Strona główna / Literatura światowa / Koniec wszystkiego

Aktualności

15.04.2020

Mądra Książka Roku 2019

Z przyjemnością informujemy, że nasze książki nominowano w konkursie Mądra Książka Roku 2019. 

Wywiady

20.07.2020

Astrologiczne bliźniaczki – od pełni zrozumienia do nienawiści...

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Agatą Kołakowską, autorką książki "Uśpione pragnienia".

Posłuchaj i zobacz

20.07.2020

Rozmowa z Wiktorem Krajewskim

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Wiktorem Krajewskim autorem książki "Chciałbym nigdy cię nie poznać"
Niezwykle intymna książka o relacji z babcią. Wiktor Krajewski pokazuje emocje i porusza!

Bestsellery

TOP 20

  1. Perska kobiecość Laila Shukri
  2. Postscriptum Anna Karpińska
  3. Tajemnice hoteli Dubaju Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Koniec wszystkiego

Megan Abbott

2

Jest maj, ostatni miesiąc gimnazjum, i Evie, moja najlepsza przyjaciółka, leży na stole do badań pielęgniarki Stang, tak stalowo chłodnym, że zęby bolą od samego patrzenia.
– Czy to boli? – pytam, a pielęgniarka Stang patrzy na mnie z irytacją. Trzyma wielką paczkę lodu nad lewym okiem Evie.
– Możesz mieć tylko jeden ich zestaw – mówi i stuka palcem w czoło Evie między jej oczami. – Jaka dziewczynka uderza kijem inną dziewczynkę w ten sposób?
– To była jej siostra – mówię i uśmiecham się leciutko do Evie spod uniesionego ramienia siostry Stang.
– Prawie zdobyłam gola – mówi Evie, jej oczy łzawią.
– Ona musiała to zrobić.
Dusty pokazywała nam ruchy. Gwiazda liceum, złota bogini Green Hollow Celts, przygotowywała nas na sierpień do naszych pierwszych sprawdzianów do szkoły średniej. Pociągnęła wtedy za nasze wątłe ramiona i powiedziała: „Wy dwie papierowe laleczki straciłyście lata, kopiąc piłkę”. Z zadartą brodą i rękami na biodrach stwierdziła, że nadszedł czas, żebyśmy zrobiły co należy i zajęły się jedynym prawdziwym sportem, zapewniającym największą chwałę: hokejem na trawie.
Zrobiłabym wszystko, co Dusty każe. Pozwoliłabym jej wiecznie nas musztrować. Nawet kiedy się było tak zmęczonym, że prawie chorym z wyczerpania i żaru, to nie miało znaczenia, gdyż byłyśmy z nią, a ona była wszystkim, czego pragnęłyśmy. Można było być na skraju omdlenia, po czym patrzyło się do góry i ona tam była, z promienną twarzą, mówiąca bez słów: „Możesz zrobić to lepiej, prawda?”. I robiło się to.
– Powinnaś coś mieć na sobie – powiedziała siostra Stang. – Powinni kazać wam założyć gogle, dziewczęta…
– Tylko się bawiłyśmy – mówi Evie, wypluwając ochraniacz nazębny, cały w czerwone cętki. Wszystkie trzy patrzymy na niego.
– Co, u licha – mówi siostra Stang piskliwie. Podaje mi paczkę z lodem i zagląda głęboko w usta Evie, gmerając tam palcami, jakby szukając czegoś.
– Ugryzłam się w język – mówi Evie nagle zgrubiałym głosem. – Ugryzłam go.
Strumyk krwi spływa w dół jej brody, a mnie nagle kręci się w głowie. Patrzę na ochraniacz, całkowicie przegryziony.
– Ty – siostra Stang mówi do mnie, trzymając język Evie między zakrwawionymi palcami. – Podaj mi igłę i nici.

Idziemy do domu i Evie trzyma się blisko mnie, wystawiając na mnie swój język, chmura gazy niemal dotyka mojej twarzy. Popisuje się bezlitośnie. Zawsze miałyśmy fizia na punkcie ran wojennych. Och, jaka była pełna furii, kiedy skręciłam sobie rękę, spadając ze szczytu zardzewiałej starej ślizgawki w Rabbit Park.
– Twój tata będzie wściekły na Dusty – mówię, ciągnąc móją laskę hokejową po chodniku, czego nie powinnam robić, lecz drapiący dźwięk, jaki to wywołuje, przenika mnie uczuciem satysfakcji.
– Nie sądzę – Evie sepleni. – Taka jest gra.
Myślę o kędzierzawej Dusty, z maską bramkarza kiwającą się delikatnie nad jej czołem.
– Pokaż mi, co masz, cherlaku.
– Nie znasz tej gry – dodaje Evie.
– Wiem tyle samo co ty, mamacita – mówię, nachylając się do niej i muskając palcem bandaż na jej wysuniętym języku.
Zatrzymujemy się przy jej domu. Na podjeździe nie ma samochodu i wszystkie światła są pogaszone. Takie chwile należy chwytać, nie pozwolić, by zniknęły.
– Chcesz iść do Perry’ego? – mówi, ściągając bandaż na dobre. Widzę krzyżyki z nici na czubku jej języka. Jeden, dwa trzy, cztery. Po jednym na każdy z ostrych zębów.

Zasłony w zielone pasy, ściany białe jak miękki krem waniliowy wypełniający desery lodowe. Do Perry’ego przychodziły wszystkie dzieci z naszej klasy. Następnej jesieni, kiedy będziemy w szkole średniej, będziemy musieli chodzić do restauracji Ram’s Horn, tam gdzie bywa mój brat Ted, i gdzie nie ma niczego tańszego niż po pięć dolarów, nie ma wysokich stołków barowych, na których można się kręcić, a oświetlenie jest po dorosłemu łagodne.
Jem deser lodowy Oreo, wyciągając ostrożnie spomiędzy zębów trzonowych zaklinowane kawałki ciastek. Evie z wielkim skupieniem zajada swój ulubiony deser lodowy Reese’a z masłem orzechowym – ten rodzaj, do którego dostajesz długą łyżeczkę, aby móc wydostać cały krem z masła orzechowego z wąskiego dna kielicha. Evie wsuwa łyżeczkę daleko w głąb ust, żeby ominąć szwy.
Niektórzy chłopcy ze szkoły buszują przy kontuarze, przewracając pojemniki ze słomkami i wymieniając ciosy; niemalże wyskakują sami z siebie. Ich ośli śmiech wypełnia całą przestrzeń.
Jeden z nich, Jed, zauważa nas i zaczyna rzucać w naszym kierunku pogięte słomki w papierowych koszulkach. Aż mnie skręca, żeby stąd iść. Jednak Evie patrzy na mnie i potrząsa głową, grzywka zasłania jej oczy. Wyciągam dłoń i odsuwam ją na bok i widzę siniak, który zaczyna wykwitać na jej twarzy. Wiercę się na swoim krześle, moje uda skrzypią na winylu. Jed ma kręcone żółte włosy i nos zakrzywiony na końcu. Pamiętam, jak kiedyś na wuefie pociągnął Evie za gumkę w szortach. Powiedziała, że przycisnął palce do jej skóry, a wszyscy się przyglądali.
Czekamy zbyt długo i Jed zbiera się na odwagę, podchodzi do nas, kiwając się jak gołąb. Patrzę na Evie, próbując uchwycić jej wzrok. Z grzywką znów zasłaniającą oczy, wpatruje się w swój deser, kręcąc łyżeczką wokół spienionej bitej śmietany. Lecz jej twarz leciutko czerwienieje, więc wiem, że widzi Jeda.
Evie wsuwa koniec języka w kącik ust.
– Hej – mówi Jed, z rękami wsuniętymi w kieszenie, z przechyloną głową.
– Hej – odpowiadam, kopiąc lekko Evie w łydkę.
Jed stoi w milczeniu przez kilka minut, po czym sięga do deseru Evie, zatapiając swoje guzowate palce w lodach, i wyciąga lepki kawałek, owinięty wokół palców. Z paskudnym uśmieszkiem wsuwa pokryte karmelem paluchy do ust i mlaska.
Ona patrzy na niego, obie patrzymy, i czuję, jak coś się we mnie podrywa, i muszę się powstrzymać, bo tu chodzi o Evie, to jest jej sprawa, a ja nie jestem pewna, co tam przemyka za jej ciemnymi oczyma.
Ale ona nic nie robi, patrzy na mnie i pyta, czy jestem gotowa do wyjścia, a ja mówię, że tak. Jest taka spokojna i nieporuszona, kiedy zbiera swoje rzeczy i niemal ślizgamy się do drzwi frontowych.
Oczywiście Jed idzie za nami, zaczepiając nas, jak to robią chłopcy:
– Co jest, dziewczęta, nie lubicie się dzielić? Nie chcecie oblizać moich palców?
Pozostali chłopcy są już na zewnątrz, obserwując widowisko. Evie poprawia plecak i zaczyna iść, ale ja już nie mogę wytrzymać. Rzucając okiem na mulistą, zastałą wodę w fontannie, skąd małe dzieci wyciągają śliskie grosze, rzucam mój plecak, wsuwam dłonie w wodę i jednym mocnym ruchem opryskuję Jeda. Och, jak chłopcy się śmieją, a Jed, oblepiony szlamem, aż drży z euforii.
No cóż, domyśliłam się że chciał, żebym właśnie to zrobiła, oni zawsze tego chcą.
Chwyta mnie od tyłu w talii, ściskając moje żebra boleśnie, i otrząsa na moją szyję swoje mokre włosy. Wszystkie dzieciaki wrzeszczą, i choć nie mogę opanować zachwytu, to wyrywam się, prawie się przewracając, i podciągam opadnięte ramiączko od stanika.
Ledwie odwracam się do Evie, kiedy Jed łapie ją i ciągnie, ślizgając się w tenisówkach, do fontanny. Siłują się krótko przy zbrązowiałym wylocie, Evie kopie go, a potem uderza mocno łokciem w jego nędzne żebra i wyrywa się z piegowatych ramion.
Potyka się do tyłu i nagle jest w centrum uwagi nas wszystkich.
Widzimy, że bladożółta koszulka Evie jest przemoczona szlamistą wodą.
Widok ten ma moc przemienienia człowieka w kamień. Jed nie może od niej oderwać oczu.
Evie nie ukrywa twardej linii swoich małych piersi, choć ja chcę, żeby to zrobiła. Chcę je dla niej zakryć, te sutki twarde jak kamień. Czuję, jak żar oblewa moją twarz i opuszczam głowę, chcę założyć moje własne ramiona na piersi. Gdzieś z mojego wnętrza wyrywa się dziwny śmiech.
Lecz Evie kładzie ręce na biodrach i wpatruje się w Jeda swoimi ciemnoszarymi oczyma. Lepiąca się do jej ciała koszulka napina się jeszcze bardziej.
Ja śmieję się z całą twarzą zakrytą dłońmi.

– Chłopcy przychodzą dla niej – pewnego dnia Evie powiedziała do mnie, myśląc o Dusty. Leżałyśmy wygodnie późnym wieczorem na jej podwójnym łóżku, rozmawiając o Dusty. Uwielbiałyśmy o niej rozmawiać, pogrążając się w gmatwaninie spekulacji. A co, jeśli Becky Hode odbierze jej miejsce kapitana drużyny? Czy to, co mówią o panu Douglasie, nauczycielu od nauk ścisłych o wystającej szczęce, jest prawdą? Czy on naprawdę powiedział, że nie istnieje lepszy przykład wysublimowanej poezji hydrodynamiki, niż Dusty idąca korytarzem na trzecim piętrze?
– Bobby Thornhill siedzi w samochodzie po drugiej stronie ulicy – powiedziała Evie. – Myśli, że nikt tego nie widzi. Nie sądzisz, że to trochę dziwaczne?
– Może – powiedziałam, myśląc o Bobbym Thornhillu, galopującej gwieździe toru wyścigowego, z czarną falą włosów i oczyma jak szklane kulki, które toczyły się w jego głowie, gdy podrygiwał na koniu walącym kopytami w żużel.
– Co on robi? – spytałam ostrożnie. – Kiedy tak tam siedzi, robi coś?
Evie popatrzyła na mnie.
– Myślę, że mógłby.
– Och – powiedziałam i poczułam się śmiesznie, nagle całe powietrze wyleciało ze mnie jednym świstem. Myślę o Bobbym na przednim siedzeniu auta jego rodziców, o jego ciemnozielonej uniwersyteckiej kurtce z wyszytą kordonkiem literą C. Garbi się tam, z oczyma wlepionymi w okna sypialni Dusty, w jej bufiaste zasłonki, pienistą dziewczęcość Dusty.
To musi być dla niego zdumiewające, te zasłony i różowe światło bijące z jej pokoju. Przemykający obok szept Dusty. Szept, który mógłby uchwycić. I to uczucie musi być tak wspaniałe, wywierające na niego tak silny nacisk, że on może, że może…
Myśl do mnie przypływa, wiem to, wiem to. Lecz umyka, zanim udaje mi się ją pojąć.
Leżę więc i nasłuchuję przyspieszonego oddechu Evie.

Czy już mówiłam, że mam trzynaście lat, miękkie dołeczki tam, gdzie moje uda spotykają się z kolanami, i każdej nocy leżę w łóżku z dłońmi wciśniętymi między nogi, myśląc o różnych rzeczach, i te myśli stają się realne, i pojawia się tam żar i parcie, i jeśli postaram się tak mocno, jak to tkwiące we mnie napięcie, to mogę otworzyć cały świat i rozprysnąć się na kawałki.
Są chłopcy i chłopcy, lecz w mojej głowie jest lepiej, gdyż nie ma tam czegoś takiego jak szorstkość chłopców, chłopców jak Brad Nemeth, który próbował posadzić mnie na swoich kolanach na imprezie w domu Tary Leary, próbował posadzić mnie tam, aby moje szorty podjechały do góry, i abym poczuła jego pofalowane dżinsy na najwyższej części moich ud, a jego oczy miały taki dziwny wyraz, i jego twarz była tak blisko mojej.
– Ocierał się o ciebie, jakby był na harcerskim obozie – powiedziała później Evie. – Jak gdyby myślał, że jeśli potrze cię wystarczająco mocno, to mógłby rozpalić ogień i zdobyć oznakę sprawności.
Evie potrafiła powiedzieć coś takiego i nagle wszystko naraz stawało się łatwiejsze. Śmiałyśmy się i śmiałyśmy, a chłopcy nie znoszą, kiedy się z nich śmiejemy. – To jak ścieranie różowej gumki do samego końca – powiedziała Evie. – Zamierzał tak cię pocierać, aż zostanie z ciebie tylko metalowa skuwka.
Tej nocy, tej nocy jednak czułam miękką część mojego podudzia, różowy, piekący ślad otarcia, delikatny jak nowa skóra. Czułam to i drżałam.