Strona główna / Dla dzieci i młodzieży / Generał Ciupinek

Aktualności

21.11.2019

Spotkanie z Manulą Kalicką w Warszawie

W czwartek 12 grudnia o godz. 19:00 zapraszamy do Domu Kultury Śródmieście - Międzypokoleniowej Klubokawiarni w Warszawie (ul. Anielewicza 3/5) na spotkanie z Manulą Kalicką, autorką książki "Jej drugie życie.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Generał Ciupinek

Henryk Jerzy Chmielewski, Barbara Tylicka

Gdzie zeszyt?

Nad Łysobykami wstaje słońce. Za chwilę ozłoci Rynek, siedem ulic głównych i jedną Topolową Aleję – słowem całe miasteczko. To, że go na mapie, nawet w atlasie dla klasy piątej, nikt nie znajdzie – nie ma większego znaczenia. Może mało kto o nim słyszał, może ci, co rysują mapy, zagubili kółeczko, przeznaczone na oznaczenie tego miasta, kto to wie? Jakkolwiek się stało, Łysobyczanie nie tracą z tego powodu ani humoru, ani apetytu. Przecierają właśnie zaspane oczy i uśmiechają się do nadchodzącego dnia.
Razem ze słońcem powinien wyruszyć na miasto żółciutki autobus, który stanowił główną i jedyną linię komunikacyjną miasteczka. Ze wzruszeniem spoglądali Łysobyczanie na okrągłą białą tarczę z wymalowaną jedynką i szyld nad przednią szybą kierowcy z napisem: „Rynek – Młyn”. Tak się składało, że kiedy chodził młyn, to stał autobus i odwrotnie, kiedy autobus był na chodzie, to młyn był nieczynny. Nikogo to nie dziwiło, bo sprawa była nader prosta: zarówno młyn, jak i autobus obsługiwał ten sam pan Waporek, jako jedyna osoba w mieście znająca się na motorach spalinowych.
Cicho i spokojnie płynęło życie w Łysobykach Wielkich. Dzień w dzień pan Waporek przewoził pracowników z Rynku do młyna, zatrzymywał autobus, a uruchamiał młyn. Po zmieleniu pewnej partii mąki na pytel zatrzymywał młyn, aby zrobić drugi kurs autobusem. I tak w kółko: zatrzymywał i uruchamiał aż do godziny czwartej, kiedy to życie miasteczka zamykało się w prywatnych domach w gronie rodzinnym.
Aż nastąpił wypadek, który zamącił codzienny ustalony tryb stu dwudziestu sześciu mieszkańców.
Na wieży ratuszowej była właśnie godzina jedenasta, ale to nieważne, bo zegar był i tak tylko namalowany dla podniesienia świetności wieży i ducha obywateli. Naprawdę była dopiero godzina siódma rano.
Ciupinka, jedynego syna państwa Waporków, przygotowywano do szkoły. Babcia czyściła mu buty, zawijała śniadanko, tata temperował ołówki i rysował w zeszycie od przyrody kalendarz pogody. Ciupinek już zupełnie samodzielnie pakował książki i nic by się nie wydarzyło, gdyby to pakowanie nie ujawniło pewnych braków w tornistrze.
– Gdzie mój zeszyt z wypracowaniem? – zaniepokoił się nagle Ciupinek.
– Ciupineczku, zobacz w komodzie, może tam schowałeś?
– Nie ma!
– A może w szufladzie, w stole?
– Nie ma!
– Oj, źle patrzysz!
I Babcia z butelką nieprzegotowanego mleka w ręku biegała za Ciupinkiem i szukała.
– Czy wczoraj było słońce? – zapytał nagle znad zeszytu przyrodniczego tata Waporek.
– Wczoraj było słońce, ale dziś będzie burza w szkole, jak nie znajdziemy tego zeszytu z wypracowaniem – odpowiedziała Babcia.
Odjechał już dawno pośpieszny do Starożubrów, a zeszyt jeszcze się nie znalazł. Tata i Babcia biegali po mieszkaniu, a Ciupinek siedział w kącie i zalewał się łzami.
– Bez zeszytu do szkoły nie pójdę!
– Staraj się sobie przypomnieć, gdzie byłeś wczoraj, może gdzieś zostawiłeś? Przez ciebie spóźnię się do autobusu – mówił ojciec podniesionym głosem.
– Gdzie mój zeszyt, dostanę dwóję! – szlochał Ciupinek, raniąc tym szlochaniem serce rodziny.
Zagubiony zeszyt zamącił życie nie tylko w rodzinie Waporków.
Naprzeciwko pana Waporka mieszkał urzędnik Toto-Psotka, pan Banderola. Nie miał on zegarka, oczekiwał więc zazwyczaj swego sąsiada pana Waporka i gdy ten wychodził z domu, truchcikiem podążał za nim. Dziś pan Banderola stał długo w oknie, a tu od Waporków nikt nie wychodził: ani Ciupinek do szkoły, ani pan Waporek do garażu. Zniecierpliwiony pan Banderola wpadł do sąsiadów.
– Co się stało? Czyżby już dziś była niedziela?
– Ładna niedziela! Dzieciak zgubił zeszyt, przyniesie dwóję, dziękuję za taką niedzielę!
– Ale jest już bardzo późno, myślę!
– Późno, późno, a Ciupinek zeszytu nie ma. Panie Banderola, niech pan pomoże nam szukać, przecież gdzieś musi tu być ten zeszyt – biadoliła Babcia.
Wkrótce mieszkanie wyglądało tak, jakby przed chwilą opuściła je ekipa malarzy. Już nie tylko zeszytu, ale niczego na swoim miejscu nie było.
Wtedy zjawili się nowi pomocnicy – Buraczek i Zapałka, koledzy Ciupinka.
– Ciupin, co się dzisiaj tak grzebiesz! Wychodź, czekamy na ciebie! – wołali przez okno.
Ciupinek podszedł do okna, trąc dłońmi oczy w ostatecznej rozpaczy.
– Zeszyt mi zginął! Nie mogę znaleźć.
– To nie becz, zabierz się naukowo do rzeczy.
– Co tam naukowo, najlepiej od razu sprowadzić psa milicyjnego – radził Buraczek.
– Skąd weźmiesz psa milicyjnego? – zdziwił się Ciupinek, wiedząc, że takiego trudno by znaleźć nie tylko w mieście, ale i w okolicy.
– Skąd? A nasz pies – to pies? Odszukać zeszyt to dla niego szczeniak, jakby chciał i złodzieja by znalazł, tylko że mu się nie trafia.
– Nic nie ruszaj, zaraz przyprowadzimy Czujnego i będzie po kłopocie – powiedzieli i pobiegli do domu po psa.
Tymczasem pan Waporek prowadził poszukiwania. Zaglądał do wszystkich szuflad, a nawet pod szafę. Wreszcie zmęczony stanął na środku pokoju i zastanawiał się. Głupia sprawa z zeszytem uwikłała najważniejszego człowieka Łysobyków Wielkich w nie lada problem: iść do autobusu czy szukać dalej? Już się decydował iść do garażu, gdy nagle sobie przypomniał, że wczoraj prosił syna, aby wstąpił po szkole do apteki. Może tam zostawił zeszyt? Apteka nie była daleko, jak zresztą wszystko w Łysobykach Wielkich, i pan Waporek już w następnej minucie wpadł wprost za ladę, omijając niedługi ogonek czekających na leki.
– Panie Waporek, kto zachorował? – pytał wystraszony magister Rivanol.
– Zeszyt!... Zeszyt...
Ogonek, złożony z samych znajomych, ogromnie się zdziwił, co się stało jedynemu kierowcy w ich miasteczku.
– Nie zostawił tu Ciupinek wczoraj swojego zeszytu?
– Zeszyt? Jaki zeszyt? A... a... a... pani Marcelo, nie widziała pani zeszytu? Kiedy pani wczoraj sprzątała?
– Zeszytu? A bo to jeden przychodzi tu z zeszytami? Ja tam nic nie wiem. Jakby był, toby był. Włóczyli się chłopaczyska wczoraj po remizie strażackiej, to pewnie i zeszyty tam pogubili!
– W remizie, pani mówi? No to chodźmy, panie Waporek, mój chrześniak nie może dostać dwójki! – I magister Rivanol z panem Waporkiem opuścili aptekę, a cały ogonek z ciekawości ruszył za nimi w kierunku strażackiej remizy.
– Pali się? Pali? – pytali przechodnie, widząc dwóch poważnych obywateli pędzących na czele ogonka w kierunku Straży Pożarnej.
– Tak, pali się! – odpowiadali wszyscy dla świętego spokoju i biegli dalej.
Dopadli budynku, ale remiza była zamknięta. Błyszczał tylko pucowany codziennie przez Pana Naczelnika piękny mosiężny dzwon alarmowy. Kto w podnieceniu pociągnął za sznur, nie wiadomo, dość że na odgłos dzwonu wyskoczył z łóżka Naczelnik Straży Pożarnej w piżamie, wciągając w pośpiechu hełm i pas z toporem.
– Nareszcie się pali! – zawołał uradowany do żony. – Teraz się odznaczę!
Donośny głos dzwonu zaalarmował nie tylko Naczelnika, ale i wszystkich członków Ochotniczej Straży Pożarnej w Łysobykach Wielkich. Zanim pan Naczelnik zbiegł na dół do remizy, ochotnicy wytoczyli już na dziedziniec motopompę, meldując gotowość do akcji.
– Co się pali, panowie? – zwrócił się zadowolony Naczelnik do aptekarza i pana Waporka.
– Mnie się pali ziemia pod nogami, panie Naczelniku. Śpieszę się do autobusu. A tu mój Ciupinek zostawił w remizie swój zeszyt z wypracowaniem.
– To zamiast bić na alarm, trzeba było bić w tyłek chłopaka! Straż Ogniowa to nie młyn, panie Waporek!
– Czepia się pan młyna, ale bułki to pan lubi jeść! – odciął się Waporek.
– Ważny Naczelnik! Ciekawe, czyby choć pożar umiał ugasić! – zawołał ktoś z tłumu.
– Do pomp! Woda naprzód! – wołał Naczelnik, do pucu, chcąc nastraszyć przeciwników, bo dobrze wiedział, że beczkowóz po ostatnim praniu pani Naczelnikowej jest zupełnie pusty.
W czasie gdy wszyscy kłócili się pod remizą, Buraczek i Zapałka przyprowadzili Ciupinkowi swojego psa.
– Najpierw trzeba mu dać powąchać. Milicja zawsze tak robi.
– Ale co mu dać wąchać?
– No, to co zgubiłeś!
– Przecież nie znalazłem.
– Oj, daj mu zeszyt od przyrody, wszystkie zeszyty jednakowo pachną.
Chłopcy trzymali psa, a Ciupinek podsuwał mu pod nos swoje zeszyty. Czujny od razu poczuł pismo nosem i pociągnął chłopaków do wyjścia.
– Widzisz, już jest na tropie. Złapał wiatr! Chodźmy za nim!
Czujny biegł przez ulicę z nosem przy ziemi, za nim śpieszyli chłopcy. Przed sklepem rzeźnika pies wahał się przez chwilę, ale oparł się pokusie i poszedł dalej za głosem obowiązku. Wbiegł w ulicę, prowadząc chłopców wprost do punktu skupu makulatury.
– O, widzisz, oddałeś zeszyt razem z makulaturą, a teraz fatygujesz psa.
– Wykluczone, nigdy nie oddawałem makulatury! – bronił się Ciupinek.
– To znaczy Czujny poznał, że twoje zeszyty nadają się tylko na makulaturę.
– A ten wasz pies to się nadaje do zlizywania talerzy, a nie do milicji!
– Nie kłóćcie się, przypomniałem sobie inny wypróbowany sposób. Mój wujek, jak coś zgubi, to nie szuka, tylko udaje, że nie chce znaleźć, a wtedy zguba sama się znajduje. Udawajmy i my, że nie chcemy znaleźć tego zeszytu, a zobaczycie, że zaraz sam się znajdzie.
– Ja mógłbym udawać, ale co powie pani w szkole?
– Chłopaki, patrzcie, dokąd ci ludzie tak pędzą?!
– Pożar!
Chłopcy natychmiast zapomnieli o zeszycie i przyłączyli się do bieg­nących zewsząd ludzi. Na placu przed remizą stał tłum krzyczących i gestykulujących Łysobyczan.
– O rety! Co to, wiec? – zawołał Zapałka, widząc Naczelnika Straży Pożarnej, przemawiającego z beczkowozu.
– Pan Waporek zakłócił spokój miasta! Żarty sobie robi ze Straży Pożarnej! Niech Przewodniczący tu przyjdzie! Co to za bałagan! – denerwował się Naczelnik.
– Po Przewodniczącego! Niech tu przyjdzie! – krzyczał podniecony tłum, raczej dla zabawy niż z wrogości do pana Waporka.
Krzyki się wzmagały i pan Naczelnik posłał Strażaka Ochotnika po Przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej, pana Zebranko.
W chwilę potem rozstąpili się ludzie i wieloletni Przewodniczący tego miasta wkroczył na arenę wydarzeń.
– Kochani moi, co to za zbiegowisko? Panie Waporek, niech pan coś wyjaśni!
– Panie Przewodniczący, po cóż zaraz awantura? Ja tylko chciałem zobaczyć, czy mój Ciupinek nie zostawił w remizie zeszytu z wypracowaniem. A pan Naczelnik zaraz do pożaru...
Na chwilę zaległa cisza, która nie wiadomo co wróżyła. Każdemu z Łysobyczan kołatało się po głowie pytanie: Ale gdzie ten zeszyt może być, swoją drogą?
Rozmyślania zacnych obywateli przerwał Przewodniczący rzeczową propozycją:
– Chodźmy więc zobaczyć, czy w remizie nie ma tego nieszczęsnego zeszytu.
Kto stał bliżej remizy, wpadł do wnętrza i rozglądał się po kątach. W remizie suszyła się bielizna pani Naczelnikowej, rozwieszona na strażackim wężu, wszędzie walało się pełno różnych rupieci, ale zeszytu nie było. Wszyscy wyszli zawiedzeni.
– Nie ma! – zabrzmiało beznadziejnie.
Teraz co bystrzejsi zauważyli małego chłopaczka, który wdrapywał się na beczkowóz, miejsce gdzie przed chwilą stał sam Naczelnik Straży. Oczywiście natychmiast zauważył go Ciupinek, bo to był Jacek Dajweś z jego klasy.
– Co to, Dajweś ma zamiar przemawiać? – przeraził się Ciupinek, gdyż wiedział, że odpowiedzi w szkole nie zawsze wychodziły Jackowi składnie, a co dopiero publiczne przemówienie do tłumu.
Tymczasem Jacek gimnastykował się niesłychanie. Krzyczał, wymachiwał rękami, ale nikt na niego nie zwracał uwagi. W końcu wyciągnął zza pazuchy coś, co skierowało wszystkie oczy na niego, a Ciupinkowi wstrzymało dech na trzydzieści sekund (nikt więcej bez oddychania nie wytrzyma). Ucichło wreszcie i wszyscy usłyszeli wyraźnie głos Jacka:
– Ja mam zeszyt!
Efekt tych słów był piorunujący. Tłum zafalował.
– Gdzie go znalazłeś? – zapytał pan Waporek.
– Nigdzie. Wczoraj sam Ciupinek pożyczył mi zeszyt, bo chciałem odpisać wypracowanie.
Pan Waporek miał ochotę w tej chwili zapaść się pod ziemię ze wstydu.