Strona główna / Literatura polska / Melchior Wańkowicz. Dzieła / Tędy i owędy. Zupa na gwoździu

Aktualności

22.01.2021

Nie żyje Henryk Jerzy Chmielewski (Papcio Chmiel)

Z ogromnym smutkiem zawiadamiamy, że 22 stycznia 2021 r. zmarł Henryk Jerzy Chmielewski (Papcio Chmiel).

Wywiady

19.11.2020

Niksen jest jedną z form dbania o siebie

Czy wiecie, jak ważne jest to, by co jakiś czas wykroić sobie z codzienności chwilę na nicnierobienie? Niby ciągle mówią o tym psychologowie i coache, ale teraz mamy to czarno na białym: Agnieszka Drotkiewicz rozmawia o niezbędności lenistwa z Olgą Mecking, autorką książki o tajemniczym pojęciu "niksen".

Posłuchaj i zobacz

07.01.2021

Krzysztof Pyzia gościem Pytania na śniadanie

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Krzysztofem Pyzią, autorem książki "Stewardesy. Cała prawda o lataniu".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pięć Stawów. Dom bez adresu Beata Sabała-Zielińska
  2. Śreżoga Katarzyna Puzyńska
  3. Uciekłam z arabskiego burdelu Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Tędy i owędy. Zupa na gwoździu

Melchior Wańkowicz

„Zupa na gwoździu”

DLACZEGO PISZĘ?

Kiedy z tym tematem zwróciło się „Za i przeciw”, chciałem umknąć tematowi. Na dnie tego leżało poniżające poczucie, że nie mam w tej sprawie nic do napisania. Spostrzegłem, z uczuciem wewnętrznej przykrości, że pouczając czytelników, jak mają patrzeć na zjawiska ich tyczące, nie mam nic do powiedzenia w sprawie, która najgłębiej winna tyczyć mnie samego. Znalazłem się w sytuacji astronoma z fraszki Kochanowskiego, który wodząc lunetą po najodleglejszym z ciał niebieskich, nie zauważył, co się u niego pod bokiem wyprawia z ciałem jemu najbliższym. Bardzo się zirytowałem, kiedy zwrócenie się „Za i przeciw” wykryło, że nigdy się nie zastanawiałem – dlaczego piszę. Owszem, zdaje mi się, że wiele o tym myślałem, o sprawach raczej pochodnych: jak pisać, jak zbierać materiały, jakie są normy pisarskiego kompromisu, jaki współczynnik stanowią w pisaniu tradycjonalizm, „chciejstwo” (tak nazywam wishful thinking), popis, demagogia, fasadowość, owczy pęd, „kundlizm” (tak nazywam zacieranie cech indywidualnych), „smrodek dydaktyczny” (tak nazywam okadzanie czytelnika bez potrzeby i tak już wszczepionymi w niego prawdami), no a wreszcie worek zagadnień formalnych, warsztatowych.
Ale po co wszystko się robi?...
Bo przecież jasne, że odpowiadając, że po to, żeby przynieść ludziom pożytek, pchnąć ich w jakimś kierunku albo stworzyć sobie byt materialny, albo zyskać sławę – rozpoczniemy od drugiego schodka przesłanek.
Bo przecież to wszystko można by osiągnąć na wielu innych drogach.
Więc gdzież ten pierwszy schodek?
Może nim jest talent?
Ja tam nie przeceniam talentu. Na pewno jest decydującym czynnikiem u wielkich pisarzy.
Ale w ogromnej naszej masie pisarskiej – pisarzy bardzo dobrych, nawet świetnych, wolałbym to słowo „talent” zamienić słowem „uzdolnienia pisarskie”.
Z tymi zdolnościami jest tak, jak bywało z losem młodych chłopców w czasie okupacji: jeden znalazł się w NSZ, bo trafił na taki oddział, drugi na Gwardię Ludową. Zdecydowały o tym okoliczności. Okoliczności stwarzające Chłędowskiemu karierę zdecydowały, że został pisarzem, wyszedłszy na emeryturę. Okoliczności wytrąciły pióro poetyckie z rąk Ignacemu Matuszewskiemu juniorowi, prowadząc go ku tece ministra skarbu. Odwrotnie, okoliczności, jakie stworzył „Zielony Balonik”, kazały Boyowi zamienić stetoskop na pióro. A Axel Munthe? A ambasador Alfred Wysocki, który napisał w osiemdziesiątce pierwszą książkę?
Wszyscy ci ludzie mieli zdolności pisarskie, od których albo odchodzili, znalazłszy drogi innej afirmacji, albo do których nie kwapili się dojść jak do jakiegoś absolutnego musu życiowego, mając pełne ręce zadowalającej ich roboty.
Dlatego sądzę, że po cmentarzach leżą miliony nie narodzonych pisarzy, którzy przeszli życie jako pełnowartościowi inżynierowie, lekarze, prawnicy, jak i pełno pisarzy, którzy zmarli, będąc potencjalnymi naukowcami, malarzami, muzykami. Skoro więc nawet zdolności pisarskie nie są decydującym atrybutem, to gdzie jest ten pierwszy stopień decyzji?
A bo ja wiem?

Pomyślałem o samych początkach mego, jeszcze sztubackiego, pisarstwa, które potem ustąpiło miejsca innym zainteresowaniom, aż do właściwie 1934 roku – daty ukazania się „Szczenięcych lat” i „Opierzonej rewolucji”.
Sądzę, że na dnie bodźców pisarskich leżało to, że bardzo lubię żyć.
Jeśli się lubi żyć i idzie się z innymi na spacer, a spostrzeże się na gałęzi ładnie upierzonego ptaka, zachwycającego bachora, rozrabiającego kundla, to pilno wskazać ich innym, aby spotęgować swoją radość istnienia. Jeśli się napotyka złamaną kładkę, rozlaną kałużę albo wiatr rzuci w oczy kłębem kurzu, to się klnie głośno, szuka się u towarzyszy współwyżycia.
Tak, myślę, że to był początek w moim pisaniu: spotęgować odczuwanie. Odczuwanie zarówno radosne, jak dramatyczne.
Z tego odczuwania poszerzyła się potrzeba pisania. Z tego pisania – potrzeba nieustannego komunikowania się z innymi, a więc z czytelnikiem.
Może „sobie a muzom” wystarcza na najwyższych stopniach wtajemniczenia pisarskiego. Dla całej reszty, aż po świetnych pisarzy włącznie, konieczny jest podniecający zapach farby drukarskiej, jako zapowiedź obcowania z ludźmi.
Tych czytelników in futuro muszę mieć przed sobą w ciągle wyostrzonej wizji. Kiedy tylko odbiorca zamgla się w mojej wyobraźni, zamgla mi się też sposób pisania.
Kiedy zaczynałem pisać, pisałem całe partie książki dla jednej wyobrażalnej osoby. Część „Smętka” przymierzałem do starszej pani, mojej krewnej, o uczciwej inteligencji, dobrym gatunku człowieka i przeciętnym intelekcie. Ale wkrótce mi to przestało wystarczać.
Najprzód począłem tego realnego odbiorcę stylizować, a kiedy jego imaginacyjny obraz gotów był rozpuknąć się od tej stylizacji, przeniosłem wyobraźnię na napotykane zespoły ludzkie. Dlaczego wygłaszam liczne odczyty? Nie tylko, by objechać i poznać Polskę! Ale i dlatego, że czuję potrzebę „rozmawiania” ze zbiorowym odbiorcą.
To nic, że ten odbiorca milczy, że musi się ograniczać do oklasków, śmiechu (a czasem nagle sala kamienieje w zdumionej i niepewnej siebie dezaprobacie).
Ale ja widzę ich twarze, wychodzę z odczytu nasycony wzajemną rozmową. A potem przy pisaniu przychodzą mi przed oczy poszczególne sektory, poszczególne wycinki z różnych sal, z różnych miast. Czasem to jest tłum, który powstał i bije oklaski, albo śpiewa „Sto lat”. Czasem jest to sucha twarz starszego pana, który zaskoczony uniósł brwi. Czasem to dwie paniusie, które błysną ku sobie wzywającym do czujności spojrzeniem, a czasem dwie słuchaczki, które po prostu płaczą. A to znów wpiera się w pole widzenia ława chuligańskich czubów, oczy jeszcze drapieżne, skład ust już mięknący do uśmiechu czy do wzruszenia.
Ach, nie jest mi ich wizja tylko po to potrzebna, by szukać ich aprobaty. Tak samo potrzebne jest mi ich oburzenie na mnie. I ja nie potrzebuję się nimi zachwycać. Nie tylko muszę współcieszyć się z nimi z kolorowego ptaka. Mogę więc współirytować się na mostek złamany, mogę się irytować, że to oni go złamali, mogą się oni irytować, że po co się upieram łazić po połamanych kładkach. Tysiąc może być między nami nieporozumień, aż do ich ostracyzmu. Ale w każdym wypadku – muszę ich widzieć.
Wtedy dopiero się wkracza na ten drugi stopień, który wydaje się przy niedostatecznym rozeznaniu pierwszym powodem pisarstwa: służba ludziom. Ten drugi dopiero, już rutynowany stopień jest tym, co Anglicy określają „habit forming”. Nie można tego przetłumaczyć przez nałóg pisania, bo to brzmi derogatywnie, ani przez mus pisania, bo to brzmi patetycznie. Określam to jako narosłą przez lata trudu pisarskiego potrzebę niemal biologiczną. Zarażony tą potrzebą pisarz pisze bez widoków wydania książki. Siedząc dwa lata w Palestynie, odcięty od wszystkich możliwości brania udziału w dziejowych zdarzeniach, pisałem dzieło o Palestynie zakrojone na trzy tomy.
Przyleciał, po drodze z Rosji do Anglii, Ksawery Pruszyński i z wysokości swoich wszystkich możliwości powiedział do mnie, utkwionego w Tel Awiwie, gotującego raz na trzy dni garnek krupniku i z kolei raz na trzy dni garnek kapuśniaku.
– Po co ta praca – tu uderzył w spis ponad siedmiuset pozycji bibliograficznych – przecież wojna wszystko zdezaktualizuje.
Sam to wiedziałem. I szukając tłumaczenia, jak to często bywa, znalazłem je niespodziewanie, samo się powiedziało, wyniesione z głębi podświadomości:
– Racja, ale pisarz jest jak morwowiec: zdejm go z liścia morwowego, połóż na blacie marmuru, będzie wydzielał mimo to substancję potrzebną dla tworzywa – na próżno.

(…)
A dlaczego piszę?
Bo lubię życie.
I bo tak przywykłem, że stało się to biologiczną potrzebą. Nazajutrz po zaprzestaniu pisania odwieziono by do szpitala rozkładającego się staruszka.
Tyle ma do wyłożenia młodzianek-Wańkowicz.