Strona główna / Literatura polska / Sezon na cuda

Aktualności

05.07.2022

Spotkanie z Piotrem Borlikiem w Gdańsku

W poniedziałek 18 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Nadbałtyckiego Centrum Kultury (ul. Korzenna 33/35, Gdańsk) na spotkanie z Piotrem Borlikiem, autorem książki "Labirynt".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

04.07.2022

Rozmowa z Marcinem Margielewskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Wyrwana z piekła talibów".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Wyrwana z piekła talibów Marcin Margielewski
  3. Arabska zdrajczyni Tanya Valko

Sezon na cuda

Magdalena Kordel

Kaśka przyszła późną nocą. Jej pukanie obudziło cały dom, ale na całe szczęście okazałam się najszybsza i to ja otworzyłam jej drzwi. Nie wiem, czy w innym wypadku nie zmieniłaby zdania i nie uciekła. Weszła, popychając przed sobą przemoczone i zmarznięte dzieci. Po raz pierwszy zobaczyłam ją w jasnym świetle. Do tej pory była dla mnie jedynie cieniem. Stała przede mną wychudzona kobieta z zapadniętymi, zmęczonymi oczami. Przez moment w holu panowała cisza. Jagoda z Marysią stały za mną, zaspane i zszokowane.
– Dobrze, że pani się zdecydowała – z trudem wydobyłam głos ze ściśniętego wzruszeniem gardła. – Witamy w domu, pani Kasiu. Może najpierw Marysia pokaże pani pokój, tam się rozbierzecie, a potem zapraszam do kuchni, zrobię coś do jedzenia i picia. Maniu, zaprowadź panią do pokoju za salonem. Tam wszystko jest przygotowane. I pokaż, gdzie jest łazienka.
Jakby nigdy nic poszłam do kuchni, gdzie dopadła mnie Jagoda.
– Majka, kiedy zamierzałaś mi powiedzieć? – zapytała, biorąc się pod boki.
– Wczoraj – przyznałam skruszona. – Ale najpierw długo cię nie było, potem był Jeremi, a potem sama nie wiedziałam, czy mam ci zawracać głowę. Przecież nie miałam pewności, że ona w ogóle przyjmie moją propozycję. Waleria i pani Lena ze stacji wręcz były przekonane, że nic nie uda mi się wskórać. Ale przepraszam, powinnam cię była uprzedzić.
– Powinnaś, choć poza tym dobrze zrobiłaś – powiedziała ku mojemu zaskoczeniu.
– Jak to dobrze? I nie będziesz mi mówiła, że jej nie znam, że nie powinnam, bo jeszcze nie daj Boże nas okradnie, choroby przyniesie….
– A po co mam ci to mówić? Przecież sama wiesz. – Jagoda wzruszyła ramionami – A co do chorób, jutro przebadam i ją, i dzieci. Cholera wie, jakie nieznane cywilizacje zamieszkują ich włosy i całą resztę.
– Jagoda, ale ja tak nie mogę. Zaburzyłaś moje poczucie bezpieczeństwa. No, zacznij odrobinę czarnowidzieć, chociażby dla przyzwoitości!
– A idź precz, a kysz, żadnego czarnowidztwa uprawiać nie będę. Szczerze mówiąc, sytuacja tej Kaśki leżała mi na sercu ciężkim głazem i dlatego nie zamierzam marudzić, chociaż nie mam pojęcia, jak chcesz utrzymać dodatkowo dorosłą osobę z dwójką dzieci…
– Jagódko, i tak trzeba by było pomyśleć o kimś, kto będzie miał Uroczysko cały czas na oku. Rano zwykle jesteś w gabinecie, ja w szkole, Mańka też, a Uroczysko zostaje samo.
– Jest jeszcze Florian…
– Tylko zimą. Ale potem pasieka, ogród… to wszystko będzie trzymało go poza domem. Myślę, że ktoś i tak by był niezbędny do pracy w recepcji i ogólnie do doglądania na bieżąco domu. Poza tym u nas w kółko ktoś jada, przebywa, nawet ostatnio Łucja brała u nas kąpiel, bo u niej coś tam się porobiło z wodą. Jedna mała kobieta i dzieciaki raczej nie zdołają doprowadzić nas do ruiny.
– To fakt, że zwykle wszyscy, którzy do nas przychodzą, są głodni i spragnieni – burknęła Jagoda. – W tym kontekście jestem skłonna przyznać ci rację. Miejmy nadzieję, że Kaśka da sobie radę z recepcją. Gdy ostatnio badałam ją u Walerii, wyglądała na kogoś, kto cierpi na depresję. Nie wiem, jak sobie poradzi z kontaktami z ludźmi. Ale skoro już mam ją pod nosem, postaram się coś z tym zrobić.
– À propos, daj jej coś na gardło, jak masz, bo strasznie chrypi.
– Od kiedy jesteś lekarzem? No dobra, dobra. – Obronnym gestem podniosła ręce. – Sama też zwróciłam na to uwagę. Zaraz jej to gardło obejrzę.
I tak oto w naszym domu rozpoczął się całkiem nowy okres. Przybycie Kaśki pokryło się z ogromnym zamieszaniem, jakie miało zapanować w Uroczysku. Ale tej nocy jeszcze nie miałam świadomości, że to ostatnie względnie spokojne chwile. Wręcz przeciwnie, wydawało mi się, że i tak strasznie dużo się dzieje. Ale, dzięki Bogu, na razie pozostawałam w błogiej nieświadomości co do tego, co jeszcze nadejdzie, i jedyne, co mnie interesowało, to żeby Kaśka dobrze się tu poczuła i jak wytłumaczę jej obecność mamie i tacie, którzy oczywiście, jak się o niej dowiedzą, z miejsca zaczną się o mnie zamartwiać na śmierć. Ale chyba taki już urok bycia rodzicem: rodzic zwykle się czymś zamartwia i jak jeden powód mu zniknie, natychmiast szuka sobie nowego. Patrząc na to z tej strony, można by rzec, że wprowadzam w życie mamy i taty stabilizację, bo Kaśka miała zostać z nami na dłużej i tym samym powód do martwienia się zapewniałam im na dłuższy czas. Grunt to umiejętność dostrzegania w każdej sytuacji dobrych stron. Jedyny szkopuł był taki, że szczerze wątpiłam, by rodzice byli mi za to wdzięczni…

O Kaśce przezornie poinformowałam mamę i tatę od razu następnego dnia. Nauczona doświadczeniem postanowiłam tego nie odkładać, bo rodzice mieli niezwykły dar dowiadywania się o wszystkim w tempie rekordowym i potem, nie wiedzieć czemu, mieli pretensje, że wszystko przed nimi ukrywam. Prawdą a Bogiem ostatnimi czasy na ukrywanie czegokolwiek brakowało mi energii, lecz byłam mało wylewna, gdyż zbyt wiele się działo. Ale rodzice, jak to rodzice, wiedzieli zawsze lepiej i usiłowali mnie przekonać, że niepotrzebnie przed nimi usiłuję zatajać różne rzeczy. Gdybym naprawdę chciała to robić, byłabym niewątpliwie upośledzona, bo jak już wspomniałam, oni i tak wiedzieli wszystko. A to jakaś sąsiadka wpadła na kawę do mamy i poinformowała ją o tym i owym (tajemnicą dla mnie pozostaje, skąd te kobiety tyle o mnie wiedzą), a to tata na zakupach pogadał ze sprzedawcą i wracał do domu z nowym zasobem informacji. Analizując to wszystko, zaczęłam się zastanawiać, czy w Malowniczem i okolicy nie działa jakaś siatka wywiadowcza mająca na celu szpiegowanie samotnych kobiet. Ewentualnie właścicieli pensjonatów. Albo samotnych właścicielek pensjonatów. Tak czy inaczej najrozsądniej było poinformować rodziców niezwłocznie i mieć to za sobą, inaczej mi zarzucą, że znów robię coś za ich plecami. Po wejściu do kuchni potulnie pozwoliłam się nakarmić i napoić; to zawsze usposabiało dobrze i mamę, i tatę. Mamę – bo miała poczucie dobrze spełnionej macierzyńskiej misji, tatę – bo zwykle jadł ze mną do towarzystwa, a jedzenie było jego drugą pasją. No może trzecią, po szachach i nalewce. W końcu przy kompociku zebrałam się w sobie.
– Mamo, tato chciałabym wam coś powiedzieć – zaczęłam ostrożnie...