Strona główna / Biografie, wspomnienia / Z Miśkiem w Norwegii

Aktualności

28.10.2021

Małgorzata Gutowska-Adamczyk w Mińsku Mazowieckim

W czwartek 28 października o godz. 18:30 zapraszamy do Miejskiej Biblioteki Publicznej w Mińsku Mazowieckim (ul. Piłsudskiego 1a) na spotkanie z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Osiedle Sielanka. Sąsiedzi".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

16.10.2021

Rozmowa z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Osiedle Sielanka. Sąsiedzi".

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  3. Dubaj krwią zbudowany Marcin Margielewski

Z Miśkiem w Norwegii

Aldona Urbankiewicz

Pierwsza noc na dziko

Niedziela

Ruszamy dalej. Za nami Laxön i pierwsza noc w naszym domku na kołach. Noc na dziko. Gdyby tylko Misiek nie budził się w nocy i spał do dziewiątej, byłoby idealnie, a tak pobudka o 6:30.
Teraz jest 8:45, a my mamy za sobą śniadanie i spacer, strasznie szybko nam to idzie. Wystawiliśmy przed auto stolik i krzesła. Pierwszy biwak. Jest ciepło i słonecznie, więc możemy sobie na to pozwolić. Potem obeszliśmy oba brzegi rzeki, na tyle, na ile pozwoliły nam mosty, zahaczyliśmy o jakąś małą restaurację, niestety tylko zahaczyliśmy, konsumpcji nie było.
Teraz jedziemy nad morze.
Afera. Misiek powinien spać już od godziny. A nie śpi. Walczy sam ze sobą. Kłócę się z nim od co najmniej piętnastu minut. On chciałby wyjść z fotelika i zasnąć na moich rękach. Ja rozumiem, że tak jest dużo przyjemniej, niestety mniej bezpiecznie. Siedzę więc wygięta jak struna, trzymając go za rękę. Jakaś namiastka bliskości, nie działa... Dobra. Siadam obok wciśnięta między fotel Marcina i fotelik Mikołaja, obejmuję rękami jego buźkę, sama przytulam się do oparcia fotelika. Całe szczęście dla mnie, bo długo bym tak nie wytrzymała, sen morzy go po trzech minutach. Ciepły oddech na twarzy to jedyne, co było mu potrzebne.

Kiedy pierwszy raz odwiedziliśmy Skandynawię, mieliśmy ze sobą małe srebrne autko i mały żółty namiot. Wybraliśmy wtedy przełom czerwca i lipca, najcieplejsze miesiące w Norwegii. Wiedzieliśmy, że noce będziemy spędzać pod namiotem, musiało być ciepło. I było cudnie, co prawda bardzo często żarłoczne meszki nie dawały nam spędzić wieczoru przed namiotem i musieliśmy gnieść się we dwójkę w zamknięciu, ale na szczęście te paskudne owady gryzły tylko nad słodkimi wodami. Wieczory spędzane nad brzegami fiordów miały w sobie magię i spokój. Wieczory nad jeziorami kończyły się wiśnióweczką w szczelnie zamkniętym namiocie, po zwycięsko zakończonej walce z wszelkim robactwem. Żaden komar, żadna meszka nie mogły przetrwać żywe, w przeciwnym razie na własne życzenie poświęcalibyśmy nasze ciała na łup tym krwawym zbrodniarzom. Namiot przetrwał wszystko – deszcz, zimne noce i noclegi na śniegu. Przeszedł wszelkie możliwe testy. Było cieplutko i przyjemnie, oczywiście w bluzie i ciepłych spodniach i… z buteleczką u boku. Teraz mamy kampera, jesteśmy sami sobie sterem, żeglarzem i okrętem, przestaliśmy być zależni od kogokolwiek. Nie musimy szukać dogodnego miejsca na nocleg, wystarczy niewielka zatoczka lub mały parking, staniemy wszędzie. Dwa lata temu musieliśmy sami grzać się od środka w naszym małym namiocie. Teraz mamy grzejnik i dużo miejsca, zobaczymy.

Wczoraj pod wieczór dotarliśmy do Laxön. Szukaliśmy miejsca na obiadokolację, z braku laku skręciliśmy w lewo i wylądowaliśmy właśnie tutaj. Ta urocza wioska z początku zupełnie nie wyglądała na coś specjalnego. Mieliśmy zrobić obiad i ruszyć dalej w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Zatrzymaliśmy auto na wąskiej drodze i ruszyliśmy na krótką przechadzkę. Do pory obiadowej została jeszcze chwila, więc ruszyliśmy przed siebie. Zaraz za zakrętem ujrzeliśmy wielki gmach, w którym odbywało się coś na kształt spotkania, szkolenia albo… mszy, do dziś nie mam pojęcia, co to mogło być. Może byli to po prostu turyści wsłuchani w przewodnika? Nie mam pojęcia.
To wielkie i brzydkie gmaszysko leżało nad ślicznym jeziorem. Postanowiliśmy obejść je dokoła, a dopiero potem zająć się obiadkiem. Misiek biegał więc po łące, a my spacerowaliśmy brzegiem jeziorka i tak zaszliśmy tutaj, do centrum. Jest cieplutko, Mikołaj chodzi tylko w koszulce, spodniach i czapce z daszkiem. Czapka obowiązkowo, bez niej nie rusza się z domu.
Laxön to taka mała, urokliwa wioska – nazwałam ją ośrodkiem pracy twórczej, cokolwiek to znaczy. Śliczne czerwone domki z białymi okiennicami nad jeziorkiem w lesie. Super było – dużo Miśkowego biegania. W domkach mieściły się pracownie – malarska, rzeźby, ceramiki, tkaniny, biżuterii. Wszystko to dostrzegłam zza okien. Kiedy tam dotarliśmy, było już późno i cały ten dziwny ośrodek był już pozamykany. To znaczy pozamykane były domki, ale jednocześnie nie było widać tam już nikogo, kto mógłby nas stamtąd przegonić, więc zostaliśmy na noc. Wróciliśmy pod to brzydkie, wielkie gmaszysko i przeparkowaliśmy autko na skraj wioski. Nie stanęliśmy w jej centrum, bo baliśmy się, że zjawi się ktoś, kto nas przegoni. A tu, na skraju, ukryci w niewielkim lasku, czuliśmy się jak u Pana Boga za piecem. Obiadek – rosół z Radomia, kolejny spacer, kolacja i pierwsza kąpiel Miśka w Skandynawii. Troszkę to skomplikowana operacja, ale to ogromna radość dla niego pod koniec dnia móc popluskać się w ciepłej wodzie. Teoretycznie moglibyśmy spróbować namówić go do kąpieli pod prysznicem, ale chyba jest jeszcze troszkę za mały, by zmieniać jego przyzwyczajenia. Od urodzenia kąpał się w tej swojej błękitnej wanience. Zbyt ciasne pomieszczenie kabiny prysznica mogłoby popsuć mu humor. Każdy dzień w nowym miejscu to i tak wystarczające wyzwanie dla jego małej głowy. Musi być przecież w jego życiu coś pewnego, coś stałego, coś, co zna, coś, co wprowadzi jakąś logikę w jego świat. Dlatego wanienka przyjechała z nami. Jeśli ją kocha, będzie ją miał. Po kąpieli Marcin z wodą i wanienką wyskakuje na zewnątrz, a my mamy czas dla siebie. Nie jest zimno, ale Mikołaj na noc ląduje jednak w piżamie w swoim własnym śpiworze, w swojej własnej pościeli. Jest niemal jak w domu. Kilka opowieści na dobranoc, ciepłe mleko i w końcu spokojny sen.
Kiedy Misiek usnął, wybraliśmy się na króciutki spacer po okolicy, na tyle krótki, że przez cały czas mieliśmy na oku nasze auto. Dotarliśmy nad wielką tamę, wypiliśmy piwko, wznosząc toast za dobry początek i po godzince uciekliśmy przed chmarą meszek do kampera. Meszki nie znają granic i nie mają też pewno sumienia. Jak mówi norweskie przysłowie – komar nigdy nie jest tak mały, by nie stać się utrapieniem konia.
Wędrówka po Laxön zaowocowała tym, że poznaliśmy troszeczkę historię tego miejsca. W tej okolicy znajdował się kiedyś obóz wojskowy. Żołnierze już dawno stąd zniknęli, ale przepiękne budynki pozostały. I łososie, one też, a dzięki nim to miejsce stało się także ważnym ośrodkiem połowów tej szlachetnej ryby.
Znaleźliśmy swój wymarzony, parterowy, czerwony domek, może kiedyś uda nam się w takim zamieszkać.

Wróciliśmy do białych nocy. Znowu słońce przez okrągły dzień. Kiedy dotarliśmy do Norwegii dwa lata temu, pierwszą taką noc spędziliśmy na kempingu w pobliżu Lysefjordu. Prześliczne widoki, które można podziwiać całą dobę. Te majestatyczne skały nie pogrążają się w mroku o żadnej porze nocy. Wystarczą chęci i siły, by móc spędzać całe doby na nogach. Baliśmy się nocy, braku gwiazd i ciemności. I jeszcze ten żółty namiot, w którym noce wyglądały jak słoneczne południa. Zmęczenie jednak robi swoje. Żaden blask słońca na niebie nie był w stanie przeszkodzić nam we śnie.
Co jeszcze kojarzy mi się z tym miejscem? Spokój. Wszechogarniający spokój. Absolutny, niczym niezmącony. Zupełnie jak wody tego fiordu nocą. Magia. Nie ma pośpiechu, nie ma ruchu. Serce bije spokojnie, powoli. Jest się zamkniętymi oczami, powolnym oddechem, czernią wód fiordu, pewnością skał. Chyba pierwszy raz w życiu czułam się tak zupełnie spokojna. Jakbym wiedziała, że należę do tego miejsca, że wróciłam do początku.

Fiordy. Moja miłość. Opowiem wam, czym są. Bo czym są? Zastanówcie się. Wiecie?
Spójrzcie na linię brzegową Polski i porównajcie ją z linią brzegową Norwegii. Nieźle, co?
Fiordy to długie i wąskie zatoki morskie wrzynające się głęboko w nadbrzeżne łańcuchy górskie. Proste. Ich głębokość przy końcach często dorównuje wysokości otaczających ją klifów. Bliżej otwartego morza wody są płytsze. To mnie zawsze zastanawiało. Wydawało mi się, że dalej powinno być głębiej. A jest odwrotnie. Fiordy powstały wskutek stopniowej erozji podczas ostatniej epoki lodowcowej. Olbrzymie lodowce, przesuwając się wtedy dolinami, rzeźbiły głębokie i strome szczeliny, często sięgające poniżej poziomu morza. Im miększe skały napotykały na swej drodze, tym głębiej wrzynały się w ich powierzchnię. Po stopnieniu lodowców utworzone przez nie zagłębienia zajęła woda. Lodowce, przesuwając się w głąb lądu, docierały często na bardzo dalekie odległości. Odnogi fiordu mogą wrzynać się w ląd nawet do dwustu kilometrów. Najpiękniejsze, zapierające dech w piersiach fiordy leżą w Krainie Fiordów, ciągnącej się od Stavanger po Kristiansund. To rejon zwany Vestlandet.

Rano, po śniadaniu, wróciliśmy na tamę i postanowiliśmy już w trójkę zwiedzić całą okolicę. Misiek trzyma się nas. Biega sam, nie lubi chodzić za rękę, ale nie oddala się zbytnio. Musimy tylko pilnować, żeby fantazja nie wpakowała go w żadne kłopoty. Znaleźliśmy muzeum pstrąga, czy coś w ten deseń, oraz wielki pamiątkowy krzyż stojący na jednym z rzecznych kamieni. Z tego, co zrozumiałam z krótkiej legendy opisanej na tablicy opodal, krzyż postawiono tu, by upamiętnić śmierć mnicha, który zginął uczepiony właśnie tego kamienia. Spienione wody rzeki uniemożliwiły mu powrót na ląd. Legenda opowiadała również o kłótni zakonników z mieszkańcami wsi, chyba o łososie właśnie, ale pewności nie mam i nie ponoszę odpowiedzialności za moje tłumaczenie. Norweskiego uczyłam się rok i więcej już nie będę. Do nauki języka potrzeba też odwagi, cóż z tego, że wiem, jak co powiedzieć, kiedy brak mi śmiałości, by otworzyć usta. Momentalnie przechodzę na angielski, szkoda czasu na coś, czego i tak nigdy nie wykorzystam.
Wracając do spienionych wód rzeki. Już nie porwałyby nikogo. Przynajmniej nie dziś. Jeśli tylko chcielibyśmy, moglibyśmy przejść z jednego brzegu rzeki na drugi suchą stopą. Rzeka, owszem, płynie, ale tak leniwie i spokojnie, jak to tylko możliwe. Ogromne głazy wystają ponad jej poziom. Dziś jest to rzeka kamieni, gdzieniegdzie omywana delikatnie przez strumyki wody.