Strona główna / Literatura polska / Maciejka

Aktualności

21.01.2020

Spotkanie z synem Seweryny Szmaglewskiej

W niedzielę 2 lutego o godz. 16.30 zapraszamy do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie (ul.Tłomackie 3/5) na spotkanie z Jackiem Wiśniewskim, synem Seweryny Szmaglewskiej, autorki książki "Dymy nad Birkenau".

Wywiady

06.12.2019

“Każdy pisarz ma szansę na bestseller”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas"

Posłuchaj i zobacz

22.01.2020

Wstrząsająca prawda o życiu arabskich księżniczek.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Marcina Margielewskiego "Zaginione arabskie księżniczki".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri
  2. Doktor Sen Stephen King
  3. Upadek Gondolinu. Pod redakcją Christophera Tolkiena J.R.R. Tolkien

Fotogaleria

więcej »

Maciejka

Natalia Rogińska

– Halo? Karola? Jesteś? To słuchaj! – usłyszałam po drugiej stronie Justynę.
Potem dodała ściszonym głosem „no już”, „zaśpiewajcie cioci”, „razem” i „trzy-czte-i-ry!”.
Rozbrzmiało Sto lat w wykonaniu jej wesołej gromadki, której nigdy nie planowała tak licznej. Usłyszałam piskliwy sopran Ani, sepleniący głos Wojtka, „gaga-gu” Halinki i płacz Ilonki.
Z każdym mijającym rokiem życia coraz mniej wierzyłam, że kiedyś uda mi się założyć własną rodzinę, że będę słyszeć podobne dźwięki…
Zanim Justyna przejęła słuchawkę, musiała uciszyć bliźniaczki i dać Wojtusiowi na chipsy i basen. Przyznała, że ma urwanie głowy, bo jej opiekunka się wczasuje, Dominik od tygodnia non stop na dyżurze, a ona jest bliska sprzedania swoich dzieci na targu!
– A oddam nawet za darmo! – dodała.
Potem złożyła mi życzenia i spytała, jak się czuję jako trzydziestosiedmioletnia kobieta.
– Właściwie… – powiedziałam, wpatrując się w taflę szkła w plastikowej ramie. – Doszłam dziś do wniosku, że ja i te moje trzydzieści siedem lat trochę do siebie nie pasujemy!
Trochę? To za mało powiedziane!
Gdy patrzę w lustro, od kilkunastu lat niezmiennie widzę dwudziestolatkę, z którą czas obchodzi się nadzwyczaj łaskawie, za to los niezwykle okrutnie. Co z tego, że nie mam zmarszczek ani siwych włosów, skoro prawdziwa miłość omija mnie wielkim łukiem albo szybko okazuje się nieprawdziwa? Skoro z moich młodzieńczych marzeń nie udało mi się zrealizować żadnego? Skoro, w pewnym sensie, czas się dla mnie zatrzymał, ale niekoniecznie w tym momencie, w którym bym sobie tego życzyła.
Trzydzieści siedem lat – żaden przełom. Ani to okrągła liczba, ani parzysta, ani półmetek. Dzień jak co dzień!

Boże… Nigdy nie przypuszczałam, że w tym wieku będę tu, gdzie jestem…
Dzieci, miłość, szczęście, pieniądze i wszystkiego dużo – tak właśnie miało być. Tak właśnie myślałam, patrząc w chmury z perspektywy kwiecistej łąki. One przesuwały się wtedy po niebie w odcieniu mojego świadectwa maturalnego, a ja – z twarzą skierowaną ku słońcu – wierzyłam w swoją świetlaną przyszłość. Justyna leżała wtedy tuż obok mnie i wpatrywała się w to samo niebo, marząc dokładnie o tym samym. W jej marzeniach było tylko znacznie mniej dzieci, ale nic dziwnego. Podczas gdy ja całe życie cierpiałam z powodu jedynactwa, ona dzieliła pokój z trójką młodszego rodzeństwa. Miała też trzech starszych braci, którzy mimo zaawansowanej pełnoletności ciągle siedzieli na domowym garnuszku. Obiecała sobie, że będzie miała większą kontrolę nad rozmnażaniem niż jej rodzice, a właściwie niż jej matka, bo ojciec nie miał kontroli zupełnie nad niczym…
Był czerwiec, a my, dumne absolwentki liceum w Nowej Dębie, wylegiwałyśmy się na łące i wierzyłyśmy, że wszystko jest możliwe.
Przed nami nowi ludzie, nowe wyzwania, nowa era i Nowy Świat! Snułyśmy wizje na przyszłość, myślałyśmy o tym, co nowe… A w międzyczasie niebo pokryły gwiazdy. Byłam przekonana, że wszystkie nam sprzyjają i każda migocze z nieba właśnie dla nas!
Wkrótce musiałam zmodyfikować swój wymarzony scenariusz. Niestety. Nie wszystkie marzenia się spełniają, zwłaszcza jeśli do ich realizacji wymagana jest znajomość fizyki. Na nieszczęsnym egzaminie, który miał być przepustką do moich marzeń, doszczętnie zagubiłam się w tych wszystkich stałych i zmiennych, których w przyrodzie niemało…
– Ale za to zobacz, z jaką sporą nadwyżką dostałaś się na pielęgniarstwo! – mówiła wówczas Justyna, która zamiast koncentrować się na swoim sukcesie, usilnie starała się mnie pocieszać.
I jej się udało. Może nie pocieszyć, ale dostać na wybrane studia... Załapała się na mój wymarzony kierunek. Na nasz wymarzony kierunek. Wygrała pięcioma punktami.
Nie jednym, żeby można było pomyśleć, że to fart. Nie dwudziestoma, żeby można było stwierdzić, że egzamin to zwykła formalność.
Pięć punktów.
Pięć punktów… Dokładnie tyle, ile mi zabrakło.
Nie jeden czy dwa, żebym mogła to zwalić na brak szczęścia. Nie dziesięć czy piętnaście, co mogłoby wskazywać na mój brak talentu.
Zabrakło mi pięciu punktów, co lokowało mnie na sześćdziesiątej siódmej pozycji pod kreską.
– Tak bardzo chciałam, żebyśmy dostały się obie… – wzdychała Justyna, szczerze przejęta. – Nie martw się, Karola… Może uda się za rok? A może powinnaś napisać odwołanie? Albo zadzwońmy tam i zażądajmy, żeby jeszcze raz sprawdzili, czy na pewno się nie pomylili!
Trawa na naszej łące na krótko przybrała odcień soczystej zazdrości. Naszła mnie myśl, że gdybyśmy nie dostały się obie, zniosłabym to lepiej. A tak, za kilka lat, ja będę robić zastrzyki, a ona będzie mi to zlecać. Ja będę podcierać starców, a ona będzie leczyć chore dzieci. Ja będę pielęgniarką, a ona lekarzem.
W dodatku na medycynę dostał się też nasz kolega z klasy, leser totalny, Dominik, którego nikt nie podejrzewał, że w ogóle zda maturę i dostanie się na jakiekolwiek studia. Nie mówiąc już o medycynie…
Zacisnęłam wtedy zęby. Nie powinnam tak myśleć! Obiecałam sobie, że sukces Justyny nie nadszarpnie naszej przyjaźni ani trochę, bo to oznaczałoby tylko tyle, że nie jest prawdziwa. A przecież jest. Od kołyski. Na zawsze!
Może tak miało być? Może Pan Bóg miał dla mnie właśnie taki plan? Może przewidział dla mnie bogacza w białym mercedesie, z romantyczną duszą i miłym usposobieniem? Może wynagrodzi mi to w dzieciach?
Figa. Nie wynagrodził.

– Ja tylko na chwilę! – powiedziała Eleonora, pojawiając się w progu mojego mieszkania.
Bez zapowiedzi, bez pukania, za to z nowym kolczykiem. Zdobił? Szpecił? Zastanowię się później, co tak naprawdę robił, tkwiąc w prawym skrzydełku jej zgrabnego noska. W każdym razie od razu rzucił mi się w oczy, więc niewątpliwie przykuwał uwagę.
– Przyszłam sprawdzić, jak się miewa moja ulubiona ciocia!
– Tylko nie ciocia! – puściłam jej karcące spojrzenie.
– Przepraszam! A przy okazji… – powiedziała, wyciągając zza pleców prezent. – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Mam coś dla cioci… To znaczy: dla ciebie.
– Dzięki! – odparłam, przyjmując gerberę koloru koralowego i talon rabatowy na tatuaż w profesjonalnym studiu tatuażu. – Kwiatek śliczny, ale z talonu pewnie nie skorzystam… – powiedziałam, bo przecież nie upadłam jeszcze na głowę, żeby z pielęgniarskim wykształceniem i książeczką honorowego dawcy krwi dziargać sobie na skórze jakieś głupoty i ryzykować infekcję. – Siadaj! Zrobię ci herbaty! – zaprosiłam ją do mojego wielofunkcyjnego jedynego pokoju. – Mam cynamonową! Taką, jak lubisz!
– Właściwie… – powiedziała Eleonora, ściągając ze stóp masywne koturny. – Właściwie nie mam zbyt wiele czasu! I chciałabym… Umówiłam się na wieczór i potrzebuję czegoś wystrzałowego!
– Rozumiem… – oznajmiłam trochę rozczarowana. – Znasz drogę do mojej szafy – powiedziałam zapraszająco.
Wczytywałam się w mój talon, z którego w dalszym ciągu nie zamierzałam skorzystać. Dowiedziałam się, że talonu nie można wymienić na gotówkę. Znalazłam za to informację, że rabat nie dotyczy tatuaży kolorowych, rozległych i intymnych.
Eleonora, a właściwie Nora, bo nikt oprócz Justyny nie artykułował jej pełnego imienia w obawie przed przypadkowym zawiązaniem języka w supeł, nie tylko wiedziała, gdzie jest moja szafa, ale też perfekcyjnie znała jej topografię i wszelkie zakamarki. Od razu zabrała się do szukania „czegoś wystrzałowego”. Ja wstawiłam wodę na herbatę i miałam nadzieję, że chociaż tym razem zdążymy ją razem wypić. Ale przerzucała wieszaki w tak ekspresowym tempie, że nie byłam pewna, czy woda w ogóle zdąży się zagotować...
Mogłaby zostać dłużej…
Zawsze lubiłam ją u siebie gościć, a zwłaszcza w dni, które uświadamiały mi, że czas płynie i lat przybywa. Choć w jej towarzystwie czułam, że mentalnie już nie przynależę do pokolenia dwudziestolatek, status właścicielki „najlepszej garderoby w mieście, zdaniem Eleonory Makowskiej” bardzo mi schlebiał. Wielokrotnie powtarzała, że takiej kolekcji sukienek, jaką skompletowałam przez lata, buszując po warszawskich second-handach nie powstydziłaby się nawet Carry Bradshaw!
– Ile tu nowych rzeczy! – powiedziała Eleonora, zagrzebując się w moich ubraniach, niekoniecznie nowych. – Jak to dobrze, że z wiekiem się nie roztyłaś jak moja siostra i że nosimy ten sam rozmiar! Justyna ma po tej ostatniej ciąży tyłek dwa razy większy od mojego! I od twojego też!
Rzeczywiście – rozmiar ubrań, stan cywilny i status materialny nie zmienił się u mnie od kilkunastu lat. Zwalniającą przemianę materii równoważę przyśpieszonym tempem życia i w efekcie bilans energii wychodzi na zero. Od czasów dojrzewania nie było we mnie żadnej hormonalnej burzy, która zostawiłaby po sobie ślady w postaci rozstępów, cellulitu czy nadprogramowego tłuszczu; ani tu, ani tam, ani nigdzie. Nie tyję, nie chudnę i mam tyłek w rozmiarze nastolatki. Tyłek w rozmiarze Nory. I właśnie dlatego tym razem postanowiła pożyczyć moje spodnie.
– A ten tatuaż… Powinnaś go zrobić! – powiedziała. Wciągała właśnie na pośladki moje różowe rurki. – Dobrze leżą? – spytała, przeglądając się w lustrze, w którym wszystko wygląda dobrze. A przynajmniej moja twarz, każdego dnia.
– Leżą dokładnie jak na mnie! Czyli fantastycznie! – powiedziałam, patrząc na nią kątem oka.
Równocześnie szukałam czegoś w lodówce, czym mogłabym ją poczęstować, ale nic tam nie było. Oprócz leków, kosmetyków i cytryn.
Nic dziwnego, że jestem szczupła, skoro nie mam w domu żadnego jedzenia!
– Mówię ci! Powinnaś skorzystać z tego talonu! – oznajmiła ponownie Nora. Przeszukiwała moją imponującą kolekcję pasków w poszukiwaniu dodatków do spodni. – Taki tatuaż może okazać się przełomem w twoim życiu. I pozwoli ci wyrazić siebie!
– Zapewne… – powiedziałam, przypinając talon do lodówki.
Mimo że podjęłam w swoim życiu tysiące spontanicznych decyzji, stanowczo stwierdzam, że bardziej niż jakikolwiek tatuaż wyraża mnie jego brak.
Cóż. Nora była specjalistką od szukania sposobów na wyrażenie siebie. Z chwilą osiągnięcia pełnoletności zintensyfikowała te poszukiwania. Najczęściej znajdowała wyrażającą ją rzecz w mojej szafie, pożyczała na chwilę, a potem przez długi czas nosiła się z zamiarem, żeby mi ją oddać. Chyba najbardziej wyrażają ją moja kurtka od Diesla i torebka od D&G, bo trzyma je u siebie już ponad rok.
– Na pewno jakoś wykorzystam ten kupon!
Zawsze przecież mogę nim obdarować kogoś innego!