Strona główna / Literatura faktu, historia / Tajemnice zbrodni

Aktualności

30.05.2022

PIKNIK NA SKRAJU DROGI I INNE UTWORY z Nagrodą Nowej Fantastyki

Z przyjemnością ogłaszamy, że książka "Piknik na skraju drogi i inne utwory" Arkadija i Borisa Strugackich otrzymała Nagrodę „Nowej Fantastyki” w kategorii Wznowienie Roku.

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Ziobranoc, Europo Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Kłamstwa arabskich szejków Marcin Margielewski
  3. Osiedle Sielanka. Bomba Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Tajemnice zbrodni

Ewa Ornacka

Rozdział 2.

POGOŃ ZA „WAMPIREM”

Niektórzy drwili z niego, nazywając różowymi gaciami, umniejszali jego wyczyny. Inni – a była ich zdecydowana większość – drżeli ze strachu. Mówili, że jest jak duch albo wampir, że zjawia się nie wiadomo skąd, jakby wyrastał spod ziemi. Tropili go najlepsi policjanci, ale był nieuchwytny. Aż do dnia pewnej kontroli drogowej.

Wrzesień 1997 roku przyniósł nad Bałtyk słoneczną pogodę. Plaża w Świnoujściu kusiła ciepłym piaskiem, była prawie pusta. Ale nikt nie myślał wtedy o plażowaniu. Po mieście rozeszła się wieść, że w lesie policja odnalazła martwą celniczkę z przejścia granicznego.

Jolanta R. miała czterdzieści lat, była atrakcyjną kobietą z burzą rudoblond włosów. Jej ciało wisi teraz na sznurze przerzuconym przez gałąź. „Desperatka – szepczą ludzie – pewnie miała dość życia”. Jednak wszyscy, którzy ją znali, ucinają plotki: „Jola była lubiana, doceniana przez przełożonych, miała dom, przyjaciół. Nie wyglądała na przygniecioną problemami, pogrążoną w depresji”. Zatem jeśli to prawda, dlaczego odebrała sobie życie?

Właśnie trwają oględziny, w lesie roi się od policji. Okoliczności mogą sugerować, że kobieta odebrała sobie życie, jednak lekarz wezwany do stwierdzenia zgonu podejrzewa zabójstwo.

– Została uduszona, dopiero gdy straciła przytomność, morderca upozorował powieszenie – mówi.

Poza obrażeniami na ciele wskazuje na to wiele szczegółów: zamek w jej spodniach jest rozpięty, bluzka – niedbale upchnięta za pasek, a guziki porozpinane. Niewykluczone, że najpierw kobieta została zgwałcona.

Policjanci z Centralnego Biura Śledczego – bo to oni przejmują sprawę – są przekonani, że zbrodnia ma związek z pracą funkcjonariuszki. Informatorzy z półświatka sugerują bowiem, że Jolanta R. naraziła się przemytnikom narkotyków z Poznania, którzy wydali na nią wyrok.

Jest motyw, są podejrzani, ale mijają miesiące, a sprawa pozostaje niewyjaśniona. W marcu 1998 roku prokuratura umarza śledztwo. W archiwum pozostaje fragment naskórka mordercy znaleziony pod paznokciami ofiary.

Dwa lata później

Dziewiątego marca 2000 roku w poniemieckim bunkrze na wydmach w Świnoujściu policja znajduje zwłoki dziewczyny poszukiwanej od dwóch dni. Wyszła z domu przy Inżynierskiej, spieszyła się do swojego chłopaka, na Uzdrowiskową. Miała na imię Aneta, skończyła dwadzieścia dwa lata, uczyła się w studium pomaturalnym. Była wysportowana, miała lśniące kasztanowe włosy i całe życie przed sobą.

Aneta przed śmiercią została zgwałcona, jej ciało jest zmasakrowane. Musiała walczyć z zabójcą, ma połamane paznokcie, zapewne próbowała wydrapać mu oczy. Znała karate i wiedziała, jak się bronić. Jednak on był silniejszy, wpadł w furię, bo go uderzyła, bo podjęła walkę na śmierć i życie. Zemścił się za to okrutnie...

Policja szuka śladów mordercy. Znajduje kroplę jego spermy. Wtedy nikt jeszcze nie wiąże zabójstwa Anety ze zbrodnią na Jolancie. Śledztwa toczą się w innych wydziałach i w innych miastach. Jedynym elementem, który łączy obie sprawy, jest miejsce zbrodni. Świnoujście.

Wkrótce cała policja przy zachodniej granicy zostanie postawiona na nogi, ponieważ właśnie tam rozpocznie się seria zuchwałych gwałtów.
W kwietniu ofiarą gwałciciela padają dwie kobiety i... dziewięcioletnie dziecko. Dziewczynka idzie właśnie na pocztę w centrum miasta, przechodzi przez park Zdrojowy. Pedofil atakuje ją w miejscu publicznym, w każdej chwili ktoś może go zobaczyć i wezwać policję. Jednak on nic sobie z tego nie robi. Chwyta małą za rękę i ciągnie do lasu, żeby nikt nie usłyszał płaczu i wołania o pomoc. Dziecko milknie na widok pistoletu.

Jego następna ofiara ma dwadzieścia lat, mieszka na peryferiach miasta. Zboczeniec gwałci ją niedaleko domu. Potem zniewala na pustej plaży osiemnastolatkę, grozi jej bronią. Ma kominiarkę, dziewczyna nie widzi twarzy, ale zapamiętuje głos.

Wieści o gwałcicielu rozchodzą się błyskawicznie. Są wprawdzie nieoficjalne, ale już wywołują strach. Kobiety unikają parków i skwerów, słabo oświetlonych zaułków. Ruch na dzikiej plaży całkowicie zamiera, z psami spacerują głównie mężczyźni.

Policja i media jeszcze nie nagłaśniają problemu, chcąc uniknąć paniki. Ale i bez tego mieszkańcy Świnoujścia wiedzą swoje.

Tymczasem gwałciciel z bronią znika bez śladu, albo – jak podejrzewają śledczy – świadomie gdzieś się zaszywa. „Może to ktoś przyjezdny, na przykład kuracjusz, któremu skończył się turnus w ośrodku wypoczynkowym. Wyjechał i już nie wróci” – zastanawiają się lokalni policjanci.

Parki i skwery znów są pełne kobiet, nastolatki umawiają się na randki na dzikiej plaży. Wydaje się, że w mieście jest bezpiecznie. Cisza przed burzą trwa cztery tygodnie.

Pan „różowe gacie”

Rozpoczyna się sezon turystyczny, nad morze ściągają tłumy. Ośrodki wypoczynkowe pękają w szwach, zapełniają się pola namiotowe. Właśnie wtedy gwałciciel ponownie daje o sobie znać. Wyraźnie nabrał pewności siebie, gdyż kolejnej ofiary szuka na zatłoczonej promenadzie.

Zgrabna kobieta w plażowym stroju nie może krzyknąć, bo czyjaś wielka dłoń knebluje jej usta. Dziewczyna myśli przez chwilę, że to żart znajomego. Ależ się na nim odegra za to, że ją przestraszył! Próbuje się wyrwać z jego uścisku, ale on unosi ją jak piórko. Dziwne, ale naprawdę nikt nie zwraca na to uwagi. A nawet jeśli, to z boku oboje wyglądają pewnie na zaprzyjaźnioną parę, która urządza sobie zabawę z dreszczykiem. Mężczyzna jest w… kominiarce i różowych slipkach, tak jaskrawych, że oczy bolą.

Tego dnia policja nadaje sprawie nieoficjalny kryptonim „różowe gacie”, wymyślony przez lokalnych dziennikarzy. Ale nikomu nie jest do śmiechu. O gwałcie przy promenadzie mówi już całe miasto, temat nie schodzi z pierwszych stron gazet. To dopiero początek koszmaru, który na długo sparaliżuje Świnoujście.

Za pośrednictwem mediów policja apeluje o rozwagę, jednak w mieście i tak wybucha panika. Kobiety nie wychodzą z domów, matki wypisują swoje córki z kolonii. Strach udziela się także niemieckim turystom, regularnie odwiedzającym te strony. Plaże i pola namiotowe pustoszeją, branża turystyczna obawia się plajty.

Przedstawiciele prokuratury oczekują od zgwałconych kobiet pomocy w tworzeniu portretu pamięciowego przestępcy. Wszystkie przeżywają koszmar, spędzają długie godziny w gabinecie psychologa. Niektóre popadają w depresję, przez wiele miesięcy będą na lekach. Portret pamięciowy rodzi się w bólach. Policja wie tylko tyle, że maniak seksualny ma brudne paznokcie, duże brązowe oczy, masywną sylwetkę, spory brzuch i szparę między zębami. Jest młody, wysoki i wyjątkowo niechlujny.

Komendant wojewódzki w Szczecinie wybiera swoich dziesięciu najlepszych ludzi. Są w tym gronie specjaliści od tajnej obserwacji, analitycy, tropiciele zabójców i zboczeńców wszelkiej maści oraz przyszły dyrektor Centralnego Biura Śledczego. Szefem grupy zostaje Jarek – doświadczony i lubiany policjant z wydziału kryminalnego komendy wojewódzkiej, były sportowiec (kondycji fizycznej mogliby mu pozazdrościć sami antyterroryści).

Na ostatnim piętrze komendy miejskiej w Świnoujściu zakładają swój sztab. Mają do dyspozycji najlepszy sprzęt i stały nasłuch wszystkich służb w mieście. Nocami wertują akta spraw karanych gwałcicieli, przeświet¬lają życiorysy klientów sex-shopów. Sprawdzają wszystkie pozwolenia na broń i ludzi, którzy je dostali. Penetrują plaże i lasy, lustrują osiedla mieszkaniowe i peryferie. W przebraniu kloszardów przenikają do środowiska bezdomnych.

Są oczami i uszami tego miasta.

Prawo serii

Na stole piętrzą się akta sprzed lat, wszystkie dotyczą gwałtów. Ich lektura zajmuje śledczym kilka nocy i przynosi szokujące wyniki.

– Wiele gwałtów jest dziełem jednego człowieka! – Jarek ma wrażenie, że włosy stanęły mu dęba, tyle tego jest. – Człowiek, którego szukamy, wyruszył na łowy już cztery lata temu, jego ofiary mieszkają właśnie tu, w Świnoujściu.

Analitycy nie mogą się nadziwić, że nikt dotąd nie powiązał ze sobą tych przestępstw.

– Przecież facet za każdym razem straszył bronią i nosił kominiarkę. – Jeden z nich przeciera oczy ze zdumienia. – Jak można było ten fakt przeoczyć?

Po przesłuchaniach niegdyś zgwałconych kobiet (w większości niepełnoletnich) wyłania się kilka rysopisów. Najbardziej interesuje śledczych postać z gęstym zarostem. Tego mężczyznę dziewczęta wskazywały najczęściej. Policjanci nazywają go troglodytą, człowiekiem z jaskini.

– Gdyby go ogolić, przypominałby „naszego” sprawcę – zauważa analityk.

– Bez dwóch zdań to ta sama twarz! – cieszy się spec od tajnej obserwacji.

– Mam nieodparte wrażenie, że dziełem troglodyty są nie tylko gwałty, ale także dwa zabójstwa: celniczki z lasu i dziewczyny z bunkra – Jarek mówi to, o czym myśli już od jakiegoś czasu.

– Nie mamy dowodów, to karkołomna teza – sprowadza go na ziemię analityk.

– Ale mamy przeczucie... Obie kobiety zginęły, ponieważ stawiały mu opór.

– Jeśli twoja teza jest prawdziwa, to będziemy mieli kolejne śmiertelne ofiary...

– Dlatego musimy drania złapać, zanim znów zabije – kończy odprawę szef grupy.

Po amerykańsku

„Troglodyta” już wie, że pościg za nim jest dla policji sprawą priorytetową. Wszystkie media o tym trąbią. W jakiejś gazecie nazwano go wampirem, a to nobilituje – już nie jest zwykłym gwałcicielem, ma krew na rękach. Patrole policji, które widać niemal na każdym kroku, wcale go nie zniechęcają. Wręcz odwrotnie – inspirują do działania.

Znów daje o sobie znać – w parku, dokładnie tam, gdzie wcześniej napastował dziewięcioletnie dziecko. Teraz jego ofiarą jest nastolatka drobnej budowy, która zmierza na spotkanie z koleżanką. Obserwuje ją z ukrycia, atakuje w typowy dla siebie sposób: od tyłu, w kominiarce, strasząc bronią. Znika tak szybko, jak się pojawia. Dziewczyna zapamiętuje jego brązowe oczy, długie rzęsy i brudne paznokcie.

Krótko potem zaskakuje na wydmach parę nastolatków. Dziewczynę gwałci, jej partnera trzyma na muszce – chłopak leży twarzą do ziemi, kątem oka widzi, że przestępca ma na sobie garnitur i eleganckie buty. Opowiada o tym w komisariacie. Policjantów trochę dziwi schludny wygląd gwałciciela, ale są pewni, że to ten sam człowiek.

– Prawdopodobnie wyszedł z jakiejś imprezy imieninowej albo miał inny ważny powód, żeby wyczyścić paznokcie – mówi na odprawie szef grupy.

– On wyraźnie się rozkręca, czuje się bezkarny, atakuje w dzień, nie tylko w odludnych miejscach. Może być coraz bardziej niebezpieczny – obawia się policjant z „grupy dziesięciu”.

– Jak to możliwe, że wciąż mu się udaje, że nikt go nie widzi, że na odległość wyczuwa nasze pułapki? Ma szósty zmysł czy co?! – denerwuje się komendant wojewódzki.

– Rzeczywiście, jeśli to faktycznie jeden sprawca, a nie wielu, to zachowuje się wręcz brawurowo, jakby dopiero rozpoczął swój szlak, nabierał apetytu... – zauważa szef służb kryminalnych.

– Ja tu nie chcę filozofowania, tylko wyników! Czy ktoś mi powie, jak – do cholery – można go powstrzymać?! – Komendantowi skacze ciśnienie, przeczuwa, że wkrótce media nie pozostawią na policji suchej nitki.

– Nikt nas nie szkolił, jak łapać seryjnych sprawców – wtrąca nieśmiało Jarek. – Największe doświadczenia z seryjnymi mają Amerykanie, u nich roi się od takich popaprańców.

– W takim razie uczcie się od FBI, jak się do tego zabrać! Przeczytajcie wszystko, co o tym na świecie napisano – radzi komendant.

Większość tekstów trzeba przetłumaczyć z angielskiego, lektura opracowań ekspertów z FBI okazuje się na wagę złota, zawiera sporo wskazówek. Policjanci z grupy pościgowej stawiają wykrzykniki przy zdaniu: „seryjni gwałciciele zaczynają swój szlak w wieku około dwudziestu czterech lat”. Postanawiają iść tym tropem. Biorą pod lupę wszystkich mężczyzn w tym i zbliżonym wieku, których sylwetka pasuje do portretu pamięciowego. Szacują, że trzeba sprawdzić co najmniej kilkanaście tysięcy osób. Jeśli szczęście nie zacznie im sprzyjać, mogą się z tym grzebać do emerytury. (…)