Strona główna / Literatura światowa / Okruchy przeszłości

Aktualności

18.05.2022

Spotkanie online z Pauliną Młynarską

W piątek 3 czerwca o godz. 19:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Okrutna jak Polka".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.05.2022

Rozmowa z Tanyą Valko

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Tanyą Valko, autorką książki "Arabska zdrajczyni".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska zdrajczyni Tanya Valko
  2. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka
  3. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński

Okruchy przeszłości

Rachel Hore

Łzy trysnęły takie, jakimi aniołowie płaczą.
John Milton, „Raj utracony” *

Kiedy czasem budzę się w letni poranek, nie wstaję od razu. Leżę wsłuchana w odgłosy śpiącego domu i przypominam sobie, od czego to się zaczęło. Pamięcią wracam do tej chwili sprzed dziesięciu lat, do tej milisekundy, kiedy patrząc na pustą, zamkniętą pracownię, uświadomiłam sobie, że wszystko się zmieniło. Nieodwracalnie. Na zawsze.
Powrót do domu. Traktujemy to jak regres, tak o tym mówimy. Miałam podobne nastawienie, choć tym razem powrót okazał się krokiem naprzód, początkiem nowego życia. W myślach wciąż wracam do tamtych wydarzeń, do mojego „dotyku anioła”. Ta historia wciąż we mnie tkwi. Dziś, kiedy widzę jej skutki – te kręgi rozchodzące się po wodzie, w którą ktoś rzucił kamień – uświadamiam sobie, że nadszedł czas, by ją zapisać. Każdego wieczoru więc, gdy już zapadnie zmrok, idę na strych, siadam przy starym biurku taty i biorę pióro. Pochłonięta pracą szybko zapominam o całym świecie.

*

Dom był ostatnim miejscem, w którym chciałam się znaleźć tamtej cudownie łagodnej i słonecznej jesieni 1993 roku. Gdybym mogła wybierać, optowałabym za apartamentem w starym weneckim pałacu albo schludną kamienicą-pensjonatem w Heidelbergu bądź nowoczesnym hotelem w nowojorskim lub tokijskim przeszklonym drapaczu chmur. Szukałabym czegoś innego, egzotycznego; chciałam zanurzyć się w teraźniejszość i zapomnieć o przeszłości. Czasem jednak życie nie daje nam wyboru. Tak oto przez dość przykre okoliczności zostałam zmuszona do powrotu do Londynu. Teraz jednak z perspektywy czasu widzę, że moment był najlepszy.
Dzień wcześniej po południu Zack wreszcie mnie namierzył w hostelu w starej dzielnicy Aten. Słońce piekło niemiłosiernie, przeczekiwałam więc upał, drzemiąc w pokoju. Do drzwi zastukał syn właściciela – spięty, unikający rozmów szesnastolatek. Zaprowadził mnie do telefonu, znajdującego się w chłodnym, wyłożonym płytkami pomieszczeniu przy recepcji.
– Fran! Nareszcie! – rozległ się głos na drugim końcu linii.
– Zack, co się stało? – Wszędzie rozpoznałabym to charakterystyczne, twarde szkockie „r”. Zack był asystentem taty w Minster Glass.
– Czemu, do diaska, nie odbierasz wiadomości?
Żadnego „jak leci?” ani „wieki się nie widzieliśmy”. Był tak poruszony, że nawet nie pytałam, gdzie zostawił owe wiadomości ani jak zdobył numer hostelu.
– Proste: bo ich nie dostałam. Zack, co się stało? – pytałam gorączkowo, choć domyślałam się, dlaczego dzwoni.
Z jego głosu zniknęło rozdrażnienie. Zastąpiła je desperacja.
– Musisz wracać. Natychmiast. Twój ojciec leży w szpitalu. Tym razem nie chodzi o zwykłe omdlenie. Miał udar, Fran. I to poważny.
Pakowałam się, próbując uporządkować myśli. Nikogo w Atenach nie musiałam informować o wyjeździe. Orkiestra zakończyła występy kilka dni temu. Rozstaliśmy się w hotelowym holu, cmokając powietrze i zapewniając, że będziemy w kontakcie. Nick też wyjeżdżał. Już wcześniej postanowiłam, że przeprowadzę się do taniego schroniska i zrobię sobie kilkudniowe wakacje. Widząc, jak stoję smętnie, zazdroszcząc innym radości powrotu do domu, podszedł do mnie z serdecznym uśmiechem i grzecznie pocałował mnie w policzek.
– Do widzenia. Uważaj na siebie. Było...
– Ja zawsze na siebie uważam – ucięłam chłodno.
– Do widzenia, Nick.
Patrzyłam, jak taszczy na zewnątrz walizki, a potem
– żeby jeszcze posypać solą świeżą ranę – zza doniczek w oknie przyglądałam się, jak wkłada wiolonczelę do bagażnika taksówki i znika sprzed hotelu – z mojego życia.
Kiedy już wszyscy się rozjechali, przeniosłam się wraz ze swoimi bagażami i tubą do taniego hostelu Afrodyta. Zamierzałam zwiedzać Ateny, dopóki impresariat nie zadzwoni, że jakaś orkiestra chce na swój koszt zaproponować mi wycieczkę – najchętniej do któregoś z zamożnych miast: Monachium, Paryża albo Rio – ale byłam tak zgnębiona, że nie miałam siły na zwiedzanie. A potem zadzwonił Zack i znowu wszystko się zmieniło.
Tak oto wylądowałam przed naszym starym sklepem przy Greycoat Square, obracając w palcach komplet kluczy i przypominając sobie kolejność otwierania zamków. Minster Glass. Tu się urodziłam. Oczywiście nie dosłownie. Urodziłam się trzydzieści lat temu w tym samym szpitalu, w którym teraz leżał mój ojciec; prawdopodobnie w tym samym, w którym zmarła moja matka, gdy jeszcze byłam malutka.
Pracownia mieściła się w nieznanej części Westminsteru, ukrytej w cieniu słynnego opactwa i katolickiej katedry w stylu neobizantyjskim. Jej północną granicę stanowi ruchliwa Victoria Street, południową – Tamiza. Pełno tu niewielkich skwerów takich jak nasz; wiktoriańskie kamienice stoją rzędami oddzielone od ulicy ogrodzeniem z czarnych metalowych prętów. W wielu znajdują się siedziby organizacji o przedziwnych nazwach: Londyńskiego Towarzystwa Teozoficznego, Królewskiego Zakonu Gryfów, redakcji „Gazety Introligatorów”. Przypuszczam, że naszą pracownię Minster Glass można by dopisać do listy osobliwości dzielnicy. Ja kochałam je wszystkie.
Wiktoriańska pracownia witraży z oknami wykuszowymi i gankiem wyłożonym płytkami – choć niepozbawiona ekscentrycznego uroku i wdzięku – raczej nie kojarzy się z domem rodzinnym. Koczowałam z tatą – bo tylko tak można określić nasze warunki życiowe – na piętrze. Wydawać by się mogło, że salon, obszerna kuchnia, trzy sypialnie oraz duży strych to aż nadto, by urządzić mieszkanie z prawdziwego zdarzenia. Tymczasem u nas każdy kąt, każdą wolną przestrzeń wypełniały książki, pudełka, teczki i papierzyska, w których były zamknięte całe dzieje Minster Glass.
Do mieszkania na piętrze wchodziło się przez pracownię za sklepem. Pamiętam, jak w ponure zimowe poranki przemykałam na palcach po drewnianych stopniach i prześlizgiwałam się przez lodowaty, pełen ciemnych zaułków i podejrzanych zapachów warsztat, panicznie bojąc się gniewu taty, na który niechybnie bym się naraziła, gdybym coś stłukła. Na ulicy czekała Jo, moja koleżanka ze szkoły. Mieszkała niedaleko w dużej kamienicy, była córką wziętego radcy prawnego z City.
Po wyjściu nieodmiennie przystawałam przed wystawą. Była bajecznie piękna, zawsze mieniła się barwami, zwłaszcza gdy przez szybę wpadały promienie słońca. Rozlewając się na zakurzonej podłodze w rubinowe, szmaragdowe i szafirowe kałuże, nadawały jej wygląd kościelnej posadzki.
Jej spokojne piękno zawsze działało na mnie kojąco. Także i teraz, gdy przekręcałam klucz w zamku, naciskałam klamkę i wchodziłam do środka, słysząc żałobny brzęk dzwonka zawieszonego nad drzwiami. Przez chwilę stałam, wciągając w płuca znajome zapachy – woń starego drewna przemieszaną z nutką jakichś chemikaliów. Miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie – na moment znowu stałam się dziewczynką tańczącą w barwnych słupach kurzu, który wzbijał się nad podłogą.
Kątem oka zobaczyłam coś na wycieraczce. Biała, sztywna koperta. Podniosłam. Na odwrocie miała wytłoczony jakiś herb, ale ponieważ była adresowana do taty, rzuciłam ją na kontuar, nie czytając.
Zamknęłam drzwi na klucz – nie miałam ochoty użerać się z jakimś niezadowolonym klientem – zostawiłam bagaże w sklepie, otworzyłam drzwi za kontuarem i przeszłam do warsztatu.
O ile sklep kojarzył się z ciepłym, gościnnym kościołem, o tyle warsztat przypominał lodowatą kryptę. Zapaliłam lampy. Ich białe światło na chwilę mnie oślepiło. Kiedy szłam po betonowej posadzce, pod butami chrzęściły mi okruchy szkła.
Przez prostokątne okno widać było znajome, zapuszczone podwórko i garaż, do którego wjeżdżało się wewnętrzną uliczką przylegającą do prawej strony budynku. Na stole, przypięty do drewnianej deski, leżał ołowiany szkielet częściowo wypełniony szkłem. Pewnie nad tym witrażem pracował tata, kiedy dopadł go udar. Zack opowiadał, że siedział w kanciapie, gdy usłyszał jęk taty i zobaczył, jak osuwa się ze stołka na posadzkę.
Przysiadłam teraz na tym samym stołku. Przytłaczał mnie ciężar. Palcem wodziłam po węźle celtyckim, zrobionym przez tatę. Chętnie wykorzystywał go do wypełniania niewielkich przestrzeni. Czasem stosował go również jako swój znak rozpoznawczy. Bardzo lubił ten ornament, ponieważ mógł go narysować jedną linią, bez odrywania ręki. Siadając, musiałam o coś zawadzić, bo jakiś przedmiot poturlał się po podłodze. Zajrzałam pod stół. To była kolba, która odpadła od lutownicy. Korpus leżał obok. Zack wyciągnął wtyczkę z kontaktu, ale w zamieszaniu musiał go zostawić na posadzce. Podniosłam oba elementy i przyjrzałam im się, ale wtedy zauważyłam, że między kłębami kurzu pod stołem coś połyskuje. Sięgnęłam.
Okazało się, że to złota broszka ozdobiona niebieskimi kamieniami, które układały się w postać anioła. Ładna, prawdopodobnie sporo warta. Nie miałam pojęcia, skąd się tu wzięła, nigdy przedtem jej nie widziałam. Odłożyłam ją na blat obok zniszczonej lutownicy i brudnego nożyka taty.
Na plamie farby został odcisk jego palca. Nagle z dojmującą ostrością odczułam brak ojca. Ukryłam twarz w rękach i wreszcie dopuściłam do siebie wspomnienie wizyty w szpitalu sprzed kilku godzin.
Na Heathrow nikt na mnie nie czekał. Trudno się dziwić, w końcu nie podałam Zackowi godziny przylotu. Prosto z lotniska pojechałam do szpitala, gdzie pielęgniarka zaprowadziła mnie do łóżka stojącego w głębi niewielkiej sali.
Potrzebowałam dłuższej chwili, by oswoić się z myślą, że ta nieruchoma postać na łóżku to tata – mój tata – bezsilny jak nigdy. Oczy miał zamknięte. Wbite w grzbiet dłoni rurki biegnące nad wezgłowiem przywodziły mi na myśl długie wstążki ołowiu, zarzucone na haki w warsztacie ojca. Jedyną oznaką życia były pulsujące, regularne zygzaki na monitorze przy łóżku.
Usiadłam na krześle, wpatrując się w bladą twarz śpiącego taty.
– Tato, tatusiu – szeptałam, przełamując skrępowanie.
Żadnej reakcji. Grzbietem dłoni pogładziłam go po chłodnym policzku.
Na dobrą sprawę wyglądał jak zawsze, pocieszałam się w duchu. Przerzedzone siwiejące włosy miał zaczesane do tyłu – tak jak przedtem. Pociągła twarz z wydatnymi kośćmi policzkowymi i jastrzębim nosem wciąż nosiła znamiona godności. A jednak trupioblada skóra, ślina przyschnięta do sinych warg i drgająca powieka należały do jakieś przerażającej, obcej istoty czającej się w ciele mojego ojca. Nie po raz pierwszy zadawałam sobie pytanie, jaki naprawdę był ten człowiek – mój ojciec?

* Przeł. Maciej Słomczyński, Kraków 2003, s. 30