Strona główna / Literatura światowa / Złota czara

Aktualności

09.11.2021

Spotkanie online z Grażyną Jeromin-Gałuszką

We wtorek 9 listopada o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Grażyną Jeromin-Gałuszką, autorką książki "Gdybyś wiedziała".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.10.2021

Rozmowa z Kasią Bulicz-Kasprzak

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Kasią Bulicz-Kasprzak, autorką książki "Zielone pastwiska".

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  3. Dubaj krwią zbudowany Marcin Margielewski

Złota czara

Henry James

KSIĘGA PIERWSZA

Książę zawsze lubił Londyn, kiedy ten tak ochoczo się przed nim otwierał; był jednym z tych współczesnych rzymian, którzy znajdują nad Tamizą bardziej przekonujący obraz prawdy o starożytnym państwie niż ten pozostawiony nad Tybrem. Wychowany na legendzie Wiecznego Miasta, któremu cały świat oddawał hołdy, dostrzegał podobny przypadek bardziej we współczesnym Londynie niż Rzymie swoich czasów. Jeśli chodziło o potęgę imperium, powtarzał sobie, jeśli tylko człowiek pragnął, jako rzymianin, odzyskać choć odrobinę poczucia tamtej potęgi, odpowiednim miejscem był tu London Bridge, w piękne majowe popołudnie zaś Hyde Park Corner. Jednakże jego szczególne upodobanie, w końcu wystarczająco nieuchwytne, nie zaprowadziło go w chwili, kiedy kierujemy na niego swoje oczy, do żadnego z tych miejsc – zwyczajnie wędrował teraz Bond Street, gdzie pod wpływem fantazji, pobudzonej jakimś ulotnym wrażeniem, przystawał tu i ówdzie przed sklepową witryną, pełną już to wielkich, przyciężkawych przedmiotów ze srebra i złota, o formach nadanych im przez szlachetne kamienie, już to rozmaitości ze skóry, metalu czy mosiądzu, z dziesiątkami rozmaitych zastosowań i przeznaczeń pożytecznych albo też nie, które leżały zrzucone na stos niczym zdobyte w dalekich krajach łupy zuchwałego imperium. Ruchy młodego mężczyzny nie zdradzały jednak większego zainteresowania – nawet wtedy, kiedy jeden z takich przystanków całkowicie odwrócił jego uwagę od możliwości kryjących się w mijanych na chodniku twarzach, osłoniętych ogromnymi, ozdobionymi wstążką kapeluszami albo jeszcze delikatniej ocienionych napiętym jedwabiem parasoli trzymanych pod najbardziej niezwykłymi kątami przez damy czekające w powozach. Owe pozbawione konkretnego punktu zaczepienia myśli księcia były zresztą dosyć symptomatyczne, choć bowiem minął już szczyt sezonu, a tłumy zalewające zazwyczaj ulice miasta zaczynały rzednąć, możliwość zlustrowania całej galerii twarzy wciąż stanowiła w to sierpniowe popołudnie jeden z najważniejszych elementów nadających ton całej scenerii. Książę czuł jednak zbyt wielki niepokój – tak właśnie wyglądała prawda – by się w ogóle skupić, a ewentualne umizgi były ostatnią rzeczą, jaka mogłaby mu teraz przyjść do głowy.
Zajmował się tym przez ostatnich sześć miesięcy tak intensywnie, jak jeszcze nigdy w całym swoim życiu, a tym, co tak naprawdę przyprawiało go o niepewność w chwili, w której go poznajemy, było poczucie słuszności jego poczynań. Schwytanie zdobyczy zwieńczyło pogoń, czy też, jak ująłby to on sam, cnota została nagrodzona zwycięstwem; jednak świadomość tego faktu uczyniła go raczej statecznym niż radosnym. Powaga, która lepiej współgrałaby z porażką, gościła teraz na jego przystojnej twarzy o budująco regularnych, dostojnych rysach, a jednocześnie w jakiś dziwny sposób wręcz promiennych za sprawą tych granatowych oczu, ciemnych wąsów i ogólnego wyrazu „cudzoziemskości” nie dość wyrazistego dla angielskiego oka, by wywołać coś więcej poza okazjonalną uwagą, kryjącą ową powierzchowną słuszność, że książę przypomina „wyrobionego” Irlandczyka. Tym razem chodziło o to, że parę kwadransów wcześniej, o trzeciej po południu, jego los został praktycznie przypieczętowany, a choć sam zainteresowany udawał, że nie zamierza się spierać z wyrokami przeznaczenia, chwila ta miała w sobie coś z surowości zgrzytu klucza chroboczącego w najmocniejszym zamku, jaki potrafią stworzyć ludzkie ręce. Na razie jednak nie pozostawało nic więcej do zrobienia, poza rozmyślaniem o tym, co się zrobiło, i o tym właśnie dumał nasz bohater, snując się bez celu ulicami miasta. Zupełnie jakby już był żonaty, tak kategorycznie adwokaci wyznaczyli o trzeciej datę owej uroczystości, od której dzieliło młodą parę zaledwie kilka dni. O wpół do dziewiątej miał zasiąść do kolacji razem z narzeczoną i jej ojcem, w których imieniu londyńscy prawnicy porozumieli się tak wspaniale z jego własnym prokurentem, biednym panem Calderonim, przybyłym prosto z Rzymu, dokąd miał zresztą wkrótce powrócić, teraz jednak poznającym miasto w towarzystwie samego pana Ververa, pana Ververa, którego hojność wystawiła na doprawdy ciężką próbę w owej fazie przygotowań zasadę wzajemności. Wzajemności, za sprawą której Calderoni zdecydował się poświęcić swój czas na podziwianie lwów. W każdym razie w tym zwrotnym momencie swojego życia książę był pewien przynajmniej jednego: że okaże się o wiele przyzwoitszym zięciem niż tylu młodzieńców w podobnej roli, którzy przychodzili mu do głowy. Snuł te swoje rozważania po angielsku, podobnie jak użył w myślach angielskiego określenia na opisanie własnej odmienności, jako że od najwcześniejszego dzieciństwa zaznajomiony z językiem, który nie wydawał się już obcy ani dla warg, ani dla ucha, znajdował go wyjątkowo użytecznym w życiu codziennym. Co zdumiewające, używał go również w odniesieniu do samego siebie, choć zdawał się doskonale pamiętać, że z czasem mogą się też pojawić inne sytuacje, również te bardziej prywatne, w których język ojczysty sam będzie się mu cisnął na usta, może nawet z niejaką gwałtownością. Panna Verver zwróciła mu już uwagę, że mówi po angielsku za dobrze – stanowiło to jego jedyną przywarę, nie potrafił jednak tego zmienić, nawet po to, aby sprawić przyjemność rozmówczyni. „Wie pani, znacznie gorzej wyrażam się po francusku”, wyjaśnił jej wtedy, sugerując, że istnieją takie momenty, niewątpliwie niezbyt przyjemne, w których ów język wydaje się mu stosowniejszy. Dziewczyna uznała to jednak, powiedziała mu to wówczas otwarcie, za zarzut wobec poziomu jej francuszczyzny, którą od dawna pragnęła udoskonalić; nie wspominając już o jego ewidentnym przekonaniu, że mowa ta wymagała od rozmówcy biegłości, do której nie miała prawa pretendować. Odpowiedź księcia na te uwagi była równie uprzejma i czarująca jak każda odpowiedź udzielana przez niego osobom z jego nowego otoczenia: ćwiczył swój angielski, aby móc rozmawiać swobodnie z panem Ververem. Jego przyszły teść władał językiem tak biegle, zapewniał młodą damę, że jego stawiało to na straconej pozycji w każdej praktycznie dyskusji, a poza tym, no cóż, poza tym książę podzielił się z panną Verver spostrzeżeniem, które ze wszystkich jego dotychczasowych uwag poruszyło ją najbardziej.
– Moim zdaniem, pani ojciec to prawdziwy galantuomo, bez dwóch zdań. Wokół aż roi się od ludzi tylko udających podobną wytworność, ale on zwyczajnie wydaje mi się najlepszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem.
– No cóż, mój drogi książę, czemu miałoby być inaczej? – zapytała wtedy wesoło panna Verver.
I to właśnie ta uwaga zmusiła księcia do myślenia. Wszystko to, co uczyniło z pana Ververa dżentelmena, zdawało się podnosić zarzut marnotrawstwa wobec tylu rozmaitych spraw, które w wypadku innych znanych młodemu człowiekowi ludzi nie zdołały doprowadzić do równie wspaniałych rezultatów.
– Ponieważ jego „maniery” – wrócił do tematu – mogły budzić niejakie wątpliwości.
– Maniery? – Panna Verver najwyraźniej niczego takiego nie zauważyła. – Zdaje mi się, że papa nie ma żadnych.
– Na pewno nie ma moich, ani nawet twoich, pani.
– Dziękuję za to „nawet”! – parsknęła śmiechem panna.
– Och, pani maniery są doprawdy doskonałe. Pani ojciec ma jednak własny kodeks postępowania, jak zdążyłem się już zorientować. To fakt bezsporny. Ale to go właśnie ośmiela – w tym cała rzecz.
– To jego dobroć go ośmiela – zaoponowała rozmówczyni księcia.
– Och, moim zdaniem, dobroć jeszcze nigdy nikogo nie ośmieliła. Dobroć, jeśli jest autentyczna, sprawia raczej, że ludzie się w sobie zamykają. – Już wcześniej interesował się tym zagadnieniem, które dosyć go bawiło. – Nie, to jego metoda, całkowicie do niego przynależna.
Panna Verver nie dała się jednak przekonać.
– To typowy sposób bycia wszystkich Amerykanów. Oto cały sekret.
– Dokładnie, oto cały sekret. Przecież to właśnie powiedziałem! To do pani ojca pasuje, a więc musi czemuś służyć.
– Sądzi pan, że mogłoby się przysłużyć panu? – zapytała z uśmiechem Maggie Verver.
Jego odpowiedź była najbardziej udatna z możliwych.
– Jeśli rzeczywiście chce pani wiedzieć, to nie sądzę, żeby cokolwiek mogło mi sprawić przykrość albo pomóc. W każdym razie w mojej obecnej sytuacji – ale o tym sama się wkrótce pani przekonasz. Załóżmy jednak, że jestem galantuomo, na co zresztą liczę: w najlepszym wypadku przypominam posiekanego i oblanego sosem kurczaka, ugotowanego jako crême de volaille, pozbawionego niektórych elementów. Pani ojciec zaś jest jak kurczę biegające po basse-cour. Jego upierzenie, jego ruchy i pokrzykiwanie – to właśnie elementy, które mi odebrano.
– Ach, ale to przecież oczywiste, skoro nie da się zjeść kurczęcia żywcem!
Książę nie był tym zdenerwowany, po prostu pewien swoich racji.
– No cóż, ale ja właśnie pochłaniam pani ojca żywcem – bo to jedyny sposób, aby naprawdę go posmakować. Nie zamierzam wyrzekać się tej przyjemności, a że pani ojciec jest najbardziej żywotny właśnie w chwilach, kiedy mówi na swój amerykański sposób, muszę pielęgnować również ten język. W żadnym innym pan Verver nie mógłby się wydać równie przyjemnym rozmówcą.
Nie miało to większego znaczenia, że panna nie przestawała się z nim droczyć, bo zwyczajnie sprawiało jej to uciechę.
– Myślę, że może jednak polubiłby go pan, gdyby mówił po chińsku.
– Byłby to doprawdy zbędny kłopot. Chciałem jedynie zauważyć, że to sposób wysławiania się czyni pani ojca takim, a nie innym człowiekiem. To w nim właśnie lubię – ten ton, który go określa.
– Och, usłyszy to pan jeszcze nie raz – roześmiała się panna Verver – zanim się pan nami znudzi.
Dopiero w tym momencie książę lekko zmarszczył brwi.
– A czemu miałbym się wami znudzić?
– Na pewno tak się stanie, kiedy już dowie się pan o nas wszystkiego, co możliwe.
Bez trudu zdołał obrócić jej słowa w żart.
– Ależ, moja droga, od tego przecież zacząłem. Wiem dosyć, tak mi się przynajmniej zdaje, by nigdy nie dać się zaskoczyć. A tymczasem tak naprawdę to wy – dodał – nic nie wiecie. Są we mnie dwie natury. – Tak, czuł potrzebę, by mówić dalej. – Jedna jest zbudowana z historii innych ludzi, ich uczynków, małżeństw, występków, szaleństw, niezliczonych bêtises, zwłaszcza haniebnego trwonienia pieniędzy, które mogłyby trafić do mnie. Wszystkie te sprawy są zapisane w dziesiątkach tomów zapełniających setki bibliotek i równie powszechnie znane. Każdy może je poznać, zresztą oboje z ojcem sami chyba napatrzyliście się na to dość. Ale istnieje jeszcze moja druga strona, bez wątpienia znacznie skromniejsza, sama istota mojego jestestwa, ukryta przed światem, mało znacząca dla innych ludzi, no, może poza panią i ojcem. O tym nic nie wiecie.
– Na całe szczęście, mój drogi – odparła odważnie panna – bo cóż stałoby się z moim przyobiecanym zajęciem na przyszłość?
Młody człowiek pamiętał nawet teraz, jak zdumiewająco wyraziście – nie mógłby tego inaczej określić – panna Verver wyglądała w tamtej chwili, taka piękna, kiedy to wypowiadała te słowa. Pamiętał również, jakiej odpowiedzi czuł się wówczas w obowiązku udzielić.
– Najszczęśliwsze rządy to, jak uczy nas historia, te pozbawione wszelkiej historii.
– Och, nie lękam się historii! – Tego Maggie Verver była pewna. – Czy też owej złej natury, jak zapewne by pan to określił – swojej nie zdołał pan przecież ukryć. Cóż jednak innego mogło na samym początku zwrócić na pana moją uwagę? – dodała jeszcze. – Nie była to przecież owa, jak sam pan to nazwał, istota, pańskie konkretne ja, lecz właśnie te wszystkie stojące za panem pokolenia z ich szaleństwami i występkami, grabieżami i rozrzutnością, nawet ów niegodziwy papież, ten najgorszy z możliwych potwór – wszystkie te postacie, o których traktuje tyle ksiąg w pańskiej rodzinnej bibliotece. Nawet jeśli przeczytałam dotąd zaledwie dwie lub trzy pozycje, gdy tylko znajdę dosyć czasu, natychmiast poświęcę się jedynie lekturze reszty. Kim bowiem – wytknęła mu ponownie – by pan był bez tych wszystkich archiwów, kronik, niesławnych przypadków? (…)