Strona główna / Literatura polska / Hakus pokus

Aktualności

26.04.2021

Spotkanie online z Barbarą Kwintą

W poniedziałek 26 kwietnia o godz. 19:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Barbarą Kwintą, autorką książki "Chwała meksykańskim zakonnicom".

Wywiady

11.03.2021

Między losem a przeznaczeniem - wywiad z Jodi Picoult

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Jodi Picoult. Z autorką "Księgi Dwóch Dróg" rozmawiała Ewa Cieślik z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.03.2021

Danuta Awolusi gościem FANBOOK.TV

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Danutą Awolusi, autorką książki "Nie mówiąc nikomu".

Bestsellery

TOP 20

  1. Tytus, Romek i A'Tomek /kolekcja 25 ksiąg/ Henryk Jerzy Chmielewski
  2. Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć Violetta Ozminkowski
  3. Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne Ewa Kempisty-Jeznach

Fotogaleria

więcej »

Hakus pokus

Katarzyna Leżeńska, Darek Milewski

21

Dwa dni później o świcie Beata biegła ulicami, przykro zaskakując szopy pracze, jak zwykle grzebiące przy śmietnikach. Biegła równym tempem, oddychając rytmicznie: wdech, wdech, wydech, wydech. Nowe buty do biegania wydawały cichy skrzypiący odgłos, który wcinał się nierówną synkopą w parzysty rytm oddechu. Przedwczorajsze wydarzenia były historią, do której nie chciała wracać pod żadnym pozorem. Jeszcze nie.
W okolicach Evergreen Point w oknie jednego z domów dostrzegła nagle kogoś, kto biegł jakieś sto metrów za nią. Wydało jej się raczej mało prawdopodobne, by dwoje idiotów jednocześnie wpadło na pomysł pobiegania o piątej rano.
Po chwili w witrynie warsztatu samochodowego znowu mignęła jej sylwetka biegacza. Facet. Beata nie przyśpieszyła, bo i on utrzymywał dystans, ale poczuła, że sztywnieje ze strachu. Tylko tego jej brakowało, żeby ją napadnięto na środku pustej po horyzont ulicy. Nie przyszło jej nawet do głowy zabrać na jogging pojemniczka z gazem pieprzowym, bez którego w Chicago nie ruszała się z domu.
Nagle, jakieś dwadzieścia metrów przed sobą, zobaczyła skrzynkę z metalowym Krokodylem Gieną. Stres, nagłe wyładowanie w zwojach mózgowych, cokolwiek to było, sprawił, że w nagłym przebłysku pamięci skojarzyła rozmowę z Ewą i nocnego pawia, o którym do tej chwili udało jej się nie pamiętać.
Hakus pokus, przemknęło jej przez myśl. Robert był mężem kobiety, która nie mogła przyjechać po swoje rzeczy do garażu?!
Nie było czasu na analizowanie.
Przesadziła schodki dwoma susami i zadzwoniła do drzwi wejściowych.
Odpowiedział jej tylko rytmiczny tupot zbliżającego się biegacza.
Zadzwoniła ponownie, tym razem jakby się paliło.
Odwróciła się i zobaczyła wyłaniający się z półmroku niebieski kostium. Jak wdzianko Supermana.
W tej samej chwili Robert otworzył drzwi z prawą ręką za plecami. Nie musiała pytać dlaczego. Kij baseballowy był aż nadto widoczny. Robert miał na sobie T-shirt założony na lewą stronę i szorty. Już razem, przez dobre kilka sekund, przyglądali się, jak staruszek w niebieskim kostiumie z lycry przebiega wzdłuż drugiej strony ulicy, pozdrawiając ich gromkim: „Dobry!” i machaniem ręki. Pobiegł dalej, a Beata została na wycieraczce Roberta. Kompletnie ogłupiała i bardzo zawstydzona.
– Wejdziesz? – zapytał ją, odkładając na bok swój kij i przestępując z nogi na nogę. Był boso.
– Przepraszam – wybąkała. – Wystraszył mnie.
– Ten dziadek?
– Skąd mogłam wiedzieć, że dziadek? – odparła zła na siebie i na niego jednocześnie.
– Racja. Dobrze zrobiłaś. Herbaty? Kawy?– zaproponował, chyba nieświadomy jej zmieszania.
– Nie... Właściwie, chętnie. Herbaty – mruknęła, wchodząc do środka.
– Siadaj, zaraz przyniosę.
Weszła do salonu. Był tylko trochę mniej pusty od jej mieszkania. Szara kanapa, dwa wiśniowe fotele, kominek, jakieś zdjęcia na ścianach i stół z książkami, papierami i laptopem. Stereo grało Bacha.
Od pamiętnego wieczoru integracyjnego z klientami Beata zamieniła z Robertem może trzy zdania. Żadne z nich nie dotyczyło Jima, obleśnego audytora z Loveland Aircraft, ani nocy przespanej w łóżku Roberta. Nie mówiąc o poranku, szczerze mówiąc, jednym z najboleśniejszych w jej życiu.
Sprawą Jima podobno zajął się Samuel i z właściwym sobie sprytem obrócił ją na korzyść CounterVision. Pewnie za tydzień czy dwa Loveland podpisze kontrakt, a ten gnojek, Jim, będzie pierwszym orędownikiem na rzecz ich firmy. Jeszcze wczoraj Beata chciała jednak pójść na policję. I na chceniu się skończyło. Wiedziała, czym się to może skończyć. Nie, nie dla tego palanta, ale dla niej. Upokorzeniem przy przesłuchaniu, konfrontacjami, zeznaniami, kwestionowaniem jej intencji i stanu trzeźwości. Na koniec palant zostałby uniewinniony; zresztą wcześniej żona i dzieci tego gnojka ubłagałyby ją o wycofanie oskarżenia. Więc nie warto.
Wciąż ją mroziło, jak tylko zaczynała o tym myśleć.
Miała nadzieję, że w poniedziałek nikt nie zainteresuje się bliżej, jak zakończyła tamtą noc i że spędziła ją pod dachem Roberta. Pewnie nikt tego nie będzie pamiętać. Wszyscy byli nieźle napruci. Mike patrzył na nią trochę inaczej. Musiał słyszeć o jej... przygodzie. Lilo i XXL byli jacyś tacy... cieplejsi? Robert nie napomknął o tym ani słowem. Beata nie miała o czym napomykać z tego prostego powodu, że niemal niczego nie pamiętała. Pomiędzy papierosem wypalonym pod pomnikiem Lenina a porankiem w cudzym łóżku nie było nic. Z milczenia Roberta wnosiła, że nie było o czym mówić. I mogła tylko mieć nadzieję, że się nie myli.
– Właściwie można powiedzieć, że wchodzę do ciebie drugi raz – powiedziała Beata, nadal stojąc w progu salonu.
– Ściślej biorąc, poprzednim razem zostałaś tu wniesiona – odparł Robert, nie patrząc na nią, skupiony na dwóch wielkich kubkach z parującą herbatą, które niósł z kuchni.
Beata zamilkła, zdecydowana, cokolwiek za późno, nie podejmować tematu. Ale Robert najwyraźniej nie miał zamiaru zabawiać jej swoją wersją zdarzeń. Właściwie wyglądał na lekko skonanego. Podszedł do stereo i przyciszył muzykę.
– Kładłeś się w ogóle? – zapytała, zerkając do gabinetu, gdzie czerniały trzy wielkie monitory, pokryte białymi ścieżkami najzupełniej niezrozumiałych dla niej informacji.
Kiwnął tylko głową.
– Nie wiedziałam, że aż taki z ciebie ranny ptaszek – powiedziała, żeby coś powiedzieć, dyskretnie rozglądając się po pogrążonym w półmroku pokoju.
– To nie to – mruknął, upijając łyk herbaty. – Od pół roku budzę się o czwartej, piątej rano. Bez względu na to, o której się położę.
Depresja, pomyślała Beata, a głośno powiedziała:
– Kto jest na tym zdjęciu?
I pokazała ruchem głowy fotografię Roberta i szczupłej blondynki, siedzących na plaży, wiszącą obok kominka. Robert zamarł, jakby pierwszy raz ją zobaczył.
– To twoja żona?
Krokodyl Giena, przypomniało się Beacie po raz kolejny. Za późno na wycofanie pytania.
Odwrócił się i przyjrzał się jej uważnie, jakby próbował błyskawicznie ocenić, co warto powiedzieć. Skinął głową.
Beata usiadła w fotelu koło kominka i spojrzała na Roberta. Pochwyciła jego wzrok i w tym momencie dotarło do niej z całą oczywistością, że siedzący naprzeciwko mężczyzna czeka na jej następne pytanie. Tylko które? I dlaczego tak jej zależy na tym, by zadać to właściwe?
– O, a to co? – wskazała na zawieszony pod sufitem w rogu pokoju mocno zakurzony biały kapelusz kowbojski.
– To? Moje memento – odparł Robert, wydmuchując parę z kubka. – Pamiątka ślubna.
– Co się właściwie stało z twoją żoną? – palnęła, zdumiona sama sobą. Psycholog od siedmiu boleści! – To znaczy... Przepraszam...
Uśmiechnął się, patrząc w bok. Za oknem słychać było budzący się do życia most do Seattle. Beata chciała jeszcze raz przeprosić, ale było coś w twarzy Roberta, co nakazało jej zamknąć się i milczeć. I czekać.
– O ile mi wiadomo, układa sobie życie z naszą wspólną przyjaciółką – wyjaśnił po chwili. Nadal patrzył w bok, unikając oczu Beaty. – No, chyba że coś się zmieniło – dodał szybko, bardziej do siebie niż do niej.
– Jest... lesbijką? – zapytała, czy też raczej upewniła się, Beata.
Robert spojrzał na nią z namysłem. Nalał z czajnika więcej wody. Zajrzał do środka. Para przysłoniła mu oczy. Beacie wydało się, że zobaczyła w nich wilgoć.
Napiła się herbaty i spojrzała na Roberta pytająco.
– Nie, raczej nie jest lesbijką – odpowiedział powoli pomiędzy dwoma łykami. – Szykuje się do operacji zmiany płci. W tej chwili jest w trakcie kuracji hormonalnej. Chyba.
Beata zamarła. Wiedziała, co w takiej sytuacji odpowiedziałby drzemiący w niej psycholog. Ale z jakichś powodów chciała w tym momencie być tylko... Kim? Przyjaciółką? Znajomą? Koleżanką z pracy?
– O, fuck. Strasznie mi przykro – szepnęła.
Uśmiechnął się samymi ustami.
– Mnie też – rzucił i dolał resztkę wody z czajnika do kubka.
Milczała, choć może powinna była zadać sakramentalne w takich chwilach pytanie: „Czy chcesz o tym porozmawiać?”. Ale również i ten wytrych wydawał się jej nie na miejscu.
Chyba go zaskoczyła. Chyba zakładał, że nie wytrzyma i włączy wyuczony dyskurs z opcją „pacjent w kryzysie”. Przyjrzał jej się uważnie. Spokojnie odwzajemniła jego spojrzenie.
– Nie ma o czym mówić – powiedział i spojrzał w kubek.
Beata chciała krzyczeć, że właśnie trzeba o tym mówić. Wiedziała jednak, że Robert nie musi być na to gotowy.
A poza tym, może już z kimś o tym rozmawia, ktoś mu pomaga?
Patrzyła na człowieka, któremu rozpadł się świat, a on nadal stoi obiema nogami na ziemi. Jakim cudem? Czy ona by tak potrafiła?
Po raz pierwszy od momentu ich nieszczęsnej rozmowy kwalifikacyjnej zobaczyła w Robercie kogoś innego niż znerwicowanego, socjopatycznego nerda. Mike, Lilo, XXL, Niku czy Samuel odpłynęli w tło. Robert zarysował się nieco wyraźniej.
Zauważyła, że i on na nią patrzy. Nie myśląc, odstawiła kubek i wstała.
– Pójdę już.
Też wstał. Uśmiechnął się smutno.
Ruszyła pierwsza. Położyła rękę na klamkę. Chciała go o coś jeszcze zapytać, ale miała w głowie pustkę. Czuła ból, jakby to, co przeżywał, rozlało się i w niej.
Odwróciła się. Stał pół metra dalej.
– Dziękuję za herbatę – powiedziała. – I za... wszystko.
Uśmiechnął się jeszcze raz.
Zdjęła rękę z klamki. Zrobiła krok w jego stronę. Zarzuciła mu ramiona na szyję i przytuliła się do jego piersi.
Przez sekundę czuła jak sztywnieje i nie wie, co dalej zrobić. Po chwili jednak ją objął. Lekko, niepewnie. Stali bez ruchu.
Na zewnątrz szopy pracze dobierały się do śmietnika.
– Pójdę już. Naprawdę – powiedziała cicho, uśmiechając się. Wysunęła się z jego objęć. Nie zatrzymywał jej. Ani nie odpychał.
Zamknęła drzwi za sobą. Przez chwilę stała przy krokodylu, bezwiednie gładząc go po meloniku. W głowie miała pustkę. Ale to dobrze, pomyślała.
Trzy domy dalej spotkała dwa szopy pracze, otwierające pokrywę plastikowego kubła na śmieci. Jeden ją podpierał, drugi grzebał w zawartości. Beata zwolniła i pomachała szopowi, który obserwował ją uważnie.
Jeśli zdąży dobiec do jeziora przed wschodem słońca, wszystko będzie dobrze.
Kiedyś w końcu musi być dobrze.
Ruszyła biegiem przez trawnik, a potem w dół ulicy, w stronę wody.