Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Pismak

Aktualności

26.10.2020

Najlepsza książka na jesień!

Z radością informujemy, że książka "Osiedle Sielanka. Nieznajoma" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk zdobyła nagrodę czytelników na najlepszą książkę na jesień 2020 w głosowaniu organizowanym przez serwis Granice.pl.

Wywiady

10.09.2020

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

26.11.2020

Czy prawdą jest, że kto usłyszy dźwięk wrzeciona kikimory, ten umrze?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Śreżoga".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska wendeta Tanya Valko
  2. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca Lucyna Olejniczak

Fotogaleria

więcej »

Pismak

Marek Harny

1


Kiedy boeing 737 LOT-u oderwał się od pasa na Roissy-Charles-de-Gaulle, Bukowski wreszcie odetchnął z ulgą. Nie znosił pożegnań. Nie pozwolił Yvonne odwieźć się na lotnisko. Jeszcze tylko zrobili sobie ostatni spacer brzegiem Sekwany i na stacji St-Michel-Notre-Dame wsiadł do metra. Wcale go nie cieszyło, że zostawia kochankę i wygodne życie w Paryżu. Nigdy wcześniej nie powodziło mu się tak dobrze. Wystarczyło, że odbębnił pańszczyznę w postaci średnio jednej korespondencji dziennie, a resztę czasu mógł poświęcić pracy nad nową książką i przyjemnościom. Wiedział, że traci wiele, wolał więc mieć to już za sobą. Miał nadzieję, że Yvonne szybko znajdzie sobie lepszego faceta. A on? Może powinien już dać sobie spokój. Żadnej nie przyniósł szczęścia.
Zamknął oczy i znowu zobaczył tę scenę. Nie bronił się przed obrazami, które rodziły się w jego wyobraźni. Choć nie były przyjemne. Może oczekiwał, że za którymś razem zobaczy coś, co pozwoli mu zrozumieć.
Dorota nie krzyczała. Może tylko raz, krótko i słabo, kiedy poczuła na szyi dławiący uścisk. Zanim jej głowa znalazła się pod wodą. Widocznie nie trwało to długo. Sąsiedzi byli wyczuleni na odgłosy dochodzące z jej mieszkania. Zdarzało się nawet, że wzywali policję, skarżąc się na zbyt głośne imprezy, jakie przed śmiercią zdarzało się jej urządzać coraz częściej. Nieraz wystarczyło głośniej nastawione radio, żeby stukali w ściany. Tym razem nikt niczego nie słyszał.
Od chwili kiedy dowiedział się, jaki los spotkał Dorotę, Bukowski miewał bardzo sugestywne wizje tego, co się wydarzyło. Zabójca wchodzi do łazienki. Ona leży naga w wannie. Odurzona alkoholem i marihuaną, nie otwiera oczu. Domyśla się, czyje to kroki. Więc nie czuje strachu. Czeka na pieszczotę, nie na śmierć. Może myśli, kiedy on zachodzi ją od tyłu, że za chwilę zakryje jej oczy dłońmi i spyta infantylnie: „Zgadnij, kto to?”. Potem jest już za późno. Nie może go dosięgnąć, choć bije wkoło rękami, prawą dłonią zdrapuje tynk ze ściany. Nie rani zabójcy, pod paznokciami zwłok nie znajdą później jego tkanki.
A więc tak skończyła jego Dorota. Stała się bohaterką historii z kącika kryminalnego. (...)


Poznali się przed piętnastu laty, kiedy przyszła na staż do „Głosu”. Redakcja mieściła się jeszcze w Pałacu Prasy przy Wielopolu, a on pracował w narożnym pokoju, z którego widać było wieże kościoła Mariackiego i wierzchołki drzew na Plantach. Był akurat sam, kiedy wsunęła głowę przez uchylone drzwi; natychmiast zauważył kontrast jej prawie czarnych kręconych włosów i bardzo jasnych oczu.
- Podobno ma pan być moim guru - powiedziała.
Nigdy w życiu nie myślał, żeby być czyimś guru. Sam nie uznawał autorytetów i młodych adeptów na studium dziennikarskim uczył tego samego. Ale tym razem odpowiedział:
- Jasne. Z przyjemnością.
Patrzyła na niego kpiąco.
- Nie poznaje mnie pan? Kiedyś mieszkaliśmy w tej samej kamienicy. W sławnym „domu dziennikarzy”. Naprawdę pan nie pamięta? Jestem Dorota May. Córka Wiktora Kowalskiego.
Teraz już wiedział. I wcale nie był z tego powodu szczęśliwszy. Wręcz przeciwnie. To stwarzało problem.
- Trochę się pani zmieniła - mruknął. - Ile lat miała pani wtedy? Dziesięć?
Stracił już pewność, czy rzeczywiście chce być jej guru. W dziennikarskim światku Kowalski był facetem skompromitowanym. Kimś, komu nie podawało się ręki. Zwłaszcza odkąd przeszedł na emeryturę i utracił dawne wpływy. Jego potęga rozsypała się, pozostała pamięć o czerwonym komisarzu, który w mroźny styczniowy poranek 1945 roku przyjechał do Krakowa sowieckim gazikiem, zajął Pałac Prasy i z pistoletem na biurku zaczął redagować pierwsze numery „Głosu”. Przez następnych czterdzieści lat rządził krakowskimi mediami jako zaufany człowiek partii. Pozbyto się go dopiero pod koniec, kiedy zaczął być niewygodny nawet dla Jaruzelskiego i jego generałów. Bukowski miał poza tym całkiem prywatne powody, żeby Kowalskiego nie znosić.
- No co się pan tak nastroszył?
Rzeczywiście, nie powinien niechęci do starego przenosić na córkę. Była jego późnym dzieckiem, owocem skandalicznego romansu z młodą dziennikarką, który oburzył nawet instancję partyjną. Z posiadania takiego ojca nie wynikało dla dziecka nic przyjemnego. Raczej same przykrości. Powinien jej współczuć.
- Niech się pan nie obawia. Z ojcem nie utrzymuję żadnych stosunków. Też uważam, że to drań. Chciałabym zostać taką dziennikarką jak pan.
Po tych słowach zaczerwieniła się. Musiałby być z kamienia, żeby się dłużej opierać. Wcale nie był. I miał w nosie zasadę mówiącą, że nie należy romansować w pracy. A gdzie?
- Na pewno będzie pani lepsza - powiedział.
- Wstrętny pochlebca.
- Wcale nie. Czasy się zmieniają. Będziecie mieli możliwości, o jakich my nie mogliśmy marzyć.
Rzeczywiście, czuło się już, że komuna dogorywa. Ale jeszcze nikt nie przewidywał, że runie tak szybko.


Okazał się marnym prorokiem. Dziennikarska kariera Doroty zakończyła się katastrofą. Ale to wiedział dopiero teraz. Z początku nikt nie mógł się spodziewać takiego finału. Dorota była naprawdę dobra. Geny zrobiły swoje. Nie był jej potrzebny żaden guru. Żaden mentor w sprawach zawodowych. Brakowało jej tylko przyjaciela. Osoba jej ojca odstraszała ludzi.


Wyciągnął z kieszeni piersiówkę kentucky jacka, kupioną w sklepie na lotnisku, i pociągnął spory łyk.
- Boi się pan latać, co? Nienawykły pan.
Z niechęcią spojrzał na swego sąsiada. Facet wyglądał na biznesmena świeżego chowu, jakiegoś handlarza używaną odzieżą czy kogoś takiego.
- Nie - odpowiedział. - Po prostu jestem starym pijakiem. A tobie, koleś, gówno do tego.
Mógł tylko żałować, że takiej pewności siebie nie miał na trzeźwo i kilkanaście lat temu. Może wtedy nie zostawiłby Doroty w Paryżu z Aksamitem. Wszystko potoczyłoby się inaczej. Jeszcze rok przed upadkiem komuny spodziewali się, że męcząca agonia potrwa długo, pogrążając kraj w coraz głębszej beznadziei. Każdy, kto tylko miał jakieś możliwości, myślał, jak uciec z ojczystej trupiarni. Dorota też. Na krótko zaraziła go tym pragnieniem. Namówiła na wspólny wyjazd do Francji.
Nie był to dobry pomysł. Przynajmniej dla niego. Co innego ona. Miała wszystko przygotowane. Dostała azyl, francuskie stypendium i opiekę Aksamita, który wydawał wtedy w Paryżu emigracyjne „Wolne Słowo”. I nie przeszkadzała mu osoba jej ojca. Może po prostu już urodził się taki szlachetny. Choć Bukowski w to nie wierzył. Wiedział z własnego doświadczenia, że łatwiej grać dobrego wujka, kiedy rośnie poziom hormonów. Aksamit nie był przecież facetem z drewna.
Z początku starał się tłumić w sobie zazdrość o jej nowego mentora. Ta znajomość była dla dziewczyny prawdziwą szansą. Bukowski rozumiał bardzo dobrze, że kiedyś, kiedy komuna zdechnie, poparcie kogoś takiego jak Władek Aksamit, legenda podziemnej prasy, będzie przepustką do kariery w kraju. Jeśli dobrze jej życzył, nie mógł mieć pretensji. (...)
Wytrzymał trzy miesiące i wrócił do Krakowa, gdzie miejsce w „Głosie” wciąż na niego czekało. Dorota uznała, że zerwanie nastąpiło z jego winy. Jej listy były najpierw pełne wyrzutów, potem przestała pisać. A kiedy po upadku komuny pojawiła się w kraju jako gwiazda wolnych mediów, nie było już czego ratować. Z początku nawet próbowali, ale bez powodzenia. Oboje doszli do wniosku, że to już nie ma sensu.
Dorota zamieszkała w Warszawie i niebawem wyszła za mąż za niedawnego opozycjonistę, który w pierwszym demokratycznym rządzie został wiceministrem. Jego świadkiem na ślubie był Aksamit. On też wkręcił Dorotę do telewizji. W ciągu kilku następnych lat wyrosła na prawdziwą gwiazdę programów politycznych. Bukowski tymczasem przeżywał jeden ze swych najgorszych okresów. (...)


Upadek Doroty nastąpił właśnie w czasie, kiedy kariera Bukowskiego nabrała spóźnionego przyspieszenia. Wreszcie zauważyła go Warszawa, dostał bardzo dobrze płatny kontrakt w „Przyszłości”. Zaraz potem przyznano mu stypendium Fundacji Sorosa, wyruszył w kilkumiesięczną podróż po całej Europie. Znów znalazł się w Paryżu, tym razem w zupełnie innej roli niż przed laty. Kilka miesięcy później ukazała się jego pierwsza książka. (...)
Dorota, która piła już niemal bez przerwy, pojawiła się w Krakowie cichaczem, zniszczona przez alkohol i prochy. Jej kariera legła w gruzach, małżeństwo zakończyło się w atmosferze skandalu, z satysfakcją podsycanego przez kolorowe tygodniki. Była załatwiona. Nikt nie chciał się zadawać z niezrównoważoną pijaczką. Każdy, kto by się teraz do niej zbliżył, narażał się na wessanie w krąg jej nieszczęścia. Wszyscy się tego bali. Bukowski nie był wyjątkiem. Nie mógł przecież zaprzepaścić swoich pięciu minut, kiedy wreszcie nadeszły.
Tak więc, skończywszy czterdzieści lat, Dorota żyła samotnie. Jeśli wierzyć plotkom, miała w tym czasie kilka przygód, ale kolejni kochankowie rzucali ją szybko i gwałtownie. Każdy z nich mógł mieć wystarczająco dużo powodów, by ją zabić.


Nagle Bukowski aż się wzdrygnął. Wydało mu się, że w kolorowym magazynie, który trzymał w rękach jego sąsiad, dojrzał zdjęcie Doroty. I w dodatku ten tytuł, którego nie mógł do końca odczytać. Coś jakby „Utopiona w wannie” czy może „Uduszona w wannie”. Tekst nie był długi, a facet czytał i czytał. Jakby wiedział, z kim ma do czynienia, i robił to specjalnie. Na domiar wszystkiego zauważył wzburzenie Bukowskiego.
- Proszę, chce pan przejrzeć? - spytał, niezrażony poprzednią próbą nawiązania rozmowy.
- Nie czytam takich gówien. - Bukowski wciąż nie silił się na uprzejmość, w czym znakomicie pomagał mu krążący w żyłach kentucky jack.
- Ja też nie. - Sąsiad nie kapitulował. - Ale tu piszą o tej popieprzonej dziennikarce, co ją załatwił kochanek. Jak zwykłą zdzirę. Co się w tym kraju teraz wyprawia. Naprawdę ciekawe, niech pan przeczyta.
- Spadaj, facet! - Bukowski gwałtownie odepchnął rękę sąsiada.
Aż gotował się w środku. Tym bardziej że w głębi duszy przyznawał intruzowi rację. Boże, utopiona w wannie, co za kicz! Jak mogła tak skończyć? Już wyobrażał sobie uśmieszki kolegów redaktorów, sporządzających notatki o jej śmierci, piszących skandalizujące tekściki do kolorówek, a potem plotkujących bez końca przy wieczornym piwie w pubach. Bo cóż może sprawić ludziom mediów i ich publiczności większą radość niż widowiskowy upadek gwiazdy?