Strona główna / Popularnonaukowe / Dzień w którym odkryliśmy Wszechświat

Aktualności

08.10.2019

Spotkanie z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk w Warszawie

We wtorek 15 października o godz. 18:00 zapraszamy do księgarni BookBook w Warszawie (ul. Koszykowa 34/50) na spotkanie z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk z okazji premiery najnowszej książki "Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski
  2. Białe kłamstwa Piotr Borlik
  3. I tak nie przestanę Cię kochać Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Dzień w którym odkryliśmy Wszechświat

Marcia Bartusiak

10. Walczyć ze sobą zębami i pazurami

Rok 1920 był rokiem osiągnięć – wybitnych, niechlubnych, pomysłowych i śmiesznych – Amerykanki uzyskały prawo głosu, Joanna d’Arc została kanonizowana przez papieża Benedykta XV, w całych Stanach Zjednoczonych została wprowadzona prohibicja, pracownik firmy Johnson & Johnson wynalazł opatrunek przylepny, a U.S. Post Office wydał rozporządzenie, że w paczkach nie wolno wysyłać dzieci. Ponadto astronomowie wciąż jeszcze nie wiedzieli dokładnie, w jaki sposób Słońce wytwarza swoją ogromną energię, ani tego, że glob słoneczny składa się w większości z wodoru, pomimo iż nowa teoria Einsteina ustanawiająca związek pomiędzy masą a energią, wyrażany w eleganckiej zwięzłej postaci E = mc2, dostarczała tu wyraźnej wskazówki.
Rok 1920 zapisał się w annałach astronomii tym, że Harlow Shapley i Heber Curtis spotkali się w Waszyngtonie, by w obecności członków National Academy of Sciences dyskutować ze sobą o strukturze Wszechświata. Stanowiska zostały teraz wyraźnie zarysowane i przyszedł czas na ostateczną rozgrywkę. Shapley, oczywiście, dopiero co ogłosił, że Droga Mleczna jest o wiele większa, niż poprzednio sądzono, i skłonny był uważać mgławice spiralne za drugorzędne obiekty na obrzeżach naszego olbrzymiego systemu galaktycznego, natomiast Curtis sądził inaczej. Ta publiczna wymiana ich poglądów znana jest powszechnie jako Wielka Debata, jakkolwiek w istocie nazwa ta ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Były to raczej dwa wykłady kolejno po sobie występujących mówców, a wydarzenie to nie zostało odnotowane nawet przez tytuły prasowe poświęcające wiele miejsca nauce. Szacowna legenda, jaka otacza tę kwietniową imprezę w środowisku astronomów, przedstawiająca ją jako emocjonującą konfrontację dwóch kosmicznych tytanów, astronomiczną wersję W samo południe – zrodziła się dopiero później i była obficie ubarwiana przez lata, tak że w końcu całe zdarzenie urosło do rangi iście homeryckiego pojedynku, w którym dwóch godnych siebie przeciwników rozstrzyga, po czyjej stronie leży racja, przed najwyższym sądem opinii środowiska naukowego.
Ta epopeja zaczęła się jednak całkiem zwyczajnie. George Ellery Hale na posiedzeniu zarządu akademii zaproponował, by w 1920 roku kolejny z wykładów Hale’a, cyklu dorocznych referatów o tematyce interesującej naukowców, ustanowionego na cześć jego ojca w 1914 roku, odbył się w ramach zbliżającej się wiosennej sesji akademii. On sam skłaniał się ku dyskusji o ogólnej teorii względności Einsteina, najbardziej modnym temacie naukowym w owym czasie, lecz sekretarz akademii, heliofizyk Charles Greeley Abbot, obawiał się, że to rewolucyjne ujęcie grawitacji „przeje się wszystkim” do czasu spotkania. Triumf brytyjskiej ekspedycji, która przeprowadziła obserwacje zaćmienia Słońca, był naukowym przebojem roku, wciąż widniejącym w nagłówkach prasy na całym świecie. Zresztą Abbot pozostawał nieufny wobec radykalnych i trudnych do zrozumienia koncepcji nowej teorii: „Modlę się do Boga, by postęp nauki wysłał teorię względności gdzieś poza czwarty wymiar, skąd by już nie mogła nas dręczyć”, powiadał. Zastanawiał się, czy „przyczyny zlodowaceń, bądź coś z zoologii lub biologii” nie byłoby bardziej atrakcyjnym tematem. Padła nawet propozycja zaproszenia jako wykładowcy księcia Monako, by mówił o oceanografii. Ale ostatecznie zdecydowano się na drugi z tematów sugerowanych przez Hale’a – nierozwiązaną kwestię hipotezy wszechświatów-wysp.
Było dla wszystkich jasne, że to Shapley, trzydziestopięcioletnia wschodząca gwiazda nauki, będzie bronił koncepcji Wielkiej Galaktyki. Ale kogo wybrać na jego adwersarza? Dyrektor Lick Observatory W.W. Campbell był przez chwilę brany pod uwagę, by bronił wszechświatów-wysp, lecz w końcu wybór padł na Curtisa, który poświęcił im całe swoje profesjonalne życie w Licku, ponieważ w tym czasie stał się czołowym orędownikiem tej idei. Pod względem osobowościowym było to bardzo ciekawe zestawienie. Shapley uchodził za „śmiałego nowatora, wyciskającego najmniejsze okruchy danych ze swoich obserwacji, niewykazującego obaw przed ekstrapolowaniem tego, co znane, na obszary nieznane […] niekiedy uzupełniającego brakujące powiązania na drodze intuicji”, natomiast Curtisa uważano za „ostrożnego, czasem nawet zbyt ostrożnego, konserwatystę, który częściej wyrokował, że coś jest nieudowodnione niż częściowo potwierdzone”. Choć nie tak słynny jak Shapley, Curtis był wszakże szeroko uznanym astronomem. W wieku 47 lat, w okularach, i dalece mniej arogancki od swojego młodego rywala, robił na wszystkich wrażenie dystyngowanego bankiera. Pomimo jego statecznego wyglądu, to on wykazał się większą brawurą w odniesieniu do zbliżającej się debaty.
Mając za sobą lata profesjonalnej praktyki, Curtis czuł się na podium jak ryba w wodzie i nie miał nic przeciwko ostrej wymianie zdań. Ale dla Shapleya, który zdawał sobie sprawę, że wypada fatalnie jako mówca, publiczne wystąpienia w owym czasie były kłopotliwe. Brytyjski historyk Michael Hoskin jako pierwszy zwrócił uwagę, że Shapley był przekonany, iż jest czołowym kandydatem na dyrektora Harvard College Observatory, jedno z najbardziej prestiżowych stanowisk w astronomii. Dopiero co zmarł Edward Pickering, pozostawiwszy po sobie monumentalną spuściznę naukową, i poszukiwania jego następcy trwały w najlepsze. Pomimo młodego wieku i zupełnego braku doświadczenia w kierowaniu instytucją naukową światowej rangi, Shapley zgłosił swoją kandydaturę, chcąc wspiąć się wyżej po szczeblach kariery i kuć żelazo, póki gorące. Chociaż musiałby opuścić największe na świecie teleskopy, Shapleya nęciła bogata kolekcja klisz fotograficznych Harvardu, która byłaby nieocenionym źródłem w zgłębianiu problemów, które go interesowały. „Może i Harvard to amatorszczyzna w porównaniu z Mount Wilson”, mówił Russellowi, „ale i ty i ja […] zdajemy sobie sprawę z olbrzymiego potencjału tego miejsca”. Niezależnie od tego, byłaby to dla Shapleya okazja, by uciec od konfliktów z Walterem Adamsem, zastępcą dyrektora na Mount Wilson. Zważywszy te ambicje, niepokoił się, jak wypadnie w oczach znajdujących się wśród publiczności członków National Academy, którzy będą ewentualnie mieli wpływ na ostateczny wybór. Curtis znany był jako dynamiczny mówca; Shapley obawiał się, że w porównaniu z nim wypadnie blado. List otrzymany od Curtisa przed debatą bynajmniej nie rozwiał jego obaw: „Jestem pewien, że pozostaniemy dobrymi przyjaciółmi, nawet jeżeli będziemy walczyć ze sobą zębami i pazurami. […] Dobra przyjacielska zwada raz na jakiś czas znakomicie robi; to pozwala oczyścić atmosferę”.
W miesiącach poprzedzających debatę trwała ożywiona korespondencją pomiędzy jej uczestnikami a National Academy w sprawie reguł potyczki. Curtis chciał wypunktować kontrowersyjne kwestie w stylu „wszystkie chwyty dozwolone”. Powiedział Shapleyowi, że zamierza „wydobyć na światło dzienne i zdecydowanie atakować poglądy przeciwnika”. Natomiast Shapley zapatrywał się na to zupełnie inaczej. Chciał dyskutować wyłącznie o swym nowym modelu superwielkiej Drogi Mlecznej i nawet poinformował Russella na kilka tygodni wcześniej, że w ogóle nie ma zamiaru zagłębiać się w tematykę mgławic spiralnych. „Nie mam na to czasu, danych ani dobrych argumentów”, ubolewał. W istocie Shapley odczuł ulgę, że wybrany dla wykładu tytuł „The Scale of the Universe” jest na tyle niejednoznaczny, że pozwoli mu zrealizować swój plan. Miał duże opory przed rozwodzeniem się o mgławicach spiralnych, problematyce o tak niepewnych podstawach obserwacyjnych, gdyż nienawidził publicznego wywlekania naukowych brudów.
Zaciekle artykułując swoje stanowisko, Shapley przekonał Hale’a, że debata powinna być dyskusją z rodzaju „dwóch mówi na ten sam temat”. A zamiast 45 minut dla każdego mówcy, Shapley prosił o 35. „Biorę pod uwagę punkt widzenia publiczności, zawsze”, argumentował. „Czy byłaby ona w stanie wysłuchać (czy w ogóle wytrzymać) rozprawiania o mgławicach przez prawie dwie godziny?”. Curtisa propozycja ta wprawiła w przerażenie; był głęboko przekonany, że potrzebuje więcej czasu na wyłożenie swoich naukowych racji. „Przez 35 minut ledwie się rozgrzejemy”, błagał Hale’a. Po jakimś czasie wszyscy zgodzili się na kompromisowe 40 minut. I miało nie być żadnych replik. „Jeśli ty lub on zechcecie odpowiedzieć na argumenty oponenta, możecie to zrobić w ramach ogólnej dyskusji”, powiedział Hale Curtisowi.
Shapley i Curtis otrzymali po 150 dolarów honorarium, z czego mieli opłacić koszty podróży z Kalifornii na Wschodnie Wybrzeże. Dla Curtisa były to 2 dolary na dyliżans do San Jose, a potem 100 dolarów na powrotny bilet kolejowy. Czystym przypadkiem obydwaj wsiedli do tego samego pociągu jadącego trasą południową do Waszyngtonu, ale postanowili nie poruszać kwestii naukowych, by przedwcześnie nie spalić swoich argumentów. Kiedy ich pociąg zepsuł się, jadąc przez Alabamę, wysiedli i spacerowali razem przez jakiś czas, rozmawiając wyłącznie o kwiatach i literaturze klasycznej. Shapley nie omieszkał zebrać do swojej kolekcji kilku miejscowych mrówek. Najprawdopodobniej też, po cichu i dyskretnie, przymierzali się do zbliżającego się starcia.
Doroczne spotkanie National Academy of Sciences owego roku trwało aż trzy dni. Podczas dziennych sesji wygłaszało swoje referaty wielu wybitnych naukowców. Franz Boas, ojciec amerykańskiej antropologii, mówił o „determinowaniu wzrostu i rozwoju przez kwestie środowiskowe”, a pionier techniki rakietowej Robert Goddard przedstawiał zalety użycia rakiet w meteorologii. Natomiast debata odbyła się zimnego i deszczowego wieczoru 26 kwietnia 1920 roku, pod koniec pierwszego dnia tego naukowego konklawe. Publiczność w liczbie 200–300 osób zgromadziła się w Baird Auditorium, znajdującym się w budynku, gdzie obecnie mieści się Muzeum Historii Naturalnej Smithsonian Institution, dogodnie położonym przy waszyngtońskim National Mall, dokładnie naprzeciwko „twierdzy” Smithsonian. Poprzedniego dnia dziennik Washington Post ogłosił w dziale wiadomości bieżących, że „Dr Harlow Shapley z obserwatorium słonecznego Mount Wilson omówi dane obserwacyjne, które zdają się wskazywać, że rozmiary [Drogi Mlecznej] są znacznie większe niż się aktualnie przyjmuje […] Dr Heber Curtis z Lick Observatory będzie bronił starej teorii, że mogą istnieć inne wszechświaty podobne do naszego własnego, z których każdy być może liczy nawet trzy miliardy gwiazd”.
Posiedzenie rozpoczęło się o 20.15 i Shapley miał zabrać głos jako pierwszy. Okazało się, że miał wszelkie powody do zdenerwowania; wśród publiczności, która miała go oceniać, zasiadali dwaj przyjaciele rektora Harvardu A. Lawrence’a Lowella – George Agassiz, członek komisji wizytacyjnej wydziału astronomii, i Theodore Lyman, dziekan wydziału fizyki. Ale Shapley przygotował się na tę okoliczność, prosząc wcześniej, by Russell, nadal nieoceniony zwolennik jego modelu, był obecny na widowni i wspomógł go podczas ogólnej dyskusji.
Co dokładnie działo się owego wieczoru – ton wypowiedzi mówców, reakcja publiczności – to w znacznej mierze jedynie przypuszczenia oparte na nielicznych zachowanych źródłach. Wspomnienia tego wydarzenia pełne są przekłamań. Shapley, na przykład, wspominał wcześniejszy dłużący się bankiet, którego honorowy gość – Albert Einstein – zwierzał się szeptem swemu towarzyszowi przy stole, że „właśnie sformułował nową teorię wieczności”. Ale uroczysty obiad konferencyjny miał miejsce dopiero następnego dnia wieczorem, a słynny fizyk złożył swą pierwszą wizytę w Ameryce w rok później. Jednakowoż Shapley zachował maszynopis swojego wystąpienia z nabazgranymi w ostatniej chwili poprawkami i uzupełnieniami (niektóre z nich pismem stenograficznym – tej cennej umiejętności nauczył się za reporterskich czasów), które ukazują jego styl i manierę. Zważywszy, że publiczność miała być bardzo zróżnicowana, niektórzy bez wykształcenia astronomicznego, Shapley postanowił ograniczyć do minimum szczegóły techniczne i przez większą część swego czasu przedstawiać po prostu podstawowe astronomiczne fakty. Dokładnie opisywał rozmiary Drogi Mlecznej, jej strukturę i elementy składowe – gwiazdy, mgławice gazowe i gromady gwiezdne. Towarzyszyły temu przeźrocza ze stucalowego teleskopu – Księżyc, Słońce, Plejady, gromady kuliste. Była to wycieczka krajoznawcza po znanym Wszechświecie, podczas której szczególną uwagę poświęcał uzmysłowieniu słuchaczom, co to jest rok świetlny. „Nie widzimy Słońca tam, gdzie ono naprawdę jest, lecz tam, gdzie było osiem minut temu”, pouczał. „Nie widzimy gwiazd, jakimi są teraz, lecz prawdopodobnie takimi, jakimi były, gdy król Cheops był małym chłopcem”.