Strona główna / Literatura światowa / Psy, Rachel i cała reszta

Aktualności

28.09.2020

Jak zdradzają Polacy? Spotkanie online z detektywem Dariuszem Korganowskim.

We wtorek 13 października  o godzinie 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z  detektywem Dariuszem Korganowskim oraz autorami książki "Jak zdradzają Polacy" Zuzanną Szulc i Patrykiem Szulcem

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

29.09.2020

Marcin Margielewski gościem Marzeny Rogalskiej i Tomasza Wolnego w Pytaniu na śniadanie

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Marcinem Margielewskim autorem książki "Urodziłam dziecko szejka"

Bestsellery

TOP 20

  1. Kobiety '44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie Agnieszka Cubała
  2. Perska kobiecość Laila Shukri
  3. Pałac w Moczarowiskach Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Psy, Rachel i cała reszta

Lucy Dillon

2

Pchnąwszy ramieniem frontowe drzwi, zrozumiała, że Dot raczej nie korzystała z nich na co dzień.
Drewno zastało się we framudze, a w ciemnym korytarzu brakowało jakichkolwiek oznak codziennego życia – żadnych reklam ani ulotek. Zamiast tego widniał tam mahoniowy kwietnik z zakurzoną aspidistrą, zegar stojący z mosiężnym cyferblatem oraz seria zawieszonych na czerwonej tapecie obrazków przedstawiających czekoladowookie spaniele, dzierżące w pyskach bezwładne truchła dzikiego ptactwa.
Rachel poczuła zapach pasty do podłóg i lawendy, lecz, o dziwo, nie psów. Val zawsze mamrotała, że w domu Dot zapewne „cuchnie jak w mokrej psiarni”, ale wrażliwy nos Rachel nie wychwycił żadnych przykrych woni. To pewnie zasługa wysokiego sufitu.
Od czasu jej ostatniej wizyty w sylwestra przed siedmiu laty dom nie zmienił się ani o jotę. Miało to miejsce tuż po dzikiej awanturze z Oliverem, w czasach kiedy zabiegała jeszcze o wspólne spędzanie z nim świąt, po czym niezmiennie zostawała sama jak palec. Doprowadzona do ostateczności gderaniem Val i unikami Olivera zaplanowała dla siebie i dla niego wyjazd na narty, z którego przechera wycofał się w ostatniej chwili, więc nie chcąc zdać się na łaskę i współczucie najbliższych, zadzwoniła do Dot i ciotka nieoczekiwanie zaprosiła ją do siebie.
Zaraz prawie postukała się w głowę: po kiego grzyba tłuc się kawał drogi do Worcestershire, zamiast poflirtować sobie w londyńskim klubie, ale przemożna chęć ucieczki wzięła górę. Za to w Longhampton resztki wątpliwości rozwiały się bez śladu. Dot zaprowadziła ją do ciepłej kuchni, gdzie w radiu leciało słuchowisko, a kiedy ciotka robiła zapiekankę, Rachel mimowolnie też się zasłuchała. Potem zjadły w towarzyskim milczeniu, nie licząc popiskiwania siedmiorga ocalonych szczeniąt przeróżnej maści w kartonie obok piecyka.
Północ nadeszła i minęła, uczczona przy kominku butelką kruga, rocznik vintage. Dot nie zapytała Rachel, dlaczego wzorem większości rówieśniczek nie uczestniczy w hucznej zabawie, ale czy jest szczęśliwa. To proste pytanie zburzyło fasadę udawanej nonszalancji i Rachel otworzyła się przed ciotką bardziej aniżeli przed własną matką. Ale nie powiedziała wszystkiego, tyle tylko, że Oliver nie znosi ograniczeń, a duma nie pozwoliła jej utknąć w domu.
– Mężczyźni lubią uchodzić za skomplikowanych. – Dot w oczywisty sposób wiedziała, co mówi. – Nie pozwól, żeby to wpłynęło na ciebie. Z psami jest inaczej, one kochają bezwarunkowo i prostolinijnie. Wystarczy spacer, miska z jedzeniem, legowisko… – Urwała, unosząc brew. – W sumie…
Wyglądała wówczas na młodszą o trzydzieści lat, a Rachel poczuła się jak nieopierzona nastolatka, a nie cyniczna karierowiczka z wielkiego miasta. Lecz nie miała odwagi zapytać. Val prosiła, żeby nie wypytywały cioci Dot, dlaczego jest sama. Nawyk okazał się silniejszy od ciekawości.
Następnie poczęstowała Rachel whisky i kandyzowanymi owocami z Fortnum & Mason, po czym każda znów pogrążyła się we własnych myślach. Rachel zastanawiała się, skąd Dot wytrzasnęła te owoce i kruga, jakoś nie pasowały one do łzawego wizerunku ciotki z lubością odmalowywanego przez jej siostrę.
Stanęła w progu, uderzona wspomnieniem tamtego wieczoru. Wyjechała wtedy zaraz z samego rana, żeby przygotować się na spotkanie z klientem, i żadna z nich nie nawiązała więcej do tamtego wspólnego sylwestra. Dalej wymieniały tylko
zdawkowe życzenia na urodziny i święta, jak dotychczas. Od tamtej pory Rachel udzielała się jako ochotniczka w miejscowym schronisku dla bezdomnych, żeby zagrać na nosie Oliverowi. Zupełnie jakby go to obchodziło.
Rachel weszła do środka. Dot nie robiła remontu, odkąd wprowadziła się tu mniej więcej na początku lat siedemdziesiątych, jednakże ów zgrzebny, acz nie pozbawiony godności wystrój zdawał się iść w parze z prowincjonalnym otoczeniem. Pastelowa farba na ścianach i wazony z kwiatami odmieniłyby to wnętrze nie do poznania. Wreszcie byłaby u siebie. Mogłaby je urządzić, jak zechce. Ostatnia myśl, o dziwo, wzbudziła w niej tylko umiarkowany entuzjazm.
– Masz ochotę najpierw się odświeżyć? – spytała Megan, przystając u stóp obitych wykładziną schodów z torbą Rachel przerzuconą przez ramię. – A może wolisz przywitać się z chłopakami, żeby mieć to z głowy? O piątej muszę wyprowadzić kilka psów, jeśli chcesz się przyłączyć, to proszę bardzo. Miałabyś okazję zapoznać się z Klejnotem…
Ucichła, widząc, że Rachel nie kwapi się z odpowiedzią.
– Wybacz, zupełnie jakbym witała cię w hotelu, co? A to przecież teraz twój dom.
– Nie ma sprawy – odpowiedziała Rachel. To nie dlatego zrobiła nietęgą minę, po prostu nie miała ochoty z nikim się bratać w chwili, gdy wolałaby zacisnąć powieki i wyprzeć z myśli wspomnienie niedawnych wydarzeń w Chiswick. Telefon dalej brzęczał w jej kieszeni, to zapewne Oliver. Nie chciała słuchać jego wynurzeń; po tym, co zrobiła, na pewno kipiał ze złości. – Hm, a dokładnie to o jakich chłopakach mowa…?
– Właściwie to mówiłam o psach. – Megan uśmiechnęła się przepraszająco. – Wybacz, przyzwyczaisz się. Ale przyszedł George, weterynarz, więc pewnie tak czy siak musicie porozmawiać?
Weterynarz George. Kąpiel i butelka wina kusiły nieodparcie, ale postanowiła stanąć na wysokości zadania. Byle już mieć to z głowy.
– Dobry pomysł! – stwierdziła obojętnie i na widok szczerego, niewymuszonego uśmiechu Megan aż ją zakłuło ze wstydu.
– Mamy zespół spacerowiczów ochotników – rzuciła przez ramię Australijka. – Prawdę mówiąc, bez nich ani rusz… pewnie właśnie wrócili z terierami.
– Ochotników? – powtórzyła Rachel, chociaż słuchała jednym uchem. Była to sztuczka, której nauczyła się od Olivera: gdy nie chcesz rozmawiać ani słuchać, po prostu powtarzaj ostatnie słowo, niech druga osoba trajkocze w najlepsze.
– Tak, to miejscowi, którzy wyprowadzają naszych podopiecznych ze swoimi psami. Mamy też dzieci, którym rodzice nie pozwalają na własnego zwierzaka, starszych ludzi, którzy nie mogą wziąć żadnego na stałe. Chętnych nie brakuje.
– Uhm – mruknęła Rachel, przystając przed fotografią Dot, siwowłosej i wyprostowanej niczym struna, otoczonej gromadą psów chcących polizać ją po twarzy. Tu i ówdzie widniały duże zdjęcia przedstawiające ogary i collie w półskoku, na podobnej zasadzie jak Val zapełniała ściany swego gniazdka podobiznami Amelii, Grace i Jacka.
– Czym się zajmujesz? – podjęła Megan, chcąc podtrzymać rozmowę. – Gerald wspomniał, że pracujesz w public relations! To musi być ekscytujące.
– Och, nie bardzo. Głównie nadzór stron internetowych nowych firm, sklepów, nic szczególnego. – Rachel poczuła, że coś trąca ją w nogę, i podskoczyła.
Klejnot stał obok, delikatnie popychając ją nosem. W pewnej chwili podniósł głowę i przechylił ją w bok, aż mu ucho klapnęło.
– Klejnot! Przestań się rządzić! – zawołała Megan, oburzona, a zarazem szczerze rozbawiona zachowaniem owczarka. – Nie gniewaj się na niego, Rachel, to prawdziwy collie. Zawsze musi być przewodnikiem stada i traci cierpliwość, kiedy się guzdrzemy.
– Był jednym z podopiecznych? – zapytała Rachel, po raz pierwszy spoglądając psu prosto w oczy. – Nie przypominam sobie, żebym go tu kiedyś widziała.
Megan spoważniała.
– Nie. Dot miała go od szczeniaka. Klejnot trafił tu, kiedy miał dwa tygodnie. Miejscowy policjant znalazł go w kartonie przy placu zabaw, razem z jego trzema braćmi, ktoś zostawił je tam na pewną śmierć. – Megan otworzyła szeroko oczy. – Bóg jeden wie, jaki los spotkał ich biedną matkę. Rzeka zamarzła, więc nietrudno zgadnąć, w jakim były stanie. Kiedy je przyniósł, leżały jeden przy drugim, ogrzewając się nawzajem. Ich siostra zdążyła już zamarznąć na śmierć.
– To straszne. – Rachel pokręciła głową, zapominając na chwilę o własnym położeniu. Uklękła obok owczarka, gładząc go po grzbiecie.
Klejnot spojrzał na nią i oczy zaświeciły mu w półmroku. Miał tak gęstą i mocną sierść, że nie sposób było wyobrazić go sobie jako bezbronnego szczeniaka.
– Teraz wygląda imponująco – powiedziała Rachel.
– Hm, no tak, to zasługa Dot. – Megan schyliła się i podrapała go za uchem. – Przez pierwszy tydzień prawie ich nie odstępowała; były o wiele za młode, by radzić sobie bez matki, toteż musiała karmić je pipetką. Jeden maluch nie przeżył, był za chudy. George robił, co mógł, ale w końcu nawet Dot musiała dać za wygraną.
Z kuchni doleciał wybuch gromkiego śmiechu i Rachel pożałowała, że musi tam wejść. Zwłaszcza teraz, kiedy historia Klejnota znów o mało nie doprowadziła jej do łez.
– I co było dalej? – zapytała, chcąc zyskać na czasie.
Megan przykucnęła obok, dalej głaszcząc psa.
– Rubin i Diament zamieszkały u farmera niedaleko Hart­ley, Szafir u tresera w Rosehill. Ale z Klejnotem nie mogła się rozstać, no więc został. Twierdziła, że łamie swoje zasady, ale że jest tego wart. A ty kochałeś ją tak jak ona ciebie, prawda, biedaku? Hm? Tęsknisz za swoją panią, co?
Megan zanurzyła twarz w jego czarnej sierści i Rachel odniosła wrażenie, że próbuje w ten sposób ukryć łzy. Być może obie zwlekały z wejściem do kuchni.
– Dot zwykle nie zostawiała sobie psów? – zapytała. – Chyba przyszło jej to z łatwością, skoro tak go kochała?
– Nie, musiała być twarda. Gdybyśmy przygarniały każdego nieboraka, szybko nie dałybyśmy sobie rady. Kazała mi obiecać, że
nie będę próbowała sama wszystkich ratować! Twierdziła, że najlepszym wyjściem jest zapewnić im drugą szansę i dopilnować, aby tym razem nie doznały zawodu. Musiałyśmy dawać psom drugą szansę, gdyż one to robiły bez względu na to, co przeszły.
– Przestań – powiedziała nagle Rachel. – Bo zaraz się rozpłaczę.
Megan wyprostowała się z markotnym uśmiechem.
– Przepraszam. Naprawdę nie mam pojęcia, jak wszyscy damy sobie bez niej radę, nie tylko Klejnot. Był przy niej, no wiesz, kiedy dostała wylewu. Przynajmniej jej nie szuka, zwyczajem innych psów. Wie, że jego pani nie wróci.
Klejnot postąpił do przodu dwa kroczki i tym razem trącił nosem Megan, aż wreszcie dała za wygraną i opuściła na niego wzrok.
– Tak, tak, wiem, podwieczorek. – Spojrzała na Rachel spod uniesionych brwi. – Właściwie to nie powinnam tak mówić. To była druga zasada. Nie udawaj, że zwierzęta gadają jak ludzie. To cholerne psy, mawiała, jakieś dziesięć razy mądrzejsze niż my. I są dziesięć razy lepszymi towarzyszami.
– W to akurat jestem skłonna uwierzyć – westchnęła Rachel na wspomnienie nieobecnego spojrzenia Olivera i matczynego utyskiwania. – Tylko nie rób sobie nadziei – dodała na wszelki wypadek.