Strona główna / Literatura światowa / Przekleństwa miłości

Aktualności

08.10.2020

Ogłoszono finalistów National Book Awards

Powieść "LEAVE THE WORLD BEHIND" Rumaana Alama, która ukaże się nakładem naszego wydawnictwa w przyszłym roku, została właśnie finalistką prestiżowej nagrody literackiej National Book Awards.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

05.10.2020

Lara Gessler gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Larą Gessler, autorką książki "Orzechy i pestki. Przewodnik mistyczno-kulinarny".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »

Przekleństwa miłości

Anita Shreve

Promując moją książkę na wieczorach autorskich, muszę często odpowiadać na pytania w stylu: Czy on naprawdę to zrobił? Czy ona rzeczywiście miała powody, by tak postąpić? Czy zrobili to dla pieniędzy czy z miłości?
Potem pytania zaczynają krążyć wokół mojej osoby. Czytelnicy chcą wiedzieć, dlaczego piszę takie właśnie książki. I czemu zostałam dziennikarką.
Moje książki opowiadają o przestępstwach – popełnianych z zimną krwią zdradach albo zagmatwanych zbrodniach z namiętności. Niektórzy czytelnicy sądzą najwyraźniej, że to dziwne, by kobieta była tak bardzo zainteresowana przemocą. Inni pytają, dlaczego wybrałam zawód, który wiąże się ze zgłębianiem nieprzyjemnych spraw i zadawaniem pytań, chociaż ludzie nie chcą na nie odpowiadać.
Czasami mówię, że moja praca przypomina działalność prywatnego detektywa, zazwyczaj jednak odpowiadam (to moja standardowa, neutralna odpowiedź), że zostałam dziennikarką chyba dlatego, że mój ojciec był dziennikarzem.
Mój ojciec wydawał gazetę w niewielkim miasteczku w zachodniej części Massachusetts. Gazeta nosiła tytuł „East Whatley Eagle” i w gruncie rzeczy nie była profesjonalnym czasopismem nawet w latach sześćdziesiątych, w czasach swojej świetności. Ale wówczas święcie wierzyłam, że ojciec wie wszystko na temat tej profesji, czy też swego interesu, jak to nazywał.
„Opowieść istniała, zanim ty o niej usłyszałaś”, mawiał, wysyłając mnie, swą nastoletnią wówczas jedynaczkę, bym napisała relację na temat kradzieży w miejscowym sklepie albo notatkę o pożarze na strychu jednego z gospodarstw. „Zadaniem reportera jest po prostu nadać jej kształt”.
Ojciec nauczył mnie niemal wszystkiego, z czym wiąże się wydawanie gazety: jak złożyć numer, wybrać czcionki, sprzedać miejsce na reklamy czy opisać sesję władz miasta. Miał nadzieję, że zostanę w East Whatley i pewnego dnia przejmę jego wydawnictwo. Jednak go rozczarowałam: wyjechałam z Massachusetts i przeniosłam się do Nowego Jorku. Skończyłam college, a potem studia dziennikarskie i zaczęłam pracować w znanym tygodniku.
Nigdy wszakże nie zapomnę ojca i jego słów. Przez te wszystkie spędzone w Nowym Jorku lata – gdy pisałam reportaże, wydałam książkę, opartą na jednym z artykułów, która przyniosła mi sławę i pieniądze, potem zaś zrobiłam karierę jako autorka opowieści dokumentalnych, relacjonujących śledztwa dotyczące szczególnie skomplikowanych przestępstw – wiele razy zadawałam sobie pytanie, dlaczego właściwie poszłam w ślady ojca. Dlaczego nie wybrałam, na przykład, medycyny, architektury czy kariery nauczycielskiej?
Dlatego, że przekonałam się, iż w tym wszystkim nie chodzi w gruncie rzeczy o relację między dziennikarzem i faktami, w co wierzył i co wpajał mi mój ojciec, lecz o skomplikowany związek opowieści z tym, który ją opowiada.
Odwieczny problem polega mniej więcej na tym:
Co można zrobić z surowym materiałem, gdy ma się już w ręku fakty, niezależnie od tego, czy ktoś nam o nich opowiedział, czy też dotarliśmy do nich po żmudnych poszukiwaniach?
Długo i intensywnie nad tym się zastanawiałam. Niewykluczone nawet, że ten problem wciąż stanowi moją obsesję. Nic więc dziwnego, iż znów o tym pomyślałam, siedząc naprzeciwko młodej kobiety, która przycupnęła na brzegu wąskiego łóżka.
Od lat nie byłam w akademiku – ostatni raz chyba w 1965 roku, gdy kończyłam studia w Barnard. Na ścianach wisiały plakaty nieznanych mi zespołów rockowych, na półce zobaczyłam telefon i walkman marki Sony, ale poza tym wszystko było tak jak za moich czasów: biurko, krzesło, półka z książkami, łóżko i karton soku pomarańczowego, chłodzący się na parapecie.
Był luty pierwszego roku nowej dekady i na dworze padał niezbyt gęsty śnieg, raczej szary niż biały. Śnieg, który chyba nie poleży długo, choć jak się dowiedziałam na stacji benzynowej, w tym akademickim mieście w stanie Maine nie widuje się trawy mniej więcej od początku listopada.
Młoda kobieta siedziała dość sztywno z ramionami skrzyżowanymi na piersiach. Przyjęła postawę może nie tyle obronną, ile pełną ostrożności. Miała na sobie niebieskie dżinsy i szary bawełniany sweter, spod którego widać było białą koszulkę z długimi rękawami.
Widziałam jej matkę dwa razy w życiu, ale jedno z tych spotkań zaważyło na moim życiu i dlatego, ze względów zawodowych, chciałam sobie przypomnieć twarz tamtej kobiety. Córka miała takie same złocistorude włosy. Oczy jednak odziedziczyła bez wątpienia po ojcu – ciemne, głęboko osadzone. Może nawet były czarne, ale w kiepskim świetle nie mogłam tego rozstrzygnąć.
Być może wzięła po rodzicach jeszcze inne cechy, o których nigdy nie miałam się dowiedzieć, z całą pewnością jednak zawdzięczała obojgu niezwykłą urodę, polegającą na rzadkim połączeniu białej cery z płomiennymi włosami i ciemnymi oczami.
Była ładniejsza ode mnie, podobnie zresztą jak jej matka. Ja miałam dość regularne rysy, lecz po przekroczeniu czterdziestki moja twarz stawała się coraz bardziej pospolita. Przed laty, w czasach studenckich nosiłam długie włosy, teraz jednak wolałam fryzury krótkie i nieskomplikowane.
Pomimo tak niepospolitej urody dziewczyna nie miała na twarzy ani śladu makijażu, a włosy związała w koński ogon, jakby chciała umniejszyć swoją atrakcyjność. Z jej postawy emanowała ostrożność. Byłam prawie pewna, że wie, kim jestem, choć nigdy przedtem się nie spotkałyśmy.
Zaproponowała, bym usiadła na jedynym krześle, jakie znajdowało się w tym pokoju. Paczka, którą przyniosłam, leżała na moich kolanach i bardzo mi ciążyła. W innym sensie ciążyła mi zresztą od lat i dlatego przejechałam długą drogę, by wreszcie pozbyć się tego ciężaru.
– Dzięki, że zechciałaś się ze mną zobaczyć – odezwałam się, uświadamiając sobie nagle różnicę wieku, która nas dzieli. Ona miała lat dziewiętnaście, a ja czterdzieści sześć. Mogłabym być jej matką. Żałowałam, że mam na sobie złotą biżuterię i kosztowny, wełniany płaszcz, choć wiedziałam, że dzieli nas znacznie więcej niż wiek i pieniądze.
– Dowiedziałam się, że twoja matka... – zaczęłam raz jeszcze, ale dziewczyna pokręciła głową, dając mi jasny sygnał, że nie powinnam kontynuować.
– Od lat wiem, kim pani jest – powiedziała z wahaniem, miękkim głosem – nie sądziłam jednak...
Czekałam, aż dokończy zdanie, ale ponieważ milczała, znów przerwałam ciszę.
– Wiele lat temu napisałam artykuł o twojej matce. Byłaś wtedy zaledwie niemowlęciem.
Pokiwała głową.
– Słyszałaś o tym artykule – wywnioskowałam.
– Słyszałam – potwierdziła. – Czy pracuje pani wciąż dla tego samego tygodnika?
– Nie. Ten tygodnik już nie istnieje.
Mogłam dodać, że pismo nie istnieje, ponieważ było redagowane w sposób szalenie kosztowny: dziennikarze mieszkający w Nowym Jorku jeździli po całym kraju i po świecie, by w sposób oryginalny i osobisty opisywać najważniejsze wydarzenia i sprawy mijającego tygodnia. Magazyn nie korzystał z materiałów zagranicznych biur, tylko wysyłał swych dziennikarzy wszędzie, gdzie coś się działo. Oszałamiające rachunki za te podróże szybko przeszły do legendy, doprowadzając do upadku gazety w 1979 roku. Ja już tam wtedy nie pracowałam.
Za drzwiami, na korytarzu rozległy się jakieś śmiechy i krzyki. Młoda kobieta spojrzała na drzwi, a potem na mnie.
– Mam zajęcia – powiedziała.
Wówczas już wiedziałam, że jej oczy, choć ciemne, nie są takie same jak oczy ojca. On miał nieprzeniknione spojrzenie, a te oczy, choć emanowała z nich powaga, jakiej nigdy bym się nie spodziewała po dziewiętnastoletniej dziewczynie, były przejrzyste i łagodne.
Zastanawiałam się, czy ma chłopaka albo przyjaciółki, czy uprawia sport i czy jest dobrą studentką. Zastanawiałam się też, czy prowadzi dziennik i czy odziedziczyła talent po matce albo po ojcu.
– To należy do ciebie – odezwałam się, wskazując pakunek.
Spojrzała na paczkę leżącą wciąż na moich kolanach.
– Co to takiego? – zagadnęła.
– To materiały, z których korzystałam, pisząc artykuł. Notatki, maszynopisy i tak dalej.
– O – zdziwiła się, a potem zapytała: – Dlaczego?
Zapadła cisza.
– Dlaczego teraz? Czemu to ma być dla mnie?
– Domyślam się, że matka powiedziała ci, co się wydarzyło – odrzekłam pośpiesznie – ale na tych kartkach znajdziesz coś więcej... Wspomniała między innymi, że opisuje historię, którą pewnego dnia opowie swemu dziecku. Pomyślałam, że może nie miała okazji, by to zrobić, i dlatego przyniosłam ci te notatki.
Przez cały tydzień powtarzałam te zdania tak często, że sama prawie w nie uwierzyłam. Ale teraz, gdy wyćwiczone słowa już padły, niewiele brakowało, a powiedziałabym, że wcale nie dlatego przyszłam, bo prawdziwa przyczyna jest zupełnie inna.
– Nie wiem – powiedziała, patrząc na paczkę.
– To należy do ciebie – powtórzyłam. – Ja już tego nie potrzebuję.
Wstałam i podeszłam do niej. Moje obcasy stukały na drewnianej podłodze. Położyłam paczkę na kolanach dziewczyny, wróciłam na swoje miejsce i usiadłam.
Pomyślałam, że wkrótce stąd wyjdę, wsiądę do samochodu i wrócę do Nowego Jorku. Czekało na mnie przestronne mieszkanie na Upper West Side z widokiem na rzekę. A także moja praca, niedawno rozpoczęta książka i przyjaciele. Nigdy nie wyszłam za mąż i byłam bezdzietna, ale miałam kochanka, również dziennikarza „Timesa”, który czasem zostawał u mnie na noc.
Moi przyjaciele mówili, że należę do kobiet, które żyją swoją pracą, lecz ja sądzę, że prawda jest trochę inna. Uwielbiam uprawiać sporty, chodzić do opery i zawsze lubiłam towarzystwo mężczyzn. Ale ponieważ bardzo wcześnie zdecydowałam, że nie będę mieć dzieci, nie widziałam powodu, by wychodzić za mąż.
Owinęłam paczkę brązowym papierem i zakleiłam taśmą. Teraz patrzyłam, jak dziewczyna odkleja taśmę i otwiera pakunek. Na wierzchu leżał mój list do redaktora naczelnego, postanowiłam bowiem oddać jej wszystkie materiały.
– Nie mam odręcznych notatek twojej matki – wyjaśniłam. – To są moje transkrypcje maszynowe. Zawsze wolałam pracować na podstawie maszynopisów, nie lubię odręcznych notatek, nawet własnych. A co do pozostałych wywiadów – znajdziesz tu wszystko, co usłyszałam.
Ona jednak nie słuchała, co mówię. Patrzyłam, jak czyta pierwszą stronę, a potem następną. Zmieniła nieco pozycję, opierając się na jednej ręce. Rozpięłam płaszcz. Miałam chyba nadzieję, że dziewczyna przeczyta zdanie czy dwa albo przerzuci parę stron, a potem na mnie spojrzy, podziękuje i powtórzy, że ma zajęcia. Ale ona siedziała w milczeniu i czytała stronę za stroną.
Pomyślałam, że może powinnam wspomnieć o zajęciach, na które zamierzała iść.
Znów usłyszałam jakiś harmider za drzwiami, a później zapadła cisza.
Siedziałam jakieś dziesięć minut, zanim się zorientowałam, że dziewczyna zamierza przeczytać wszystko tu i teraz.
Rozejrzałam się po pokoju i wyjrzałam przez okno. Wciąż padał śnieg.
Podniosłam się z krzesła.
– Pójdę na spacer – rzuciłam w stronę jej pochylonej głowy. – Wypiję gdzieś kawę. – Zrobiłam pauzę. – Czy mam…
Nie należało pytać, czy powinnam wrócić. Teraz już wiedziałam, że postąpiłabym nieodpowiedzialnie, gdybym nie wróciła, by stawić czoło jej reakcji czy odpowiedzieć na pytania. I wtedy ogarnęła mnie panika.
Może nie trzeba było tu przyjeżdżać, pomyślałam rozpaczliwie. Może nie powinnam przynosić tej paczki.
Od wielu lat jednak uczyłam się, jak radzić sobie z paniką i wątpliwościami. Moja strategia w takich sytuacjach była dziecinnie prosta: myśleć o czymś innym. I to właśnie zrobiłam. Pomyślałam, że muszę wynająć pokój w motelu, a potem coś zjeść.
Spojrzała na mnie przelotnie, a ja zauważyłam, że dłoń, którą przewracała kartkę, drży.
Spojrzała na mnie tak, jakby nigdy przedtem mnie nie widziała. Mogłam tylko zgadywać, co wtedy myślała, co słyszała i czego się lękała.
A przecież znałam lepiej niż inni tę opowieść i tę, która ją opowiedziała.
I wiedziałam wszystko o tej, która opowieść później zagarnęła...