był pusty i każdy, nawet najlżejszy odgłos niósł się po nim głuchym echem - niczym w przepastnym brzuchu wieloryba. Zoe weszła do sekretariatu, gdzie się wpisała na stosowną listę, a potem z takim pośpiechem wypadła za drzwi szkoły, że niemal stratowała jakiegoś dzieciaka.
Na dworze zrobiło się na tyle ciepło, że można było rozpiąć kurtkę, pomyśleć o lecie, o obozie treningowym żeńskiej drużyny piłki nożnej i o tym, jak się zmieni życie Zoe, kiedy wreszcie przestanie nosić swój podniebienny ekspander. Jeżeli teraz całowałaby się z chłopakiem, który nie nosi aparatu, i zbyt zachłannie wpiła w niego ustami, czy poraniłaby mu dziąsła? Jakiś cichy głos podpowiadał Zoe, że gdyby pokaleczyła faceta do krwi, to najprawdopodobniej już więcej nie miałby ochoty się z nią spotkać. A co by było, jeżeli on także nosiłby aparat, jak ten blondyn, który się przeniósł z Chicago i siedzi przed nią na angielskim? (Co nie znaczy, że on jej się podobał, nic z tych rzeczy, chociaż kiedy się pewnego dnia odwrócił, żeby jej podać poprawioną pracę domową, przytrzymał kartki w palcach odrobinę za długo...). Czy by się zaklinowali jak uszkodzone tryby maszynerii? Czy, żeby je rozczepić, trzeba by ich przewieźć na oddział ratunkowy szpitala? Aż strach myśleć o takim upokorzeniu.
Zoe przejechała językiem po metalowych sztachetach, przytwierdzonych do zębów. Może tymczasowo przyjmą ją do klasztoru.
Westchnęła głęboko i wyjrzała na ulicę w nadziei, że w wijącym się sznurze przejeżdżających samochodów wypatrzy zielonego explorera matki. I właśnie w tym momencie powietrzem wstrząsnął wybuch.

Patrick, rozparty na fotelu nieoznakowanego samochodu policyjnego, stał na światłach przed zjazdem na autostradę. Obok, na siedzeniu pasażera, leżała papierowa torba na dowody, a w niej fiolka z kokainą. Dealer, którego zwinęli na terenie liceum, przyznał od razu, że to koks, a mimo to Patrick musiał tracić pół dnia na wyprawę do laboratorium stanowego, by ktoś ubrany w biały kitel mógł potwierdzić to, o czym on już doskonale wiedział. Pokręcił gałką policyjnego radia i usłyszał, jak dyspozytor wysyła jednostkę straży pożarnej do liceum, gdzie nastąpił jakiś wybuch. Najprawdopodobniej eksplozja bojlera. Szkoła była już na tyle stara, że infrastruktura powoli się sypała. Patrick próbował sobie uprzytomnić, gdzie w Sterling High jest usytuowana kotłownia. Miał nadzieję, że wszystkim dopisze szczęście i nikt nie zostanie poszkodowany w wypadku.
"Oddano strzały..."
Światła się zmieniły na zielone, ale Patrick nie ruszył z miejsca. Użycie broni palnej w Sterling było tak rzadkie, że całą uwagę skupił na policyjnym radiu, czekając na dalsze wyjaśnienia.
"Strzały w liceum... strzały w Sterling High..."
Głos dyspozytora nabrał przyśpieszenia, w jego ton się wkradło napięcie. Patrick gwałtownie zawrócił, włączył czerwono-niebieskie policyjne światła i skierował się w stronę szkoły. W radiu przez elektrostatyczne trzaski przebijały głosy innych policjantów, podających swoją aktualną pozycję w mieście. Dyżurny oficer próbował koordynować ich działania, wzywał także posiłki z Hanover i Lebanon. Słowa się plątały, zagłuszały i blokowały nawzajem, tak że w końcu nikt niczego nie był w stanie zrozumieć.
"Kod tysiąc - zarządził dyspozytor. - Kod tysiąc".
W całej swojej karierze detektywa Patrick usłyszał wywołanie tego kodu jedynie dwukrotnie. Raz, jeszcze w Maine, kiedy ścigany za niepłacenie alimentów, zdesperowany ojciec wziął policjanta na zakładnika. Po raz drugi już w Sterling, podczas domniemanego napadu na bank, który się szczęśliwie okazał fałszywym alarmem. Kod 1000 oznaczał, że każdy ma natychmiast zwolnić radio do wyłącznej dyspozycji koordynatora akcji. Że nie jest to codzienna, policyjna rutyna, ale sprawa życia i śmierci.

Chaos. Uczniowie wybiegający na oślep ze szkoły, tratujący rannych kolegów. Chłopak w oknie na piętrze, trzymający dużą kartkę z własnoręcznie wypisanym apelem: POMOCY! Łkające, tulące się do siebie dziewczęta. Narastający chaos. Krew znacząca rozbielonym karminem topniejący śnieg. Rodzice napływający powolnym strumieniem, a już chwilę później oceaniczną falą, wykrzykujący imiona dzieci, których nie mogli odnaleźć. Totalny chaos. Podtykane wszystkim pod nos obiektywy telewizyjnych kamer, niedostateczna liczba karetek, niedostateczna liczba policjantów i kompletny brak planu działania w sytuacji, gdy dotąd dobrze znany świat zaczyna się rozpadać w proch.
Patrick wjechał kołami na chodnik i chwycił kamizelkę kuloodporną z tylnego siedzenia. Adrenalina pulsowała mu w żyłach, wyostrzając zmysły. Odnalazł komendanta O'Rourke, który utknął pośrodku tego pandemonium z megafonem w ręku.
- Nie mamy żadnego rozpoznania sytuacji - poinformował Patricka. - Chłopcy z oddziału specjalnego już tu jadą.
Patrick miał gdzieś oddział specjalny. Zanim SWAT dotrze na miejsce, może paść setka kolejnych strzałów, mogą zginąć jakieś dzieciaki. Stanowczym ruchem wyszarpnął pistolet z kabury.
- Wchodzę do środka - oznajmił.

[...]


W jednym rogu szatni leżały dwa nieruchome ciała. W drugim, bliższym Patricka, kucał drobny chłopiec przytulony do szafek. Miał na nosie okulary w cienkich drucianych oprawkach, teraz żałośnie przekrzywione. Konwulsyjnie drżał na całym ciele.
- Nic ci się nie stało? - wyszeptał Patrick, żeby zbyt donośnym głosem nie zdradzić strzelcowi własnej pozycji.
Chłopak nie zareagował, tylko wpatrywał się w niego nieprzytomnym wzrokiem.
- Gdzie on jest? - spytał bezgłośnie Patrick.
W odpowiedzi chłopak wyciągnął spod uda pistolet i przystawił sobie do skroni.
Patricka oblała fala gorąca.
- Ani, kurwa, drgnij! - wykrzyknął i wycelował. - Rzuć broń albo będę strzelał!
Poczuł, jak na czoło występuje mu zimny pot, jak już spływa wąskimi strużkami po plecach. Poprawił uchwyt na rękojeści, zdecydowany przeszyć gówniarza kulami, jeżeli będzie do tego zmuszony. Zaczął z wolna przesuwać palcem po spuście, a wówczas dzieciak otworzył dłoń i rozczapierzył palce na podobieństwo ramion rozgwiazdy. Pistolet upadł na podłogę i pojechał naprzód po gładkich kaflach.
Patrick natychmiast się rzucił w stronę chłopaka. Jeden z funkcjonariuszy - z którego obecności Patrick do tej pory zupełnie nie zdawał sobie sprawy - zabezpieczył broń rzuconą przez napastnika. Patrick przewrócił dzieciaka na brzuch, wbił kolano w jego kręgosłup i wprawnie skuł mu ręce.
- Gdzie inni? Czy ktoś z tobą współdziałał?
- Nie. Byłem sam - wydusił chłopak.
Patrickowi świat zawirował przed oczami, a puls galopował mu w rytmie wojennych werbli, mimo to dotarła do niego treść meldunku składanego przez mundurowego przez radio: "Sterling, zatrzymaliśmy sprawcę. Nic nie wskazuje na obecność innych napastników".
Równie niespodziewanie, jak wszystko się zaczęło - dobiegło końca. O ile w ogóle w przypadku podobnego zdarzenia można mówić o końcu. Patrick nie wiedział, czy na terenie szkoły nie ma żadnych innych ładunków wybuchowych poza tymi, które już eksplodowały; ile tak naprawdę jest ofiar; jak wielu rannych może przyjąć Centrum Medyczne Dartmouth-Hitchcock i Szpital Fundacji Alice Peck; nie miał pojęcia, jak się zabrać do zabezpieczenia dowodów na tak rozległym obszarze. Napastnik został ujęty, jednak jakim kosztem? Patrick zaczął drżeć na całym ciele, bo dotarło do niego, że znowu się spóźnił, a cenę za to zapłaciło wielu uczniów, rodziców i obywateli Sterling.
Postąpił naprzód kilka kroków i opadł na kolana, ponieważ najzwyczajniej w świecie nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Udawał jednak, że uczynił to celowo - że chciał się uważniej przyjrzeć dwóm ciałom, leżącym w kącie. Podświadomie zarejestrował, że sprawca jest wyprowadzany z szatni, że za chwilę się znajdzie w czekającym radiowozie. Ale się nie odwrócił, całą swoją uwagę skupiając na pierwszej z ofiar.
Chłopak ubrany w bluzę hokejową miał ranę postrzałową w czole i leżał w kałuży krwi. Patrick sięgnął po baseballówkę z wyhaftowanym logo drużyny hokeja; wystrzał zdmuchnął czapkę z głowy zabitego i posłał pół metra dalej. Patrick obrócił ją kilka razy w dłoniach, kreśląc daszkiem niezgrabne kółka w powietrzu.
Druga ofiara, dziewczyna, leżała odwrócona twarzą do dołu, a spod jej skroni wypływała strużka krwi. Była boso i miała paznokcie u nóg pomalowane na taki sam cukierkowo różowy kolor, jakim Tara ozdobiła jego stopy. Na ów widok Patrick poczuł skurcz serca. Ta dziewczyna, podobnie jak jego chrześniaczka, jak jej brat i miliony innych dzieciaków, wstała dziś rano i pojechała do szkoły zupełnie nieświadoma, że czeka tam na nią śmiertelne zagrożenie. Wierzyła, że dorośli - że nauczyciele będą ją chronić. Dla podniesienia poziomu bezpieczeństwa po 11 września wszyscy pracownicy placówek edukacyjnych nosili identyfikatory, a drzwi szkół zamykano podczas trwania zajęć, bo przecież wrogiem mógł być tylko ktoś obcy, jakiś intruz z zewnątrz, a nie dzieciak, który siedział w sąsiedniej ławce.
Niespodziewanie dziewczyna się poruszyła.
- Pomocy...
Patrick klęknął u jej boku.
- Jestem przy tobie. - Dotknął jej nieznacznie, próbował oszacować rozmiar obrażeń. - Wszystko będzie dobrze. - Odwrócił ją na tyle, by zobaczyć, że krew płynęła z rany spowodowanej upadkiem, a nie postrzałem w głowę, jak pierwotnie założył. Nieustannie coś do niej mówił, jego słowa nie zawsze się układały w logiczny ciąg, ale przede wszystkim chciał, by miała świadomość, że nie jest już osamotniona. - Jak ci na imię, kochanie?
- Josie... - Dziewczyna zaczęła się szamotać, próbowała usiąść i Patrick się ustawił w strategicznej pozycji, tak by zasłonić sobą ciało zabitego chłopaka. Dziewczyna i bez tego była w szoku, nie chciał dodatkowo pogarszać jej stanu. Ona tymczasem przytknęła rękę do czoła, a gdy poczuła lepką krew, wpadła w panikę. - Co... co się stało?