Strona główna / Literatura światowa / Kwestia równowagi

Aktualności

05.07.2022

Spotkanie z Piotrem Borlikiem w Gdańsku

W poniedziałek 18 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Nadbałtyckiego Centrum Kultury (ul. Korzenna 33/35, Gdańsk) na spotkanie z Piotrem Borlikiem, autorem książki "Labirynt".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

04.07.2022

Rozmowa z Marcinem Margielewskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Wyrwana z piekła talibów".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Wyrwana z piekła talibów Marcin Margielewski
  3. Arabska zdrajczyni Tanya Valko

Kwestia równowagi

Zoe Fishman

Rozdział pierwszy
Charlie

Charlie podniosła się z podłogi jednym płynnym ruchem. Poprawiła maty, wyrównała bloki i podkładki. Z uśmiechem zerknęła na uczestniczki kursu. Większość z nich już miała na sobie ciepłe kurtki i nic dziwnego, zima w tym roku dawała się we znaki. Charlie z przyjemnością zauważyła, że uczennice wyglądały całkiem inaczej niż przed zajęciami – napięcie widoczne na ich twarzach jeszcze przed godziną ustąpiło miejsca wyraźnemu odprężeniu.
Nieustannie zdumiewała ją ożywcza moc jogi. Uwielbiała ciągle na nowo przekonywać się, jak z każdym rozciągnięciem, z każdą asaną zmiękcza ona serca i otwiera umysły znużone Nowym Jorkiem. Powiodła wzrokiem po ścianie okien wychodzących na ruchliwą brooklińską ulicę,
uśmiechnęła się do pustej sali.
Pomyśleć tylko, że znajdowała się tu u siebie, że była sobie sterem, żeglarzem, i okrętem. Niemałe osiągnięcie. Ciągle jeszcze od czasu do czasu musiała się uszczypnąć, by zyskać pewność, iż nie śni.
Zgasiła światło, sprawdziła godzinę.
Kwadrans po piątej! O kurczę!
Czterdzieści pięć minut na dotarcie do centrum! Z dzielnicy Bushwick w północnym Brooklynie!
Oby nie trafiły się dzisiaj żadne kłopoty w metrze...
Na prysznic stanowczo za późno... uniosła ramię, z obawą pociągnęła nosem.
Trudno, musi wystarczyć dezodorant.
– Co za szyk, co za klasa! – usłyszała za plecami.
Odwróciła się z głupawym uśmiechem.
– A co, nigdy nie widziałeś, jak się wącha pachy?
– Widziałem, widziałem – przyznał Julian. – Na przykład goryle robią to bez przerwy. – Uśmiechnął się szeroko znad komputera w recepcji. – I jak, ujdzie w tłoku?
– Ujdzie bez żadnego tłoku! Jestem świeżutka jak górski zdrój! Co tam w sieci?
– W dzisiejszych wiadomościach kolejna spadająca nastoletnia gwiazda trafiła pod nadzór psychiatryczny, a scjentolodzy znaleźli następnego homoseksualistę wśród polityków na wysokich stanowiskach – odparł Julian, kręcąc głową i przewijając swoją ulubioną plotkarską stronę w Internecie. – Naprawdę, wszystko przez te przedłużane włosy, mówię ci.
– Nie rozumiem – przyznała Charlie, wchodząc do łazienki.
Wyciągnęła z torby ulubiony czerwony sweter i strząsnęła go energicznie.
– No wiesz, sama pomyśl, ile nastoletnich gwiazdek traci rozum. Moim zdaniem, dzieje się tak przez toksyczny klej, którego się używa do przedłużania włosów. Niebezpieczny specyfik przesącza się im do mózgów. Już nie mówiąc o tym, że efekt końcowy takiego zabiegu przypomina stóg siana. Wiesz co, moglibyśmy wprowadzić na rynek całkiem nową linię włosów i klej organiczny. Felicity na pewno znajdzie jakiś przepis. Lokal już jest, rozkręcimy sprzedaż i robimy kokosy.
– Tak, tak, jasne. Joga i doczepiane włosy. Świetnie idą w parze... – odcięła się Charlie. – Równie dobrze możemy włączyć do oferty botoks.
Wciągnęła botki zakładane na nogawki.
Julian roześmiał się głośno. Wstał, podniósł ręce i wyciągnął się na całą długość.
– Niezła myśl! – uznał. – „Joga dwudziestego pierwszego wieku”. – Zatrzymał wzrok na Charlie, która akurat ściągała włosy w gruby koński ogon. Miały kolor miodu i były wilgotne. – Dokąd się wybierasz, laluniu?
Charlie znieruchomiała przy wyciąganiu balsamu do ust.
– Jak to: dokąd? Przecież mam spotkanie absolwentów
– odpowiedziała. – Takie jakby po dziesięciu latach.
– Taaak? Idziesz odszukać starą miłość, która nie rdzewieje?
Chcesz sobie przypomnieć, jak to było, kiedy nosił za tobą teczkę i przytrzymywał ci włosy, gdy rzygałaś na imprezach?
Skarbie ty mój najsłodszy, twój Adonis z kampusu zmienił się w łysiejącego pantoflarza i ma trójkę dzieciaków. Aha! I nosi spodnie z zaszewkami!
Charlie wzdrygnęła się na tę myśl.
– Zaraz, chwileczkę – zastanowił się Julian. – A dlaczego to jest „takie jakby po dziesięciu latach”, a nie normalnie i po prostu: spotkanie absolwentów po dziesięciu latach? – zapytał. – Nie dla ciebie identyfikatory, catering z sałatą lodową i sosami z torebki? Na deser galaretka, potem tańce do Black Sheep, a na koniec wieczoru trochę rapu, choćby w stylu Biggiego Smallsa... To nie dla ciebie?
– Dobry Boże, Black Sheep? – Charlie zaśmiała się głośno.
– Niezłe retro! Nie, nie w tym rzecz, żeby to było nie dla mnie.
Po prostu mam wrażenie, że stowarzyszenie absolwentów postanowiło urządzić jakieś spotkanie w Nowym Jorku, bo sporo dawnych uczniów Boston University mieszka akurat tutaj. Zwłaszcza ci starsi. Ci, co skończyli uczelnię dziesięć lat temu. Swoją drogą, dziesięć lat... aż trudno uwierzyć. – Zamilkła.
Dziesięć lat. Rany boskie.
– W każdym razie – podjęła – dostałam e-mail i postanowiłam, że pójdę. Ale tak czy inaczej nie interesuje mnie żadne rozpalanie dawno wygasłych płomieni. Idę na to spotkanie w konkretnym celu.
– Będziesz się chwalić ślicznym brzuszkiem, uformowanym przez jogę?
– Nie, ale będę opowiadać o naszym ukochanym studiu Prana Joga. Na pewno parę osób z tego towarzystwa postanowiło zadbać o siebie od nowego roku, więc trudno o lepsze zgranie w czasie.
– Pomysł nie jest zły, szanowna pani biznesmenko
– przyznał Julian. – Ale brzuszek pokaż. Ludzie są wzrokowcami. Ładnych widoków nigdy za dużo.
– Co ty, swatem chcesz zostać, czy jak? – prychnęła Charlie. – Przyganiał kocioł garnkowi! A tak na poważnie, to musimy wszyscy wziąć się do roboty, żeby zyskać więcej uczniów. Wliczając w to szanownego pana.
– Się wie, szefowo. Jasna sprawa.
Charlie, Julian i Felicity byli współwłaścicielami firmy. Od dnia otwarcia, który miał miejsce przed dwoma miesiącami, wiele czasu, siły i energii poświęcali rekrutowaniu nowych uczniów. Marketing partyzancki i poczta pantoflowa zrobiły swoje, ale nadal znajdowali się dość daleko od zamierzonego celu. Prowadzenie firmy nie jest rzeczą łatwą, nawet jeżeli interes opiera się na filozofii zen i wierze w równowagę wszechświata. Nawet najlepiej wyartykułowane „ommm” nie pomoże zapłacić za elektryczność, uregulować należności za hipotekę ani rachunków za ogrzewanie. Nie mówiąc już o gazie i wodzie.
Wszyscy troje zdawali sobie sprawę z sytuacji. Jakżeby inaczej, przecież Charlie miała za sobą epizod na Wall Street, Julian zbił niewielką fortunę, operując na rynku nieruchomości, a Felicity w którymś momencie życia prowadziła własną szkołę jogi. Mimo wszystko, wbrew doświadczeniu,
zaangażowaniu i dobrym chęciom utrzymanie wymarzonej firmy kosztowało sporo trudu.
– Gdzie nas reklamowaliście? – zapytała Charlie.
– Ja chodziłem po kafejkach i butikach w całej Williamsburg i po Carroll Gardens – powiedział Julian.
– Rozdawałem ulotki ludziom do ręki i wieszałem na tablicach ogłoszeń. A dziś rano zahaczyłem o Flatbush Avenue. No i oczywiście mój bazowy zespół reklamowy haruje bez wytchnienia. – Wskazał psi koszyk, ustawiony za biurkiem.
Leżały w nim dwa mopsy, George i Michael, ulubieńcy Juliana oraz jego partnera, Scotta. Oba czujnie podniosły wzrok. Ubrane były w kubraczki w barwach firmowych: jeden w pomarańczowy, drugi w błękitny.
Charlie roześmiała się głośno.
– Biedne psiaki!
Podeszła do nich, kolejno poklepała je serdecznie.
– Biedne?! – oburzył się Julian. – One uwielbiają się przebierać! Prawda, słoneczka moje najpiękniejsze? No widzisz, kochana? Tak sobie właśnie pomyślałem, że skoro ludzie i tak nie mogą od nich oderwać wzroku, dobrze by było je wykorzystać jako żywą reklamę.
– Myśl godna geniusza. Chociaż coś mi się wydaje, że psiaki nie są uszczęśliwione garderobą.
– Daj spokój. To przecież George i Michael. Dla nich sława stanowi sens życia. A wyrażanie entuzjazmu, obojętne wobec czego, to czyste burżujstwo.
Charlie znów się roześmiała. Zapięła kurtkę.
– No dobra, to ja lecę do śródmieścia – oznajmiła, przerzucając torbę przez ramię.
– Moje ty biedactwo! – Julian poderwał się, uścisnął dziewczynę. – Powodzenia, kochanie. I uważaj, żeby się do ciebie nie przyczepił jakiś skończony dureń.
– Będę ostrożna.
Zamknęła za sobą drzwi, lekkim krokiem zbiegła po schodach. Zimne powietrze uderzyło ją w twarz, aż straciła oddech. Naciągnęła na głowę kaptur.
Ciekawiło ją, kogo spotka. Kompletnie straciła kontakt z ludźmi z college’u. Jak będą ją postrzegali teraz? Pokręciła głową i uśmiechnęła się niewesoło.
Nie znajdowała się w tak tragicznej sytuacji jak rok wcześniej, gdy właściwie nie bardzo miała co do garnka włożyć. Dawniej, w czasie gdy jej rówieśnicy popalali trawkę i laminowali fałszywe dowody tożsamości, ona zaznaczała notatki kolorami i oglądała najpoważniejszy pod słońcem kanał telewizyjny – C-SPAN.
Wyznaczyła sobie konkretny cel i zamierzała go osiągnąć. Chciała zaznaczyć swoje istnienie między rekinami finansowymi Nowego Jorku. Oczywiście, zdawała sobie sprawę, że trudne początki nie dają jej forów i łatwo nie będzie. Zawsze jednak miała w pamięci słowa ojca: „Najważniejsze jest dążenie do celu, skarbie”. Owa perełka, prawdziwy klejnot mądrości, błyszczała wyjątkowym blaskiem, zwłaszcza teraz, gdy Charlie zamierzała wrócić do przeszłości. Na szczęście tylko na godzinkę.
Dobra, niech będą dwie, postanowiła niechętnie.
Żeby przynajmniej się opłacało jechać do śródmieścia całym tym nieszczęsnym metrem.
Trąciła czytnik kartą miejską i przeszła przez bramkę z kołowrotkiem.
Idąc wilgotnym peronem, zastanawiała się nad własnym nastrojem. Dlaczego była podenerwowana?
Kto przyjdzie?
W myślach przebiegła krótką listę szkolnych miłości. Rzadko znajdowała czas na sprawy damsko-męskie, czasem jednak porzucała stoicką rezerwę i angażowała się w typowy dwu- trzytygodniowy rytuał randkowania. Teraz taki okres trwania związku ją zdumiewał, ale w czasach college’u trzy tygodnie wydawały się wiecznością. W każdym razie, jej zdaniem. Zwłaszcza jeśli kolejny chłopak
okazywał się kompletnym idiotą.
Nadjeżdżał pociąg.
(...)