Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Fałszywa śmierć

Aktualności

28.10.2021

Małgorzata Gutowska-Adamczyk w Mińsku Mazowieckim

W czwartek 28 października o godz. 18:30 zapraszamy do Miejskiej Biblioteki Publicznej w Mińsku Mazowieckim (ul. Piłsudskiego 1a) na spotkanie z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, autorką książki "Osiedle Sielanka. Sąsiedzi".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.10.2021

Rozmowa z Kasią Bulicz-Kasprzak

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Kasią Bulicz-Kasprzak, autorką książki "Zielone pastwiska".

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  3. Dubaj krwią zbudowany Marcin Margielewski

Fałszywa śmierć

Mary Blayney, Patricia Gaffney, Ruth Ryan Langan, J.D. Robb

Rozdział 1


W przyjemny letni dzień trzy tysiące siedmiuset sześćdziesięciu jeden pasażerów promu płynęło przez port nowojorski na Staten Island. Dwoje z nich myślało o morderstwie.
Pozostałe trzy tysiące siedemset pięćdziesiąt dziewięć osób na pokładzie jaskrawopomarańczowego promu, nazwanego „Hillary Rodham Clinton”, zwyczajnie wybrało się na wycieczkę. Większość z nich stanowili turyści, którzy filmowali i uwieczniali na zdjęciach panoramę Manhattanu bądź odwieczny symbol niepodległości – Statuę Wolności.
Nawet w 2060 roku, prawie dwa wieki po tym, jak po raz pierwszy powitała w nowym świecie pełnych nadziei imigrantów, pozostała niepokonana.
Pasażerowie zaciekle walczyli o miejsca, z których rozciągał się najpiękniejszy widok, chrupali chipsy sojowe i opróżniali kupione w barach puszki napojów chłodzących, podczas gdy prom sunął majestatycznie pod błękitnym niebem po spokojnych wodach rzeki Hudson.
Słońce prażyło, więc zapach olejków ochronnych mieszał się z zapachem wody, a pasażerowie mimo to tłoczyli się na pokładach przez cały dwudziestopięciominutowy rejs z dolnego Manhattanu na Staten Island. Wodolotem pokonaliby tę odległość dwa razy szybciej, ale to nie względy praktyczne były tu najważniejsze. Chodziło o tradycję.
Większość zamierzała wysiąść w zatłoczonej przystani
St. George, a potem tą samą drogą wrócić do miasta. Przejażdżka nic nie kosztowała, było ciepło, a to był sympatyczny sposób na spędzenie godzinki.
Niewielka grupka stałych pasażerów, która wolała ten tryb podróżowania do pracy od mostów, wodolotów i tramwajów powietrznych, siedziała z dala od największych tłumów i zabijała czas, robiąc coś na palmtopach albo rozmawiając przez komórki.
Lato oznaczało obecność większej liczby dzieci. Niemowlęta płakały lub spały, raczkujące maluchy kwiliły albo chichotały, a rodzice starali się zająć marudne pociechy widokiem okazałego posągu i mijanych stateczków.
Dla Carolee Grogan ze Springfield w stanie Missouri przejażdżka promem oznaczała odhaczenie kolejnej pozycji na liście rzeczy obowiązkowych do zaliczenia podczas rodzinnych wakacji. Oprócz niej wykaz obejmował między innymi wjazd na ostatnie piętro Empire State Building, wizyty w ogrodzie zoologicznym w Central Parku, Muzeum Historii Naturalnej, katedrze Świętego Patryka, Metropolitan Museum (chociaż nie była pewna, czy rzeczywiście przekonała do tego męża oraz dwóch synów – dziesięcio- i siedmioletniego), na wyspie Ellis i w Memorial Park, a także przedstawienie na Broadwayu – obojętne jakie – i zakupy na Piątej Alei.
Żeby nie wyjść na egoistkę, uwzględniła mecz piłkarski na stadionie Yankee i pogodziła się z tym, że będzie musiała samotnie odwiedzić przybytek Tiffany’ego, kiedy jej mężczyźni udadzą się do raju miłośników wideo na Times Square.
Czterdziestotrzyletnia Carolee urzeczywistniła marzenie swojego życia. W końcu udało jej się wyciągnąć męża na wschód od Missisipi.
Czy Europa jest o wiele dalej?
Kiedy szykowała się do zrobienia zdjęcia Steve’owi i synom, jakiś stojący w pobliżu mężczyzna zaproponował swoją pomoc, więc ustawili się wszyscy do zdjęcia na tle dostojnego posągu. Gdy Carolee odzyskała już aparat i wróciła do spoglądania na wodę, trąciła męża łokciem.
– Widzisz. Był bardzo miły. Nie wszyscy nowojorczycy są opryskliwi.
– Carolee, to turysta jak my – stwierdził Steve z uśmiechem. – Prawdopodobnie z Toledo. – Wolał się z nią przekomarzać, niż przyznać, że całkiem dobrze się bawi.
– Zapytam go.
Mąż tylko pokiwał głową, kiedy podeszła do mężczyzny, by zamienić z nim kilka słów. Cała Carolee. Potrafiła rozmawiać ze wszystkimi wszędzie i o wszystkim.
Kiedy wróciła, rzuciła mu triumfujący uśmiech.
– Jest z Maryland, ale – dodała, dźgając go palcem – od prawie dziesięciu lat mieszka w Nowym Jorku. Płynie na Staten Island, żeby odwiedzić córkę. Właśnie została mamą. Jego żona bawi u niej od kilku dni, by jej pomagać. Wyjdzie po niego na przystań. To ich pierwszy wnuk.
– Dowiedziałaś się też, jak długo są małżeństwem, gdzie i jak poznał żonę i na kogo głosował w ostatnich wyborach?
Roześmiała się i dała mu kolejnego kuksańca.
– Chce mi się pić.
Spojrzała na młodszego syna.
– Wiesz co? Mnie też – stwierdziła. Może pójdziemy i przyniesiemy coś do picia dla wszystkich? – Wzięła go za rączkę i zaczęła torować sobie drogę przez tłum. – Podoba ci się, Pete?
– Jest nieźle, ale wolałbym obejrzeć pingwiny.
– Zrobimy to jutro z samego rana.
– Czy mogę dostać sojdoga?
– Znowu? Zjadłeś go zaledwie godzinę temu.
– Ładnie pachną.
Wakacje to czas dogadzania sobie – uznała i obiecała:
– Dobrze, kupię ci sojdoga.
– Ale chce mi się siusiu.
– W porządku. – Jako doświadczona matka już podczas wsiadania na prom odszukała toalety, więc teraz pewnie ruszyła w ich stronę. A ponieważ Pete wspomniał o siusianiu, sama poczuła, że też musi z nich skorzystać.
Wskazała mu męską toaletę.
– Jeśli wyjdziesz pierwszy, zaczekaj tutaj. Pamiętasz, jak wygląda załoga promu? Jakie nosi mundury? Gdybyś potrzebował pomocy, zwróć się bezpośrednio do kogoś z obsługi.
– Mamo, idę tylko zrobić siusiu.
– Ja też. Zaczekaj na mnie tutaj, jeśli wyjdziesz pierwszy.
Patrzyła za nim, jak odchodzi, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że jak tylko odwrócił się plecami do niej, musiał wznieść oczy do góry. Rozbawiona skierowała się do damskiej toalety.
I zobaczyła napis: „Nieczynne”.
– Cholera.
Zastanowiła się, jaki ma wybór. Powstrzymać się, aż kupią hot dogi i napoje – w przeciwnym razie syn będzie się dąsał – a potem odszukać inną toaletę. Albo... zajrzeć do środka... Z pewnością nie wszystkie kabiny są nieczynne. A ona potrzebowała tylko jednej...
Pchnęła drzwi i weszła do środka. Nie chciała zostawiać Pete’a samego zbyt długo. Myślała jedynie o tym, żeby szybko zrobić siusiu i wrócić do barierki, by obserwować, jak dopływają do Staten Island.
Stanęła jak wryta.
Krew, pomyślała, tyle krwi.
Kobieta leżąca na podłodze wydawała się w niej skąpana. Stojący nad jej ciałem mężczyzna w jednym ręku trzymał jeszcze ociekający krwią nóż, a w drugim – paralizator.
– Przepraszam – powiedział i zabrzmiało to całkiem szczerze.
Kiedy Carolee cofnęła się o krok i zaczerpnęła powietrza, żeby krzyknąć, nacisnął spust paralizatora.
– Naprawdę najmocniej przepraszam – powtórzył, gdy Carolee osunęła się na podłogę.
*
Porucznik Eve Dallas nie spodziewała się, że tego popołudnia będzie mknęła motorówką przez nowojorski port. Rano pomagała Peabody, swojej partnerce kierującej śledztwem w sprawie śmierci Vickie Trendor, trzeciej żony Alana Trendora, który rozbił jej czaszkę butelką kiepskiego kalifornijskiego chardonnay i niewzruszenie twierdził, że nie można powiedzieć, iż rozwalił jej mózg, bo żona mózgu nie miała.
Kiedy prokurator i obrońca uzgadniali warunki ugody, trochę nadgoniła pracę papierkową, omówiła z dwójką detektywów strategię postępowania w prowadzonym przez nich śledztwie, a kolejnemu pogratulowała zamknięcia dochodzenia.
Według niej był to całkiem udany dzień.
A teraz razem z Peabody pędziła łodzią wielkości deski surfingowej w kierunku pomarańczowego kadłuba promu tkwiącego w połowie drogi między Manhattanem a Staten Island.
– To prawdziwy odlot! – krzyknęła Peabody. Stała w pobliżu dziobu, a wiatr rozwiewał jej krótko ostrzyżone włosy.
– Dlaczego?
– Jezu, Dallas! – Zsunęła okulary przeciwsłoneczne niżej na nos i spojrzała na Eve brązowymi oczami, w których malował się zachwyt. – Płyniemy łodzią. Znajdujemy się na wodzie. Człowiek często zapomina, że Manhattan jest wyspą.
– I właśnie to mi odpowiada. A tak to człowiek zadaje sobie pytania o to, jak to się dzieje, że ta wyspa nie tonie – pod ciężarem tych wszystkich budynków, ulic, ludzi powinna pójść na dno jak kamień.
– Daj spokój – zaśmiała się Peabody i poprawiła okulary na nosie. – Statua Wolności – wskazała – to prawdziwy hit wszech czasów.
Eve nie zamierzała się z nią sprzeczać. Mało brakowało, a zginęłaby wewnątrz tego słynnego pomnika, walcząc z radykalnymi terrorystami, którzy postanowili go wysadzić. Nawet teraz, patrząc na niego, widziała swojego zakrwawionego męża, kurczowo trzymającego się występu nad dumnym obliczem statuy.
Przeżyli, pomyślała. Roarke’owi udało się rozbroić bombę i uratować sytuację. Symbole są ważne, a dzięki nim ludzie nadal mogli pływać promem i pstrykać zdjęcia ikonie wolności.
To rozumiała, na tym polegała jej praca. Nie mogła natomiast pojąć, dlaczego wydział zabójstw musiał zamknąć wyspę, bo gliniarze z Wydziału Transportu nie mogli znaleźć pasażerki promu.
Krew w toalecie i zaginięcie kobiety. Z pewnością to ciekawe, przyznała, ale to nie jej rewir. Właściwie to wcale nie był rewir, tylko akwen. A na nim duży pomarańczowy prom.
Dlaczego statki nie toną? – zdziwiła się, ale zaraz przypomniała sobie, że czasami toną, więc postanowiła o tym nie myśleć.
Kiedy motorówka zbliżyła się do pomarańczowego kadłuba, Eve zobaczyła stojących przy relingach ludzi. Niektórzy im pomachali, a Peabody odpowiedziała na pozdrowienie podobnym gestem.
– Przestań – poleciła Eve.
– Przepraszam. To odruch. Wygląda na to, że otrzymałyśmy wsparcie – zauważyła partnerka, wskazując motorówki z logo Wydziału Transportu unoszące się na wodzie w pobliżu promu. – Mam nadzieję, że nie wypadła za burtę. Ani nie skoczyła do wody. Chociaż ktoś by to zauważył, prawda?
– Raczej opuściła pokład pasażerski, zabłądziła i teraz próbuje znaleźć drogę powrotną.
– Krew – przypomniała jej Peabody, ale Eve wzruszyła ramionami.
– Zaczekajmy, to się przekonamy.
To też stanowiło część jej pracy: cierpliwe oczekiwanie. Była policjantką od kilkunastu lat i wiedziała, czym grozi pochopne wyciąganie wniosków.
Kiedy motorówka zwolniła, zaczęła balansować ciałem, by nie stracić równowagi, i przyglądać się zgromadzonym przy relingach ludziom, ich reakcjom, a także poszczególnym pokładom. Jej krótkie włosy rozwiewał wiatr, a złotobrązowe oczy obojętnie analizowały to, co mogło być miejscem zbrodni.
Kiedy przycumowano motorówkę do promu, zeszła z jej pokładu.
Mężczyzna, który wyszedł jej naprzeciw z wyciągniętą ręką, miał według niej około trzydziestu lat. Był w letnich spodniach i jasnoniebieskiej koszuli opatrzonej symbolem Wydziału Transportu. Z jego opaloną – w sposób naturalny lub sztuczny – twarzą kontrastowały wypłowiałe od słońca włosy i jasnozielone oczy.
– Pani porucznik, pani detektyw, jestem inspektor Warren. Cieszę się, że tu panie widzę.
– Nie odnalazł pan jeszcze swojej pasażerki, inspektorze?
– Nie. Poszukiwania wciąż trwają. – Dał im znak, by poszły za nim. – Uruchomiliśmy dodatkowo kilkunastu funkcjonariuszy, by pomogli załodze odszukać kobietę i zabezpieczyli miejsce, gdzie ostatni raz ją widziano.
Ruszyli w górę schodów.
– Ilu pasażerów jest na pokładzie?
– Na podstawie biletów doliczono się trzech tysięcy siedmiuset sześćdziesięciu jeden osób zaokrętowanych w Whitehall.
– Inspektorze, zwykle w wypadku zaginięcia pasażera promu nie wzywa się wydziału zabójstw.
– Zgadzam się, ale ponieważ nie mogę w tym zdarzeniu dopatrzyć się jakiegokolwiek sensu, zdecydowałem się na wybór niestandardowej drogi – wyznał inspektor, zmierzając ku kolejnemu ciągowi stopni i spoglądając przez ramię na ludzi uwieszonych na relingach. – Muszę przyznać, że ta sytuacja mnie przerasta. W tej chwili większość pasażerów zachowuje spokój. To głównie turyści i całe to zdarzenie uznali za rodzaj atrakcji. Ale jeśli jeszcze trochę ich tu przetrzymamy, zrobi się nieprzyjemnie.
Eve stanęła na wyższym pokładzie częściowo zamkniętym już przez funkcjonariuszy z Wydziału Transportu.
– Inspektorze, może przedstawi mi pan sytuację?
– Zaginiona kobieta to niejaka Carolee Grogan, turystka z Missouri, która wsiadła na prom z mężem i dwoma synami. Wiek: czterdzieści trzy lata. Mam jej rysopis i zdjęcie zrobione tutaj dziś po południu. Razem z młodszym synem poszła po coś do picia, ale najpierw udali się do toalety. Chłopiec wszedł do męskiej, a kobieta zamierzała skorzystać z damskiej. Przykazała synowi, żeby na nią zaczekał, jeśli wyjdzie pierwszy. Czekał więc i czekał, ale nie wychodziła.
Warren przystanął koło toalet i skinął głową funkcjonariuszowi pilnującemu drzwi do damskiego WC.
– Nikt tu nie wszedł ani stąd nie wyszedł. Po kilku minutach chłopiec zadzwonił na komórkę matki. Nie odebrała. Zadzwonił więc do ojca, który przyszedł tu razem z drugim synem. Ojciec, Steven Grogan, poprosił... Sarę Hunning, żeby sprawdziła, czy w środku jest jego żona. – Warren otworzył drzwi. – Oto, co ujrzała.
Eve weszła do toalety za Warrenem i natychmiast poczuła zapach krwi. Gliniarze z wydziału zabójstw doskonale go znają. Przebijał przez cytrusową woń odświeżaczy powietrza i środków dezynfekujących wypełniającą to biało-czarne pomieszczenie ze stalowymi umywalkami.
Na podłodze krew rozlała się ciemną kałużą, a jej rozbrysk na drzwiach do kabin i przeciwległej ścianie wyglądał niczym abstrakcyjne graffiti.
– Jeśli to krew Grogan – powiedziała Eve – nie szukacie zaginionej pasażerki, tylko martwej.