Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Pod napięciem

Aktualności

18.05.2022

Spotkanie online z Pauliną Młynarską

W piątek 3 czerwca o godz. 19:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Okrutna jak Polka".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.05.2022

Rozmowa z Tanyą Valko

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Tanyą Valko, autorką książki "Arabska zdrajczyni".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska zdrajczyni Tanya Valko
  2. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka
  3. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński

Pod napięciem

Jeffery Deaver

Fragment rozdziału 5


Sachs skupiła uwagę na chodniku i ulicy, ogrodzonych żółtą taśmą, zza której akcję obserwowało około pięćdziesięciu osób. Autobus, który wybrano na zamach, stał pusty i przechylony przed budynkiem stacji: w oponach z prawej strony nie było powietrza. Lakier niedaleko przednich drzwi był osmalony, a połowa szyb w oknach szara i mętna.
Podeszła do niej ratowniczka z pogotowia, Afroamerykanka o krępej budowie ciała.
– Dzień dobry – przywitała ją Sachs.
Kobieta niepewnie skinęła głową. Ratownicy widzieli niejedną krwawą masakrę, lecz wyraz jej twarzy zdradzał, że wciąż jest wstrząśnięta.
– Detektywie, lepiej niech pani sama popatrzy.
Sachs poszła za nią do karetki, gdzie na noszach leżały zwłoki, czekając na transport do kostnicy. Były przykryte ciemnozieloną impregnowaną płachtą.
– To był, zdaje się, pasażer. Myśleliśmy, że uda się go uratować. Ale... donieśliśmy go tylko tu.
– Porażenie?
– Niech pani zobaczy – szepnęła. I uniosła przykrycie.
Sachs zamarła, czując zapach spalonej skóry i włosów. Spojrzała na ofiarę, Latynosa w garniturze, a raczej w tym, co z niego zostało.
Jego plecy i większa część prawej strony ciała stanowiły amalgamat skóry i zwęglonej tkaniny. Pewnie oparzenia drugiego i trzeciego stopnia. Ale nie to tak ją poruszyło: w swojej pracy widziała już okropne poparzenia, przypadkowe i umyślne. Najbardziej przerażający był widok jego odsłoniętego ciała w miejscu, gdzie ratownicy rozcięli tkaninę garnituru. Sachs miała przed oczyma kilkadziesiąt maleńkich gładkich ran kłutych. Ofiara wyglądała, jak gdyby została trafiona strzałem z wielkiej śrutówki.
– W prawie każdym punkcie jest rana wlotowa i wylotowa – powiedziała ratowniczka.
Przeszły na wylot?
– Co było przyczyną?
– Nie wiem. Pracuję parę lat, ale nigdy czegoś takiego nie widziałam.
Nagle Sachs uświadomiła sobie coś jeszcze. Wszystkie rany były wyraźnie widoczne.
– Nie ma krwi.
– Rany uległy kauteryzacji. Dlatego... – ściszyła głos. – Dlatego tak długo zachował przytomność.
Sachs nie potrafiła sobie wyobrazić tego bólu.
– Jak to się stało... – powiedziała na wpół do siebie.
I wkrótce poznała odpowiedź.
– Amelia! – zawołał Ron Pulaski.
Spojrzała w jego stronę.
– Słup na przystanku autobusowym. Zobacz. Rany...
– Jezu – mruknęła. Podeszła bliżej, do taśmy wyznaczającej granice miejsca zdarzenia. Na wysokości około dwóch metrów w metalowym słupie zionął gładki otwór szerokości ponad dziesięciu centymetrów. Metal stopił się jak plastik pod działaniem lampy lutowniczej. Sachs popatrzyła na okna autobusu i stojącego obok samochodu dostawczego. Z początku myślała, że szyby zmatowiały od ognia. Ale nie, w pojazdy trafiły drobne odłamki – te same, które zabiły pasażera. Blacha karoserii także była podziurawiona.
– Popatrz – szepnęła, wskazując na chodnik i fasadę stacji transformatorowej. W kamieniu powstały setki maleńkich kraterów.
– Bomba? – spytał Pulaski. – Może nie zauważyli?
Sachs otworzyła plastikową torebkę i wyciągnęła niebieskie lateksowe rękawiczki. Nałożywszy je, pochyliła się i podniosła spod słupa mały krążek metalu w kształcie łezki. Był tak gorący, że zmiękła od niego rękawiczka.
Kiedy zdała sobie sprawę, co to jest, zadrżała.
– Co to? – zapytał Pulaski.
– Łuk stopił słup. – Rozejrzała się i zobaczyła ponad setkę podobnych kropelek, leżących na ziemi albo wbitych w bok autobusu, budynki i stojące w pobliżu samochody.
Młodego pasażera zabił grad stopionych kropli metalu, lecących z prędkością trzystu metrów na sekundę.
Młody policjant powoli wypuścił powietrze z płuc.
– Jak coś takiego trafi w człowieka i przepala go na wylot...
Sachs znów zadrżała – na myśl o bólu ofiary. I na myśl o tym, jak potworne mogły być skutki zamachu. W tym miejscu ulica była stosunkowo pusta. Gdyby stacja znajdowała się bliżej centrum Manhattanu, zginęłoby dziesięciu czy piętnastu przechodniów.
Unosząc wzrok, Sachs ujrzała broń nieznanego sprawcy: z jednego z okien wychodzących na Pięćdziesiątą Siódmą zwisał ponad półmetrowy przewód. Pokrywała go czarna izolacja, ale na końcu została zdarta, a goły kabel był przymocowany do osmalonej mosiężnej płyty. Wyglądał jak część zwykłego urządzenia przemysłowego, nie przypominając śmiercionośnego narzędzia, które spowodowało tak straszną eksplozję.
Sachs i Pulaski dołączyli do grupy około dwudziestu agentów Departamentu Bezpieczeństwa, FBI i funkcjonariuszy policji, stojących przy vanie FBI, gdzie zorganizowano stanowisko dowodzenia akcją. Niektórzy mieli na sobie sprzęt bojowy, kilku kombinezony techników kryminalistycznych. Pozostali zwykłe garnitury lub służbowe mundury. Rozdzielali między siebie zadania. Zamierzali znaleźć świadków i sprawdzić, czy nie ma bomb lub innych pułapek, które często pozostawiali terroryści.
Przed stacją stał ze skrzyżowanymi ramionami pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna o pociągłej twarzy i z poważną miną patrzył na budynek. Miał zawieszony na szyi identyfikator Algonquin Consolidated. Reprezentował szefostwo firmy: był kierownikiem rejonu, odpowiedzialnym za tę część sieci energetycznej. Sachs poprosiła go, aby szczegółowo opisał, czego Algonquin dowiedział się o zdarzeniu, a gdy mówił, wszystko pilnie notowała.
– Kamery bezpieczeństwa?
– Niestety, nie mamy – odparł chudy mężczyzna. – Nie ma potrzeby. Drzwi są zamykane na kilka zamków. Poza tym naprawdę nie ma stamtąd czego kraść. A prąd działa jak pies obronny. Bardzo duży pies.
– Jak, pana zdaniem, sprawca mógł się dostać do środka? – pytała dalej Sachs.
– Kiedy przyjechaliśmy, drzwi były zamknięte. To są zamki szyfrowe.
– Kto zna kody?
– Wszyscy pracownicy. Ale tędy na pewno nie wszedł. Przy wejściu jest czip, który rejestruje każdy moment otwarcia drzwi. Od dwóch dni nikt nie wchodził tędy do stacji. A tego... – wskazał na przewód zwisający z okna –...wtedy tam jeszcze nie było. Sprawca musiał się włamać w inny sposób.
Sachs odwróciła się do Pulaskiego.
– Kiedy skończysz, sprawdź za budynkiem, obejrzyj okna i dach. Jest wejście podziemne? – spytała, ponownie zwracając się do pracownika Algonquin.
– O ile wiem, nie ma – odrzekł kierownik rejonu. – Linie biegnące do i od stacji są ułożone w kanałach, w które nikt nie potrafiłby się wcisnąć. Ale być może są inne tunele, o których nic nie wiem.
– W każdym razie sprawdź to, Ron. – Następnie Sachs przesłuchała kierowcę autobusu, którym zajmowali się ratownicy. Pokaleczyły go odłamki szkła i doznał wstrząsu mózgu, miał chwilowe zaburzenia wzroku i słuchu, mimo to upierał się, że zostanie, aby pomóc policji. Okazało się jednak, że nie bardzo potrafi to zrobić. Korpulentny mężczyzna powiedział tylko, że zaciekawił go przewód wywieszony przez okno; nigdy przedtem go nie widział. Poczuł dym i usłyszał dobiegające ze stacji trzaski. Potem zobaczył przerażającą iskrę.
– Wszystko stało się tak szybko – szepnął. – Nigdy w życiu nie widziałem niczego tak szybkiego.
Rzuciło go na okno i ocknął się dziesięć minut później. Teraz zamilkł, z rozgoryczeniem i żalem patrząc na zniszczony autobus.
Sachs zwróciła się do obecnych na miejscu zdarzenia agentów i funkcjonariuszy, których poinformowała, że razem z Pułaskim zabezpieczą ślady. Zastanawiała się, czy Tucker McDaniel z FBI naprawdę przekazał im wiadomość, że się na to zgadza. Często zdarzało się, że wysoki rangą funkcjonariusz organów ścigania przytakiwał ci z uśmiechem, by potem zapomnieć, że kiedykolwiek odbył taką rozmowę. Ale agenci federalni byli o wszystkim poinformowani. Niektórzy wydawali się rozdrażnieni faktem, że kluczową rolę w dochodzeniu będzie odgrywać policja, ale inni – głównie technicy z federalnego zespołu analizy dowodów – przyjęli to spokojnie, przyglądając się Sachs z ciekawością i podziwem; w końcu należała do zespołu kierowanego przez legendarnego Lincolna Rhyme’a.
– Bierzmy się do roboty – powiedziała do Pulaskiego Sachs.
Podeszła do policyjnego busu, zwijając płomiennorude włosy w kok, by włożyć kombinezon.
Pulaski wahał się przez chwilę, spoglądając na setkę stygnących krążków metalu, leżących chodniku i wbitych we frontową ścianę budynku, potem na sztywny przewód, zwisający z okna.
– Wyłączyli tam już prąd, prawda?
Sachs bez słowa dała mu znak, żeby poszedł za nią.