Strona główna / Literatura światowa / Kolor purpury

Aktualności

24.09.2021

Spotkanie online Pauliną Młynarską

W piątek 24 września o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Moja lewa joga".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

18.09.2021

Rozmowa z Anną Karpińską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Anną Karpińską, autorką książki "Kiedy nadejdziesz".

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Martwiec Katarzyna Puzyńska
  3. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston

Kolor purpury

Alice Walker

Drogi Boże!

Ale mną trząchło. Co i rusz płakałam i wycierałam nos a jeszcze musielim zgadywać co znaczą różne słowa co ich nie znamy więc długo nam się zeszło nim przeczytalim piersze kilka listów. Jak doszlim do tego że Nettie na dobre osiadła w Afryce to pan _____ z Gradym jak raz wrócili się do domu.
Dasz sobie radę, pyta się Cuksa?
Skąd ja weznę siłę żeby go nie zabić, mówię.
Nie zabijaj, powiada Cuksa. Nettie niedługo się wróci. Po co ma się z tobą widywać tak jak tera się widujemy ze Sofią.
Kiedy tak mi z tem trudno, mówię, a Cuksa bez ten czas opróżnia swoją waliskę i chowa do niej listy.
Chrystusowi tyż było trudno, mówi. Ale jakoś wytrzymał. Pamiętaj. Nie zabijaj, powiedział. I pewnikiem chciał dodać A mnie przede wszystkiem. Wiedział z jakiemi durniami ma do czynienia.
Ale pan _____ to nie Chrystus. Ja tyż nie, mówię.
Jesteś ważna dla Nettie, Cuksa na to. Szlag by ją trafił jakbyś się zmieniła akurat kiedy ona się wraca.
Słychać jak Grady i pan _____ hałasują w kuchni. Brzęczą talerze, drzwi śpiżarki roztwierają się i zamykają.
Nie, mówię, chiba się lepiej poczuję jak go jednak zabiję. Bo tera to tak jakbym była chora albo co. Cała jestem odrętwiała.
Właśnie że go nie zabijesz. Od zabijania jeszcze nikt się lepiej nie poczuł. Cóś tam się czuje i tyle.
Lepsze cóś niż nic.
Celio, mówi Cuksa. Tu nie chodzi tylko o Nettie.
A o kogo jeszcze, pytam się?
O mnie, Celio. Pomyśl o mnie trochu. Panno Celio, jeżeli zabijesz Alberta zostanie mi się tylko Grady. Aż strach pomyśleć.
Śmieję się bo sobie przypomniałam te wielkie zembiska Grady’ego.
Zrób żeby Albert dał mi z tobą spać póki z nami mieszkasz, mówię.
Nie wiem jak, ale jej się to udało.


Drogi Boże!

Śpimy tera ze sobą jak siostry, Cuksa i ja. Wciąż bardzo chcę z nią być, wciąż uwielbiam patrzeć się na nią ale piersi mam miętkie a guziołek nigdy mi nie staje. Tera to już wiem że umarłam. Ale ona mówi Nie, to tylko bez tę wściekłość, żal, bez to że chcesz go zabić. Nima strachu. Jeszcze ci piersi stwardnieją a guziołek stanie.
Uwielbiam się przytulać i kropka, mówi Cuksa. Obejmować. Niczego więcej mi nie trza.
No, mówię. Przytulanie to dobra rzecz. Obejmowanie. Każden jeden dotyk jest dobry.
Kiedy wszystko na chwilę zacicha tak jak tera, powinneśmy dla odmiany robić co inne niż zawsze.
A co na ten przykład, pytam się?
No, mówi Cuksa i mierzy mnie wzrokiem, na przykład chodź uszyjemy ci spodnie.
A na co mi one, dziwię się? Co to ja jestem, chłop?
Nie musisz się zara tak jeżyć, mówi Cuksa. Sukienki wcale tak znowuż dobrze na tobie nie leżą. Modelka to ty nie jesteś.
Czy ja wiem, mówię. Pan _____ nie pozwoli żeby jego żona chodziła w portkach.
Czemu nie, pyta się Cuksa? Przecie tylko ty w tem domu pracujesz. To skandal jak ty wyglądasz kiedy orzesz w kiecce. Nie rozumim jakiem cudem jeszcze żeś się nigdy o nią nie potkła ani nie zawadziłaś pługiem.
Myślisz, mówię?
No. I jeszcze cóś ci powiem. Jak Albert się do mnie zalecał to czasem wkładałam jego spodnie. A on jednego razu włożył moją sukienkę.
Nie może być.
Właśnie że może. Dawniej straszny był z niego wygłup. Nie to co tera. Ale uwielbiał jak wkładałam spodnie. Działały na niego jak płachta na byka.
Ja na to tylko prychłam. W sam raz sobie wyobraziłam jak to wyglądało i wcale żem nie była zadowolona.
No przecie wiesz jacy oni są, powiada Cuksa.
A z czego je uszyjemy, pytam się?
Trza wyszukać czyjsiś mundur z wojska, mówi Cuksa. Na próbę. To dobry mocny materiał i nic nie kosztuje.
Jack ma mundur, mówię. Odessy mąż.
Dobra, ona na to. Co dzień będziem czytać listy od Nettie i szyć.
Będę machać igłą zamiast brzytwą, myślę sobie.
Nic już więcej nie mówiła tylko podeszła i mnie uściskała.


Drogi Boże!

Odkąd wiem że Nettie żyje trochu żem się podźwigła. Tak sobie czasem myślę że jak ona przyjedzie to się stąd wyniesiemy. Ona, ja i dwoje naszych dzieciów. Ciekawość jak tera wyglądają. Ale trudno mi o nich myśleć. Wstyd. Żeby tak prawdę powiedzieć to więcej wstydu niż miłości. A zresztą czy im aby nic nie brakuje? Mają dobrze w głowach i wogle? Cuksa mówi że z kazirodzkich dzieci wyrastają przygłupki. Bo kazirodztwo to pomysł diabła.
Ale myślę o Nettie.
Pisze, że tam u nich gorąc. Większy niż w lipcu. Niż w lipcu i sierpniu do kupy. Jakby kto gotował obiad w małej kuchence w sierpniu i lipcu. Taki gorąc.


Droga Celio!

W porcie wyszedł nam na spotkanie Afrykanin z wioski, w której mamy mieszkać. Na imię mu Joseph. Jest niski i gruby, a dłonie ma jakby w ogóle bez kości. Kiedy podał mi rękę, poczułam, że to nie ręka, tylko coś miękkiego i wilgotnego spada na ziemię, i ledwo złapałam w powietrzu to nie wiadomo co. Joseph trochę zna angielski, tak zwany bambusowy – całkiem inny niż ten, którym my mówimy, ale brzmi swojsko. Pomógł nam wyładować bagaże ze statku na łódki, które po nas przypłynęły. Te łódki to właściwie czółna, takie same dłubanki, jakie dawniej mieli Indianie – nieraz przecież widywałaś na obrazkach. My razem z bagażami zajęliśmy trzy, a w czwartej płynęły leki i pomoce naukowe.
Podróż ze statku na ląd umilał nam śpiew wioślarzy, którzy na wyścigi machali pagajami. Na nas ani na nasz bagaż prawie nie zwracali uwagi. Kiedy dopłynęliśmy do brzegu, nie pofatygowali się, żeby pomóc nam wysiąść, a część bagaży po prostu wrzucili do wody. Skoro tylko wymusili na nieszczęsnym Samuelu napiwek, zdaniem Josepha za duży, odpłynęli, pokrzykując w stronę grupki ludzi, którzy stali tuż nad wodą, czekając, aż ktoś ich zawiezie na statek.
Port jest ładny, ale za płytki dla dużych statków. Dlatego też wioślarzom dobrze się powodzi, przynajmniej w tej porze roku, kiedy przypływają statki. Wioślarze byli znacznie roślejsi i lepiej umięśnieni od Josepha, ale wszyscy są ciemnoczekoladowi i Joseph też. Nie są więc tacy czarni jak Senegalczycy. Żebyś wiedziała, Celio, jakie mają mocne, czyste i białe zęby! W podróży często myślałam o zębach, bo prawie przez cały czas mnie bolały. Wiesz, jakie popsute mam trzonowce. W Anglii też zwróciłam uwagę na zęby Anglików. Zwykle są krzywe i sczerniałe od próchnicy. Zastanawiałam się, czy to wina tamtejszej wody. Za to Afrykanie mają naprawdę końskie zęby – takie kształtne, proste i mocne.
Całe tutejsze „miasto” portowe to po prostu jeden dom towarowy. W środku są stoiska, a w nich tkaniny, lampy naftowe i nafta, moskitiery, śpiwory, hamaki, siekiery, motyki, maczety i inne narzędzia. Jeden biały zarządza tym wszystkim, ale niektóre stoiska wydzierżawia Afrykanom. Joseph pokazał nam, co powinniśmy kupić. Kupiliśmy więc żelazny kocioł do gotowania wody i ubrań, cynową miskę. Moskitiery. Gwoździe. Młotek, piłę i kilof. Naftę i lampy.
W mieście nie było gdzie przenocować, więc Joseph pogadał z paroma chłopakami, którzy kręcili się bezczynnie koło faktorii, i najął ich na tragarzy. Od razu wyruszyliśmy do wsi Olinków. Zajęło nam to jakieś cztery dni, cały czas piechotą przez busz. Busz to po waszemu dżungla. Chociaż może niezupełnie. Wiesz, co to takiego dżungla? Drzewa, drzewa i jeszcze raz drzewa. A wszystkie ogromne jak jakieś gmachy. No i liany. I paprocie. Różne małe zwierzątka. Żaby. Węży też nie brak – przynajmniej Joseph tak twierdzi. Ale myśmy dzięki Bogu ani jednego węża nie widzieli, tylko garbate jaszczurki, grube jak ludzka ręka. Miejscowi łapią je i jedzą.
Tutejsi ludzie przepadają za mięsem. Wszyscy mieszkańcy naszej wioski zajadają się nim. Czasem w żaden sposób nie udaje się zachęcić ich do pracy. Trzeba im wtedy obiecać mięso – kawałek, który akurat ma się w domu, albo cały piknik z ogniskiem. Właśnie, piknik. Pod tym względem Afrykanie przypominają mi ludzi z naszych stron!
No, jesteśmy na miejscu. Przez całą drogę tragarze nieśli nas w hamakach i zupełnie od tego zesztywniałam. Myślałam, że zwłaszcza biodra nigdy nie przestaną mnie boleć. Wszyscy mieszkańcy wioski stłoczyli się wokół nas. Wychodzili z okrągłych chatek krytych jakby słomianą strzechą. Potem się okazało, że to nie słoma, tylko liście rośliny, której wszędzie tu pełno, nazywa się dachowiec. Miejscowi zrywają je i suszą, a potem układają tak, że liście zachodzą na siebie i dach nie przecieka. To kobieca robota. Za to mężczyźni wbijają pale i czasem pomagają budować ściany z błota i kamieni zebranych w strumykach.
Żebyś wiedziała, jakie zaciekawione miny mieli wieśniacy, kiedy się do nas zbiegli! Najpierw tylko się przyglądali. Potem kilka kobiet zaczęło dotykać ubrania mojego i Corriny. Przez trzy wieczory gotowałam przy ognisku i ciągle zamiatałam ziemię rąbkiem sukienki, która tak się w końcu uszargała, że aż mi było wstyd. Ale potem zobaczyłam, co mają na sobie miejscowe kobiety. Ich sukienki przeważnie wyglądają, jakby świnie przez cały dzień włóczyły je po podwórku. W dodatku źle leżą. Wieśniacy podeszli trochę bliżej, ale żaden się nie odezwał. Zaczęli dotykać naszych włosów i przyglądać się butom. Popatrzyliśmy na Josepha. Wyjaśnił, że wieśniacy tak się zachowują, bo dotąd wszyscy misjonarze byli biali i vice versa. Wprawdzie niektórzy mężczyźni bywali w porcie i widywali białego kupca, więc wiedzieli, że biały niekoniecznie musi być misjonarzem. Ale kobiety nie wyprawiały się do portu i nigdy w życiu nie widziały żadnych białych oprócz misjonarza pochowanego rok temu.
Samuel spytał, czy widzieli białą misjonarkę, która mieszka o trzydzieści kilometrów dalej. Odparli, że nie widzieli. Trzydzieści kilometrów przez dżunglę to bardzo długa podróż. Myśliwi polują czasem w promieniu piętnastu kilometrów, ale kobiety nie oddalają się od chat ani pól.
Wtem jedna z nich o coś spytała. Spojrzeliśmy na Josepha. Powiedział, że wieśniaczka chce wiedzieć, która z nas jest matką dzieci: Corrina czy ja, a może obie? Joseph wyjaśnił, że matką jest Corrina. Kobieta przyjrzała nam się uważnie i znów coś powiedziała. Popatrzyliśmy na Josepha. Powiedział, że zdaniem wieśniaczki dzieci podobne są do mnie. Wszyscy uprzejmie się zaśmialiśmy.
Potem druga kobieta o coś spytała. Chciała wiedzieć, czy ja też jestem żoną Samuela.
Joseph odparł, że nie jestem niczyją żoną. Przyjechałam, żeby pracować w misji tak jak Samuel i Corrina. Któryś z wieśniaków powiedział, że nigdy nie przypuszczał, że misjonarze mogą mieć dzieci. Inny dodał, że nawet mu się nie śniło, żeby misjonarz mógł być czarny.
I wtedy ktoś powiedział, że dokładnie coś takiego mu się śniło, i to właśnie tej nocy: że przyjdą nowi misjonarze, mężczyzna i dwie kobiety, i wszyscy troje będą czarni.
Tymczasem zrobiło się już spore zamieszanie. Zza matczynych spódnic i sponad ramion starszych sióstr wyglądały dziecięce główki. Tłum wieśniaków liczący sobie ze trzy setki zagarnął nas i poprowadził do miejsca, gdzie stał jakby dom bez ścian, a właściwie sam dach z liści. Pod tym dachem wszyscy usiedliśmy na ziemi – z przodu mężczyźni, a kobiety i dzieci z tyłu. Wśród sędziwych starców, którzy przypominali mi ubranych w workowate spodnie i wyświecone, źle skrojone płaszcze członków rady kongregacji z naszego miasta, rozległy się głośne szepty: Czy czarni misjonarze piją wino palmowe?
Corrina spojrzała na Samuela, a Samuel na Corrinę. Ale ja i dzieci już piliśmy wino, bo ktoś wetknął nam w ręce małe kieliszki z brązowej gliny, a my z samego zdenerwowania zaczęliśmy popijać.
(…)