Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / W imię zasad

Aktualności

26.10.2020

Najlepsza książka na jesień!

Z radością informujemy, że książka "Osiedle Sielanka. Nieznajoma" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk zdobyła nagrodę czytelników na najlepszą książkę na jesień 2020 w głosowaniu organizowanym przez serwis Granice.pl.

Wywiady

10.09.2020

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

26.11.2020

Czy prawdą jest, że kto usłyszy dźwięk wrzeciona kikimory, ten umrze?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Śreżoga".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska wendeta Tanya Valko
  2. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca Lucyna Olejniczak

Fotogaleria

więcej »

W imię zasad

Marek Harny

2

Kinga Stolarek przyśniła się Bukowskiemu w Brukseli dokładnie tej nocy, kiedy została zamordowana. Oczywiście, on jeszcze nie wiedział, że dziewczyna nie żyje. Na początku maja 2009 roku był już bardzo daleki od spraw, które pochłaniały go zaledwie parę miesięcy wcześniej. Przestał gonić za newsami. Rzadko czytał dzienniki, nie oglądał wiadomości w telewizji, w internecie omijał portale informacyjne. Potrzebował refleksji, skupienia się na sprawach ważnych.
Los raz jeszcze wyciągnął do niego rękę, całkiem niespodziewanie. Z nowym rokiem Bukowski zaczął nowy etap życia. Taką przynajmniej miał nadzieję. Chciał wierzyć, że teraz już naprawdę idzie ku lepszemu. Umowa z telewizją na cykl autorskich audycji pod wspólnym tytułem Klucz do Europy po prostu spadła mu z nieba. Już sama zaliczka była imponująca. Nareszcie mógł sobie pozwolić na zrezygnowanie z etatu w tygodniku „Przyszłość”. Poza tym znów mieszkał z Dorotą May. Niewiele wcześniej wprowadził się do jej mieszkania na Mariensztacie. Może nie było im łatwo, ale wierzył, że tym razem się uda.
W połowie kwietnia telewizja zafundowała mu trzytygodniowy pobyt w Londynie. Nie mógł sobie pozwolić na wielkie luksusy, ale w budżecie spokojnie mieściły się dwugwiazdkowy hotel i skromna kolacja z piwem, a jeszcze wystarczało na drobne przyjemności. Dokuczało mu tylko, że nie miał ich z kim dzielić. W pojedynkę włóczył się po ulicach City i samotnie popijał wino w barze Wendy Gordon, który odkrył już pierwszego dnia. Odbierało to jego londyńskim wieczorom połowę uroku. Dorota musiała przypilnować w Warszawie swoich spraw w telewizji. Zbyt ciężko walczyła o odzyskanie pozycji, żeby ryzykować jej utratę dla najbardziej choćby uroczych spacerów nad Tamizą. I jeśli do kogoś tęsknił, to właśnie do niej, nie do innych kobiet.
A jednak w Brukseli przyśniła mu się Kinga Stolarek.
Z początku nie dopatrywał się w tym niczego niezwykłego. Kilka godzin wcześniej na placu Saint-Josse fotografował demonstrację European Left. Powiewające czerwone sztandary przypomniały mu Juratę sprzed kilkunastu miesięcy. Sen był właściwie przedłużeniem tej wizji. We śnie też trzymał w rękach aparat i strzelał w tłum, kiedy wśród ludzi niosących łopoczące szturmówki zobaczył Kingę. Tym razem nie krzyczała, nie wymachiwała pięścią. Mignęła mu i zaraz znikła, wmieszała się w tłum. Zawołał: „Kinga, poczekaj!”, i zaczął się ku niej przedzierać. Uciekała przed nim, widział tylko jej głowę, to pojawiającą się, to znów znikającą wśród czerwieni.
Nagle tłum się rozproszył. W następnej scenie znaleźli się na jakiejś pustej ulicy, pośród brudnych, odrapanych kamienic. Kinga skryła się w bramie, ciemnej, liszajowatej, ze ścianami pokrytymi graffiti. Bukowskiego uderzył w oczy nabazgrany czerwonym sprayem napis: „Lewaki do piachu!”. Dziewczyny już tu nie było. Pobiegł dalej przez błotniste podwórze. Drogę zagrodzili mu brudni, pijani menele. Nie, to byli skini. W czarnych podkoszulkach, wytatuowani. Wrzeszczeli coś, czego nie słyszał. Grozili. Ich twarze były złe, nienawistne. Roztrącił ich, przedarł się. Nagle znalazł się na łące, a raczej wśród wertepów porośniętych suchymi badylami. Dalej płynęła rzeka, szeroka, mętna, pełna wirów. Zdawało mu się, że widzi jakąś głowę unoszącą się na falach, ale było już zbyt ciemno… „Kinga!” – krzyczał rozpaczliwie. – „Kinga!”.
Z koszmaru wyrwał go natrętny dzwonek.
– Vous avez demandé le réveil, monsieur…
– Ah, oui, merci – wybełkotał.
Przez chwilę miał kłopoty z uświadomieniem sobie, gdzie się znajduje. Przeskok był zbyt duży. Musiał szybko wrócić do rzeczywistości. Miał jeszcze umówione w paru miejscach spotkania, a na szóstą po południu wykupiony powrotny bilet do Londynu na Eurostar. W promocyjnej cenie, bez prawa zwrotu. Będzie musiał się dobrze postarać, żeby o bezpiecznej godzinie zdążyć na dworzec Brussels-Midi. Nawał zajęć był mu teraz nawet na rękę. Zajął się czymś innym, byle tylko nie myśleć, co też oznaczał dziwaczny sen. Wyjaśnienie, że po prostu skojarzyły mu się obrazy czerwonych szturmówek w Juracie i Brukseli, było kuszące, ale nie do końca w nie wierzył. Przyczyna musiała tkwić głębiej. Widocznie wciąż nie pozbył się wobec Kingi Stolarek poczucia winy.
W pociągu, sunącym przez równiny Flandrii w kierunku Eurotunelu, niepokój powrócił. Młoda anarchistka śniła mu się nie po raz pierwszy. I nie były to sny erotyczne. Bukowski sam nie wiedział, jak je określić. W każdym razie do niczego w nich nie dochodziło. Może po prostu miał to już za sobą? Kinga Stolarek mogłaby w tych snach być jego córką. Żałował, że nie była nią naprawdę. To znaczy żałował, że Agnieszka nie jest taka jak ona.

Skrzywdził obie. Kiedyś Agnieszkę, teraz Kingę. Obie z powodu swojej pracy. A raczej nadmiernych zawodowych ambicji. Może zranienia Agnieszki nie dało się uniknąć? Po prostu nie mógł już dłużej żyć z Joanną. Jednak Kinga znalazła się w pobliżu jego obiektywu przypadkiem.
Przypadkiem? Nonsens. Nie miał co do siebie złudzeń. Przecież to właśnie ją od razu wypatrzył w tłumie. Tym bardziej powinien się opamiętać, póki jeszcze wszystko zależało od jego decyzji. Należało zniszczyć tę fotografię, kiedy tylko obejrzał ją na ekranie monitora i zrozumiał jej fatalną siłę. Albo przynajmniej ukryć w najbardziej niedostępnym miejscu twardego dysku i zachować tylko dla siebie.
Nie postąpił właściwie. Uległ pokusie udowodnienia, że wciąż jest dobry. I jako piszący dziennikarz, i jako fotoreporter. Jolka Hitler, kiedy tylko zobaczyła zdjęcie, zadecydowała:
– Tego szukamy. O zadymie na Helu już wszyscy napisali. Ty napiszesz story o tej świrusce.
Nie zawahał się ani przez moment, zgodził się od razu.
Nie zrobił tego, wiedziony posłuszeństwem podwładnego, choć w owym czasie etat w tygodniku „Przyszłość” oznaczał dla niego być albo nie być. Jabłońska tylko odgadła jego ukryte pragnienie. Aż się palił, żeby napisać o tej dziewczynie, kiedy tylko zobaczył ją w Juracie i jeszcze nawet nie wiedział, kim jest. Usłyszał okrzyk: „Woj-na z dragami to woj-na z nami”, i odruchowo skierował w tamtą stronę swojego nikona. Ich oczy spotkały się i od razu zrozumiał, że chciałby ją mieć. Nie tylko na fotografii.
Powinien jeszcze raz wszystko przemyśleć, przewidzieć konsekwencje. Zamiast tego zadzwonił do Kingi Stolarek i umówił się na rozmowę. Później próbował usprawiedliwiać się sam przed sobą, że Hitler go zmusiła. Ale to nie była prawda. Wyjątkowo do niczego go nie zmuszała. Znał ją aż za dobrze. Gdyby odmówił wyjazdu na Hel, wywaliłaby go na zbity pysk. Jednak propozycję reportażu o młodej anarchistce złożyła mu w chwili łaskawości. Nie zdziwiłby się, gdyby traktowała to jako rodzaj nagrody. Była gotowa zmienić zdanie, gdyby się tylko zawahał; bez trudu znalazłaby innego wykonawcę. To była jakaś pociecha. Gdyby nie on, zrobiłby to ktoś inny.
Nie zrobiłby.
Kinga Stolarek uświadomiła mu to, ledwie zdążyła usiąść.
– Wie pan… Gdyby to nie był pan, nie zgodziłabym się na żaden wywiad.
Od razu poprawił mu się nastrój. Ktoś go jeszcze cenił w tym kraju.
Spotkali się w Róży Wiatrów przy Wale Miedzeszyńskim. To był jej wybór. Nie bardzo chciało mu się jechać na Saską Kępę, ale wyczuł, że dziewczynie z jakichś powodów to miejsce jest bliskie. Zgodził się więc i nie żałował. Usiedli na tarasie, z którego rozpościerał się widok na Wisłę i wysokie drzewa po drugiej stronie rzeki, przesłaniające lewobrzeżną Warszawę. Mogli mieć złudzenie, że znaleźli się gdzieś daleko za miastem.
Gdyby się postarał, mógłby się poczuć jak na randce z młodą dziewczyną, co mu się już dawno nie przydarzyło. Mógłby nawet zaryzykować jakąś poufałość. Pokusa była silna, ale się powstrzymał. Kinga Stolarek zbyt boleśnie przypomniała mu Agnieszkę, która ostatnio nie przysyłała już nawet kartek na urodziny czy Dzień Ojca.
– Czemu zawdzięczam, że zrobiła pani dla mnie wyjątek?
Ostatnio nieczęsto spotykał się z pochlebnymi opiniami na swój temat. Sądził, że dziewczyna miała na myśli jego Klucz do Europy, książkę, która na pewien czas zrobiła z niego postać dość znaną, zwłaszcza wśród studentów nauk politycznych. Zaskoczyła go.
– Pan pierwszy nie bał się napisać, co myśli o Robercie Kujawiaku. Kiedy jeszcze wszyscy piali, jaki to on wspaniały i dobry. Już wtedy sobie pomyślałam, że nie jest pan jak inne pismaki.
Teraz dopiero naprawdę się zdziwił. Pamiętała taki stary tekst? On sam już prawie o nim zapomniał.
Przed kilku laty rzeczywiście napisał artykuł, w którym przejechał się po interesach Kujawiaka w Polsce. Po upadku komuny chicagowski król polskiej kiełbasy zaczął inwestować w wielkie tuczarnie w starym kraju, na Mazurach i Pomorzu. Obiecywał dać pracę bezrobotnym sierotom po dawnych pegeerach. Rzeczywistość nie dorosła jednak do zapowiedzi. Świński biznes tylko zatruł kilka czystych wcześniej jezior i zasmrodził parę letniskowych wiosek. Nadziei na dobrobyt nie spełnił. Miejscowi z początku nie chcieli u Kujawiaka pracować, domagali się wyższych płac. On twierdził, że zdemoralizowała ich komuna, a oni, że w obozie koncentracyjnym za grosze robić nie będą. Złamał ich opór, grożąc, że sprowadzi tanich robotników z Ukrainy. Stopniowo się poddawali, jedni po drugich. Lepsza była taka praca niż żadna.
Mijały lata. Bukowski napisał o Kujawiaku jeszcze kilka razy. Potem już tylko od czasu do czasu dowiadywał się o nim czegoś nowego z publikacji kolegów. Polonijny biznesmen brał udział w wielu niejasnych przedsięwzięciach. Ostatnio wystąpił jako pośrednik przy planowanych zakupach śmigłowców Apache dla polskiego wojska. Można się było zastanawiać, co miał świński król do helikopterów, ale Bukowski już od dawna nie zajmował się jego osobą.
Mimo to najwyraźniej zasłużył sobie na uwagę młodej anarchistki. I do tego całkiem pociągającej.
Uśmiechnął się.
– Nie lubi pani dziennikarzy – bardziej stwierdził, niż spytał.
– Delikatnie powiedziane.
– Ale dlaczego? Jesteśmy wam potrzebni. Bez dziennikarzy nie byłoby żadnej rewolucji. Lenin też w gruncie rzeczy był pismakiem.
– No i wiemy, jak się skończyło. Zabijać dla utopii? Albo dawać się dla niej zabić? W życiu! Nie jestem rewolucjonistką, proszę pana.
– Nie?
– Zdziwiony? Chcę jedynie, by każdemu pozwolono żyć tak, jak ma na to ochotę.
– To dopiero jest utopia!
– No, możemy o tym pogadać, jeśli pan chce.
I pogadali.
A potem w „Przyszłości” ukazał się jego tekst, który rozwścieczył tak wiele osób. Bo Kinga nie oszczędziła prawie nikogo. Najbardziej dostało się Kujawiakowi. Zakrawało to niemal na obsesję. Jakby to właśnie on uosabiał, według panny Stolarek, całe zło, które się wydarzyło w Polsce po roku 1989. Przy okazji zaczepiła po nazwisku paru innych potentatów ojczystego biznesu, którzy, jej zdaniem, zrobili majątki przy pomocy tajnych służb PRL-u. Na koniec wyraziła się jasno, co myśli o polskich politykach. Czy to postkomuna, czy neoliberałowie, czy świętoszki spod narodowo-kościelnych sztandarów, wszyscy byli dla niej tyle samo warci.
Krótko mówiąc: Kinga Stolarek kontra reszta świata. Tak mniej więcej wyglądał jej portret na łamach „Przyszłości”. To się nikomu nie mogło spodobać. Z wyjątkiem Jolki Hitler, dla której liczyła się sprzedaż. A ten numer sprzedał się rewelacyjnie. Na nieszczęście dla dziewczyny. W dodatku Kinga sama podłożyła się swoim wrogom, szczerze wyznając, co myśli o seksie i narkotykach. Że tych dziedzin życia nie powinno krępować żadne prawo, a każdy powinien odpowiadać za siebie. Bukowski gotów był się założyć, że w jej przypadku to raczej teoria.
Tym bardziej miał obowiązek okazać się mądrzejszy i choć trochę złagodzić jej wypowiedzi. Nawet gdyby samej autorce miało się to nie spodobać. Ale nie zrobił tego. Poszedł na całość. Wykreował Kingę Stolarek na wroga numer jeden stróżów moralności. A także tych, którzy moralność mieli za nic. I diabli wiedzą kogo jeszcze.
Przecież nie był aż tak naiwny, żeby nie przewidzieć skutków. Natychmiast po opublikowaniu tekstu internauci rzucili się na nią jak sfora psów.

Żydowska szmato, twoje intencje są jasne. Ograbić Polaków z resztek dobytku, a polską młodzież pogrążyć w gnoju pedalstwa i narkomanii. Jak ci się Polska nie podoba, to won! Wynoś się do tych, którym służysz.

Inne wpisy o podobnych intencjach były na ogół dużo mniej eleganckie w formie. Zmasowany odzew nastąpił zbyt szybko, żeby nie wyglądał jak sterowany. Następnego dnia wieczorem niemal całą audycję poświęciło dziewczynie Radio Maryja. Z wypowiedzi radiosłuchaczy wynikało, że w tym jednym wypadku Bóg zrobi wyjątek i dla Kingi Stolarek przebaczenia nie będzie. Kilka dni później ktoś włamał się do domku jej rodziców w Falenicy. Zaraz potem zrobiła w nim przeszukanie policja.
Prawnicy Roberta Kujawiaka i innych zaatakowanych przez Kingę Stolarek biznesmenów na razie milczeli. Ale…