Strona główna / Literatura światowa / Skradziony czas

Aktualności

08.10.2020

Ogłoszono finalistów National Book Awards

Powieść "LEAVE THE WORLD BEHIND" Rumaana Alama, która ukaże się nakładem naszego wydawnictwa w przyszłym roku, została właśnie finalistką prestiżowej nagrody literackiej National Book Awards.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

05.10.2020

Lara Gessler gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Larą Gessler, autorką książki "Orzechy i pestki. Przewodnik mistyczno-kulinarny".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »

Skradziony czas

Anita Shreve

Kiedy była sama, czasami stawała przy oknie, blisko pompy, i wpatrywała się w horyzont ponad płaskimi polami.Tam była Francja. Pola, szare od początku listopada, ani trochę nie odcinały się barwą od zabudowań gospodarskich – kamiennych struktur o grubych ścianach i łupkowych dachach. W zimne dni, takie jak dziś, często nie mogła odróżnić, gdzie kończą się pola i zaczyna ołowiane niebo. Wydawało się jej, że we Francji – jeżeli jeszcze kiedykolwiek uda jej się tam pojechać – będzie bardzo kolorowo. Że poczuje się, jakby odwróciła stronę książki i natknęła się niespodziewanie na roziskrzoną barwami ilustrację. Tak sobie wyobrażała przekroczenie granicy – ujrzy cudownie kolorowy obraz.
Z kieszeni spódnicy wyciągnęła papierosa. Zapaliła. Stała w oknie z jedną ręką pod biustem, w drugiej, zgiętej w łokciu, trzymając papierosa. Na tle szyby dym tytoniowy rozpływał się leniwie, układał w wymyślny wzór. To już jej trzeci papieros tego dnia; wiedziała, że musi zwolnić tempo. Henri miał niezwykły dar zdobywania papierosów. Zdarzało się niezmiernie rzadko, by ich nie przynosił, bez względu na to, jak bardzo deficytowym towarem były akurat w miasteczku. Ale miała z nim umowę – jedną z wielu umów – że jednego dnia nie będzie wypalać więcej niż pięć sztuk.
Tym razem przechowywała w domu starą Żydówkę. Staruszka nie wpadła w łapy gestapo tylko, dlatego, że przez dwa dni i dwie noce ukrywała się w kominie. Jej syn, lekarz z Antwerpii, przygotował dla matki tę kryjówkę, ponieważ była tak wąska w biodrach i ramionach – pomimo swoich siedemdziesięciu pięciu lat – że bez trudu mieściła się w szybie komina. Gdy gestapowcy zjawili się przed świtem, pobiegła prosto do kominka i wdrapała się na podpórki dla stóp zamontowane u góry przez syna. Stała w kominie ubrana jedynie w koszulę nocną, z szeroko rozstawionymi stopami wsuniętymi w strzemiona. Strasznie żałowała, że nie uściskała męża, zanim wyskoczyła z łóżka i pobiegła do swojej kryjówki. Z przerażeniem słuchała, jak Niemcy przeszukują dom – dwukrotnie, trzykrotnie. I w końcu znaleźli jej męża, także lekarza, który ukrywał się w specjalnym schowku w piwnicy. Wówczas nie mogła go zawołać, za to teraz często, we śnie, wykrzykiwała jego imię: „Awram... Awram...”. Gdy Claire nie mogła zasnąć, wsłuchiwała się w te krzyki dochodzące zza ściany.
Wreszcie stara kobieta nie miała już sił dłużej stać w kominie; wysunęła nogi ze strzemion i spadła na wilgotne palenisko kominka. Znalazł ją tam syn sąsiada, krawca, gdy przyszedł sprawdzić, czy ktoś przeżył nalot gestapo. Kobieta była cała poczerniała od sadzy, więc chłopak w pierwszej chwili pomyślał, że Niemcy spalili ją żywcem, i zwymiotował wprost na perski dywan. Ale w tej samej chwili staruszka zaczęła przywoływać męża: „Awram... Awram...”, i syn krawca zaniósł ją do domu swojej matki. Żona krawca wykąpała starą kobietę i skontaktowała się z ludźmi z ruchu oporu. Claire nie miała pojęcia, jak długo Żydówka tułała się po różnych kryjówkach. Wszystko, co o niej wiedziała, usłyszała od człowieka, który przyprowadził tę staruszkę do jej domu. Ona sama nic nie mówiła.
W tej chwili madame Rosenthal znajdowała się na górze, w małym pomieszczeniu na strychu, ukrytym za podwójną tylną ścianą olbrzymiej szafy. Owa szafa była częścią posagu Claire. Henri skonstruował w niej sekretne drzwi, otwierające się na wąziutki korytarzyk, prowadzący do schowka na strychu. Wybił też niewielkie okienko w łupkowym dachu, by do pokoiku docierało trochę dziennego światła. Gdyby pewnego dnia Niemcy wdrapali się na dach, odkryliby niewielki otwór pokryty szkłem i wówczas zabraliby Claire oraz Henriego i rozstrzelali. Z dołu jednak okienko pozostawało niewidoczne, bo znajdowało się za kominem.
Madame Rosenthal była dwudziestą ósmą osobą, którą ukrywali. Claire pamiętała każdą z nich, niczym paciorki jednego różańca. Ledwo usłyszeli z Henrim o walkach w Antwerpii, a już się okazało, że mała belgijska armia nie ma szans w starciu z nazistowską potęgą. Mimo to do Claire nie docierała świadomość niemieckiej okupacji aż do chwili, gdy w maju 1940 roku w miasteczku pojawili się pierwsi uciekinierzy. Zatrzymali się na rynku i poprosili o żywność oraz nocleg. Teraz rozumiała, że wówczas wśród mieszkańców dokonały się istotne podziały, właśnie w tych pierwszych tygodniach. Niektórzy z Delahaut od razu wylegli na rynek i zabrali wysiedlonych Belgów do swoich domów. Inni cichcem pozamykali drzwi i okiennice. Kiedy w owych pierwszych miesiącach w ich kuchni zjawił się Antoine z prośbą, by Claire i Henri przyłączyli się do Maquis, Claire natychmiast spostrzegła, że Henri, gdyby był sam, prawdopodobnie należałby do tych zamykających okiennice. Ale Antoine nalegał. Claire zna obce języki, uczyła się pielęgniarstwa, argumentował. I wówczas Henri spojrzał na nią tak, jakby jej znajomość języków i medyczne umiejętności miały pewnego dnia ściągnąć na nich zgubę.
Pierwsza grupa, którą u siebie przechowywali, była rodziną profesora uniwersytetu z Antwerpii – w sumie sześć osób. Claire przygotowała dla nich prowizoryczne posłania w drugiej sypialni. Tej samej nocy, w kuchni, zapytała Henriego, czy przypadkiem sami nie powinni zbiec z Belgii, ale Henri powiedział, że nie, nie opuści farmy, która należała do jego ojca, a jeszcze przedtem do ojca jego ojca.
W takim razie musimy w domu przygotować jakąś kryjówkę, oznajmiła Claire. Bo czeka nas prawdziwy zalew.
Claire odwróciła się od okna i wyłożyła na stół białą kiełbasę sporządzoną z mleka i chleba, bez odrobiny mięsa. Przygotuje z niej południowy posiłek dla Henriego. Do tego poda chudy, wodnisty twaróg i zupę z kapusty i cebuli. Bardzo schudła od początku okupacji, ale jej mąż – o dziwo – zdecydowanie przytył. To zapewne z powodu piwa, pomyślała, mocnego, ciemnego piwa, które Henri i inni warzyli w tajemnicy i skrzętnie chowali przed Niemcami. Całe jego beczki stały ukryte w oborze, a w piwnicy – butelki, niekiedy strzelające korkami lub rozsadzające szkło. Piwo było naprawdę bardzo mocne i ciężkie, więc nawet po jednej szklance Claire niemal natychmiast ogarniał błogi spokój.
Chwilę wcześniej przeczołgała się z tacą przez wąski korytarzyk prowadzący do kryjówki na strychu, by nakarmić Żydówkę odrobiną zupy. Jedną ręką trzymała ją za ramię, drugą wlewała łyżką zupę w usta. Stara kobieta była już bardzo wycieńczona – Claire zupełnie sobie nie wyobrażała, jak madame Rosenthal zdoła przetrzymać jeszcze jedną przeprowadzkę. A tymczasem Maquis chcieli ją stąd zabrać w przyszłym tygodniu i przerzucić dalej, do Francji. Wszystko było już zorganizowane, poza tym na pokój na poddaszu czekali inni. Claire jednak sądziła, że żona lekarza najprawdopodobniej umrze u niej na strychu.
Ponownie owinęła się fartuchem i zabrała do gotowania kawy – kawy z cykorii o ostrej goryczy, której żadna ilość cukru – nawet jeżeli zdarzyło się im mieć cukier – nie była w stanie złagodzić. Co prawda taka kawa i tak była lepsza od tego, co mieli w zeszłym miesiącu: zupełnie nienadającej się do picia lury spreparowanej ze słodu. Znowu podeszła do okna i zaczęła wyglądać powrotu męża. Nie wiedziała, gdzie jest, a nawet czy w ogóle zjawi się o tej porze w domu. Wyszedł z obory ponad godzinę temu. Nie powiedział jej, dokąd idzie.
Rano poszedł do obory, jak zwykle, by wydoić krowy. Przed wybuchem wojny mieli siedemdziesiąt krów; teraz zostało im jedynie dwanaście. Resztę zabrali Niemcy. Całe dnie Henri spędzał na oporządzaniu tego małego stada i reperowaniu prostych rolniczych maszyn. Nie było to łatwe zadanie, części zamienne bowiem stały się całkowicie nieosiągalne. Musiał więc sam je wytwarzać, obmyślać, jak je skonstruować, wyklepać ze starych garnków, czajników czy sprzączek – ze wszystkiego, co nie było absolutnie niezbędne dla Claire w domu. Pewnego razu zabrał jej cynową chochlę – cynową chochlę na długiej rączce, którą wniosła do ich wspólnego gospodarstwa. Strasznie się z nim o tę chochlę pokłóciła – krzyczeli na siebie niepohamowanie, aż nagle jej gniew opadł. Przecież to było takie proste – on bardziej potrzebował tej chochli niż ona.
Claire niechętnie myślała o tym, co jej mąż całymi dniami robi w oborze. Być może zabrał się już do wypijania piwa z beczek. Nie miałaby mu tego za złe. Pogoda była ostatnio ostra, mroźna, a w oborze niekiedy panował większy chłód niż na zewnątrz.
Za oborą stała ich jedyna ciężarówka, której teraz już nie używali. Dla Belgów nie starczało benzyny, ale Henri trzymał saturator, na wszelki wypadek. O dziwo, Niemcy nie zarekwirowali im ciężarówki, chociaż niekiedy zabierali ją na parę tygodni. Delahaut miało szczęście – nie podzieliło losu niektórych innych miasteczek. Niemcy tutaj nie stacjonowali. Kwatery w St. Laurent były o wiele wygodniejsze.
Claire wyciągnęła luźną cegłę zza pieca i wyjęła swoją ulubioną książkę. W te grudniowe dni czytała po angielsku. Niekiedy czytywała po flamandzku, włosku czy francusku, ale najbardziej lubiła angielski, i gdy tylko mogła dostać jakąś angielską książkę – przedkładała ją nad wszystkie inne. Podobało jej się brzmienie angielskich słów i często, gdy była sama w domu, wymawiała je na głos: foxglove, cellar, whisper, needle. O wiele lepiej mówiła i czytała po angielsku niż pisała, więc próbowała opanować i tę sztukę, chociaż musiała bardzo uważać, by nie pozostawiać żadnych angielskich zapisków na wierzchu. Żałowała, że nie może poczytać po angielsku kobiecie zamkniętej na strychu. Ale podstawowym językiem madame Rosenthal był jidysz, a wspólnie mogły się porozumiewać jedynie po niemiecku, co na obie działało przygnębiająco.
Claire usiadła przy dębowym stole i położyła przed sobą otwartą książkę. Dostała ją od brytyjskiego bombardiera, który wyskoczył na spadochronie z zestrzelonego samolotu, i podczas lądowania w okolicach Charleroi złamał obojczyk. Pamiętała go dobrze – chudego chłopca z twarzą obsypaną trądzikiem. Był jeszcze uczniem, gdy go zmobilizowano. Nie nadawał się na bombardiera – to od razu rzucało się w oczy – taki trzcinowaty chłopak o delikatnych ustach. W swoim kombinezonie lotniczym trzymał dwie książki: modlitewnik i tomik poezji angielskiej, i gdy odchodził, zostawił tę antologię Claire. Powiedział, że już i tak zbyt często czytał te wiersze, ale ona podejrzewała, że nie mówił całej prawdy. Rzadko otrzymywała jakieś wieści dotyczące ludzi, którzy przewinęli się przez jej dom, nie wiedziała, jaki los przypadł im w udziale: czy przedostali się do Francji lub Anglii, czy może zginęli po drodze – zastrzeleni lub zdradziecko wydani w ręce wroga. Claire znała początek wielu historii, ale tajemnicą pozostawały dla niej ich zakończenia.
The world is charged with the grandeur of God.
It will flame out, like shining from shook foil...
Najbardziej podobało się jej parę wierszy Gerarda Manleya Hopkinsa, chociaż ich dobrze nie rozumiała. Jednak wielką przyjemność sprawiało jej brzmienie samych słów, zachwycał sposób zestawienia określonych dźwięków. W wielu wypadkach nie znała znaczenia poszczególnych wyrazów. Wydawało jej się, że wie, co oznacza w tym kontekście słowo shook, jednak nie była pewna. Ale foil? Niemniej podobało jej się brzmienie frazy shining from shook i często powtarzała ją na głos.
Gdy tak siedziała przy stole i wczytywała się w wiersze, poczuła ostry, ciągnący ból w dole brzucha – znak, że wkrótce, jeszcze przed zapadnięciem nocy, zacznie się miesięczne krwawienie. Przeżegnała się odruchowo. Zamknęła oczy i zaczęła szeptać słowa modlitwy, słowa bardziej ulgi niż wiary.