Strona główna / Literatura światowa / Brutalna prawda

Aktualności

19.06.2020

Spotkania z Tanyą Valko

Zapraszamy na spotkania autorskie z Tanyą Valko w dniach 8-9 lipca 2010 r.

Wywiady

26.02.2020

"Uwielbiam móc pisać w piżamie"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Kelly Irvin, autorką serii "W krainie amiszów"

Posłuchaj i zobacz

10.06.2020

Przemysław Staroń o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia

Zapraszamy do obejrzenia nagrania w którem Przemysław Staroń (Nauczyciel Roku 2018) opowiada m. in. o książce "Sposób na matmę" Vanessy Vakharia.

Bestsellery

TOP 20

  1. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  2. Aksamitka Grażyna Jeromin-Gałuszka
  3. Franka. W obcym domu Wioletta Sawicka

Fotogaleria

więcej »

Brutalna prawda

Karen Robards

PROLOG
1 maja 1981

Mamusiu, znowu ktoś patrzy na nas z lasu – szepnęła mała Marisa Garcia, zaciskając kurczowo palce na swetrze matki.
Jasnożółta angora była miękka, miła w dotyku i dziewczynka rozpaczliwie jej się przytrzymywała, drepcząc za matką. Wpatrywała się z przerażeniem w złowrogi cień na skraju lasu niedaleko podjazdu.
Poruszane wiatrem korony drzew wydawały niepokojące odgłosy; liście szeleściły, gałęzie skrzypiały. Pięcioletnia Marisa zadrżała i odwróciła wzrok, jeszcze mocniej zaciskając paluszki na swetrze. Dom był jeszcze ciemny, a światła samochodu już wyłączone; odkąd zamieszkali na tym odludziu, nie mieli żadnych sąsiadów. Podjazd oświetlały jedynie promienie księżyca.
– Tam nikogo nie ma, słoneczko – zapewniła dziecko Angela, siląc się na spokój.
Była obładowana zakupami i chciała jak najszybciej wejść do domu. Nawet nie spojrzała w kierunku lasu, z góry uznając, że córeczka zmyśla. Owszem, Marisa czasem zmyślała.
Jednak nie tym razem.
– Właśnie że ktoś tam jest – upierała się dziewczynka bez nadziei, że zostanie wysłuchana.
– Marisa to mała dzidzia, Marisa to mała dzidzia...
– droczył się z siostrą siedmioletni Tony, robił miny i tańczył wokół niej, wymachując torbą z zakupami.
– Przestań natychmiast, synu. – Dwudziestodziewięcioletnia Angela Garcia, mama Marisy, była zdenerwowana z powodu spóźnienia. Zbliżała się dziewiętnasta, a o tej godzinie do domu wracał tatuś. Wścieknie się, jeśli na stole nie będzie kolacji.
Marisa bała się go, kiedy wpadał w gniew.
Nie powinna nawet tak myśleć, ale czasem nie lubiła swojego ojca.
– Potrzymaj to. – Angela podała córeczce torbę z zakupami.
Nie lubiła, kiedy dziewczynka chwytała ją za ubranie, i ciągle powtarzała, żeby Marisa tego nie robiła. Podała jej zakupy specjalnie, aby zająć czymś ręce małej, a ona się tego domyśliła, ale posłusznie wzięła torbę. Zawsze starała się być grzeczna, nawet jeśli czasem jej się nie udawało.
– Siedziałem dziś w kozie – rzucił niedbale Tony. Ostatnio często miewał kłopoty w szkole, co denerwowało mamę. Zresztą mama w ogóle stała się ostatnio bardziej nerwowa niż zwykle i mniej się uśmiechała.
– Och, Tony! Za co?
Marisa przestała słuchać i skupiła całą uwagę na niesieniu torby z zakupami. Bardzo jej zależało, żeby nie zawieść mamy i nie rozbić jajek. Drugą rączką obejmowała opiekuńczo Ginę, lalkę wielkości małego dziecka, którą dostała na urodziny w zeszłym tygodniu. Gina była wspaniała, wszystkie koleżanki Marisy miały już podobne lalki, a ona od dawna o takiej marzyła, choć nie sądziła, że jej marzenia się ziszczą, ponieważ zabawka była bardzo droga. Gina przypominała ją nawet wyglądem, miała czarne włosy i podobną sukienkę. Marisa mogłaby być najszczęśliwszą dziewczynką na świecie, gdyby nie ta nieszczęsna przeprowadzka. Dziewczynka nie znosiła nowego domu, nowej szkoły i dzieci, które przezywały ją grubaską, chociaż wcale nie była gruba – mamusia mówiła, że po prostu wygląda zdrowo – oraz tego, że tatuś mieszkał z nimi przez cały czas. Wolała, kiedy często wyjeżdżał, tak jak dawniej. Ale najbardziej przeszkadzał jej las wokół domu. Zimą nagie gałęzie przypominały ogromne ptasie szpony, a latem, kiedy pokryły się liśćmi, rzucały cień na podwórko, sprawiając, że nawet w środku dnia teren wokół domu tonął w złowrogim półmroku. W tym lesie działy się dziwne rzeczy; z okna sypialni Marisa widywała jakieś stwory o płonących oczach, a od niedawna także nieznajomych ludzi. Właściwie nie widziała ich nigdy dokładnie, ale dostrzegała ciemne sylwetki między drzewami. Wiedziała, że tam są i mają złe zamiary. Próbowała porozmawiać o tym z mamą i bratem, lecz oni nie chcieli jej słuchać. A teraz ów człowiek cień powrócił. Czuła na sobie jego spojrzenie, wyczuwała niechęć tego obcego mężczyzny. Skuliła ze strachu ramiona i poszła czym prędzej za matką do domu.
Lucy oszalała ze szczęścia na ich widok. Skakała, ujadała i biegała w kółko z radości. Była dużą, czarną, kudłatą suką – Tony mówił, że to kundel – i mieszkała z nimi od zawsze. W każdym razie odkąd Marisa sięgała pamięcią. Przeprowadziła się razem z rodziną Garciów z Marylandu do Kentucky na jesieni. Dziewczynka wiedziała, że Lucy także nie podoba się nowe miejsce. Całe dnie przesiadywała zamknięta w domu, ponieważ nie mieli ogrodzenia ani pieniędzy, żeby je postawić, a suczka lubiła gonić krowy. Kto to słyszał, żeby mieszkać obok krów?, zadawała sobie pytanie Marisa.
Chcę do domu, myślała z rozpaczą. Wszyscy razem, łącznie z Lucy, weszli do małej, brzydkiej kuchni, w której zapłonęło światło. Od ciemnego lasu oddzielały ich już bezpiecznie zamknięte drzwi.
Domem nazywała ładny biały budyneczek w Marylandzie, sąsiadujący z mnóstwem innych, z podwórkiem, na którym rosło tylko jedno duże drzewo. Marisa starała się nie wspominać go zbyt często, gdyż na samą myśl zbierało jej się na płacz z tęsknoty. A dziś na dworze panował złowieszczy mrok, wrócili późno do domu i tata będzie zły, a w lesie czai się ktoś obcy. Dziewczynka tęskniła za Marylandem bardziej niż kiedykolwiek. Poczuła znajomy ucisk w klatce piersiowej.
– Szybko, robimy kolację. Mariso, nakryj do stołu. Tony, uwiąż Lucy przed domem.
Angela wyjęła z opakowania gotowe kotlety i wrzuciła je na patelnię. Hamburgery, zauważyła Marisa. Mogą być, chociaż wolałaby coś innego.
– Tylko uważaj – ostrzegła brata, wyjmując czyste naczynia ze zmywarki, podczas gdy Tony przypinał Lucy smycz, żeby nie biegała za krowami. – Ktoś jest w lesie.
Posadziła Ginę w rogu kuchni, tak żeby wszystko widziała. Najchętniej zrobiłaby jej miejsce przy stole, ale tatuś by się nie zgodził, a Tony by ją wyśmiał. Tylko mama rozumiała, jak ważna jest dla niej lalka.
– Nikogo tam nie ma, głupolu – parsknął Tony, a mama westchnęła.
– Dostałam dziś nagrodę – wyznała Marisa, kiedy zostały same, pokazując mamie duży srebrny medal na niebieskiej wstążce. Nie lubiła się przechwalać w obecności brata, bo on nigdy nie dostawał żadnych nagród. Mogłoby mu się zrobić przykro, a jeśli Tony’emu było przykro, pakował się w kłopoty. Marisa czułaby się winna, gdyby przez nią coś zbroił, dlatego wolała, żeby nic nie wiedział. – Za czytanie. Jest na nim moje imię.
Angela przerwała przygotowywanie kolacji i spojrzała z uśmiechem na medal.
– Ojej, córeczko. Jestem z ciebie okropnie dumna. Dobra robota.
Marisa odwzajemniła uśmiech. Poczuła się prawie jak w domu, jakby nic się nie zmieniło.
– Tato przyszedł – oznajmił Tony, wkraczając do kuchni w ubłoconych butach.
Zasłony w biało-niebieską kratkę zafalowały pod wpływem przeciągu, do kuchni wypełnionej zapachem smażonego mięsa i gazu z nieszczelnego palnika wpadło wilgotne powietrze.
– Aha. – Mama w panice wyjęła puszki z groszkiem i kukurydzą z jeszcze nierozpakowanej torby z zakupami. Od razu zabrała się do otwierania groszku. Rozległ się dźwięk rozcinanego metalu, mięso skwierczało na patelni, Tony hałaśliwie zrzucał na podłogę ubłocone buty, Lucy szczekała za oknem. – Przebierz się w piżamę, Tony. Masz dżinsy całe ubabrane w błocie. Zresztą buzię i ręce też.
– To przez Lucy. Skakała na mnie.
Lucy nie lubiła zostawać wieczorami sama na podwórzu, w dodatku uwiązana. Podobnie jak ona, Tony – i mamusia chyba też – suczka tęskniła za domem.
Groszek i kukurydza grzały się już w rondelkach, Tony pobiegł się umyć, a Marisa wzięła na ręce Ginę. Michael Garcia wszedł do kuchni. Był silnym szczupłym mężczyzną, niezbyt wysokim, ale Marisie wydawał się olbrzymi. Miał na sobie dżinsy, flanelową koszulę, wysokie buty i czapkę bejsbolową. Zaciśnięte usta oraz wściekłe spojrzenie powiedziały dziewczynce, że tatuś nie jest w dobrym humorze. Przycisnęła lalkę mocno do siebie i bezwiednie uniosła palec do buzi. Przesunęła się bliżej matki, chociaż sto razy jej powtarzano, żeby nie stawała za blisko kuchenki.
– Miałem dziś cholernie ciężki dzień – oznajmił Michael, omiatając krytycznym spojrzeniem ślady błota pozostawione przez Tony’ego oraz nierozpakowane torby z zakupami porozkładane na blacie.
Pokręcił głową z dezaprobatą, zamknął za sobą drzwi i rzucił coś na stół. Marisa oparła się plecami o szafkę kuchenną, chcąc być jak najbliżej mamy. Wdychając miłą woń perfum, którymi Angela spryskiwała się przed wyjściem do pracy, mocniej przytuliła Ginę i zawzięcie ssała kciuk. – Kolacja jeszcze niegotowa? Co ty, jaja sobie ze mnie robisz?
– Ja też wróciłam dopiero przed chwilą. – Mamusia nigdy nie okazywała złości i nie podnosiła głosu. W obecności taty zachowywała się bardzo spokojnie. Dziewczynka przypuszczała, że mama także się boi. – Za chwilę podam jedzenie.
– Co dziś będzie? – Skrzywił się, zerknąwszy na patelnię. – Znowu to świństwo?
– Staram się gotować oszczędnie, Mike.
– Masz do mnie pretensje? – warknął ze złością, a Marisie ze strachu zaschło w gardle. Gdyby nie to, że miała zajęte obie ręce, chwyciłaby matkę za spódnicę. Z całych sił starała się stać niewidzialna. – To przez ciebie wylądowaliśmy na tym zadupiu.
– Wiem.
Okazało się, że udawanie niewidzialnej na nic się nie zdało, ponieważ ojciec nagle utkwił w niej wzrok, a dziewczynka zamarła z przerażenia. Kiedy wpadał w złość, musiał się na kimś wyładować. Zazwyczaj ofiarą padał Tony; większy i bardziej hałaśliwy, stanowił łatwiejszy cel. Jednak chłopiec jeszcze nie wrócił z łazienki, pewnie specjalnie się nie spieszył. Tatuś miał do wyboru tylko ją albo mamę.
– Wyjmij palucha z buzi! – krzyknął tak donośnie, że Marisa aż podskoczyła.
Zamachnął się ręką, jakby chciał ją uderzyć. Mało brakowało, a zsiusiałaby się w majtki ze strachu. Schowała mokry kciuk za plecy. Wiedziała, że nie wolno ssać palca. Już kiedyś tatuś ją za to skrzyczał.
– Kolacja gotowa – oznajmiła Angela, podchodząc do nakrytego stołu z patelnią w ręku. – Mariso, zawołaj Tony’ego, dobrze?
Dziewczynka skinęła głową, przemknęła obok matki, zerknąwszy na ojca rozszerzonymi ze strachu oczami, i czym prędzej opuściła kuchnię. Nie biegła wyłącznie z obawy, że go jeszcze bardziej rozwścieczy.
– Daj jej spokój, Mike. Nie będę tolerować takiego zachowania. – Usłyszała przyciszony głos mamy. Była już na korytarzu łączącym trzy małe sypialnie i łazienkę z salonem.
– Będziesz tolerować każde moje zachowanie, jasne? Jesteś mi coś winna i nigdy o tym nie zapominaj.
– Spłacam dług. Przecież dlatego tu jestem.
– Oboje wiemy dlaczego.
Marisa nie zrozumiała ani słowa z z tego, co mówili rodzice, ale przestała się przysłuchiwać, ponieważ znalazła Tony’ego. Siedział skulony na kanapie w salonie, przebrany w piżamę, i oglądał telewizję, bardzo cicho, żeby ojciec się nie zorientował, co robi.
– Kolacja – powiedziała i dodała konfidencjonalnym szeptem: – Jest zły.
– Jest dupkiem – odparł gorzko Tony. Marisa otworzyła szeroko buzię. Nie wolno używać brzydkich słów. Jednak brat rzadko zwracał uwagę na to, co wolno, a czego nie.
– Tony! Marisa! – zawołała mama.
Tony wstał z kanapy.
– Lepiej zostaw tę lalkę. Nie lubi, kiedy ją ze sobą wszędzie nosisz.
– Dzięki, Tony – odparła z pokorą. Miał rację, tatuś już na nią za to nakrzyczał, a kiedy musiał krzyczeć wiele razy z tego samego powodu, wpadał w szał. Zaniosła Ginę do swojej sypialni, posadziła delikatnie pod ścianą niedaleko drzwi i zeszła na kolację.
Podczas posiłku nikt się nie odzywał; Marisa zjadła najszybciej, jak mogła. Po kolacji tatuś powiedział, że wychodzi. Wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy zamknęły się za nim drzwi.
Pomogła mamie posprzątać ze stołu, a Tony odrabiał w kuchni lekcje. Potem mama przygotowała jej kąpiel. Kiedy Marisa wychodziła z wanny, a mama owijała ją w ręcznik, Lucy zaczęła szczekać.
– Chyba tata wrócił – westchnęła Angela.
Żołądek dziewczynki ścisnął się boleśnie.
Po chwili rozległ się dźwięk otwieranych i zatrzaskiwanych drzwi kuchennych.
– Angie! Angie, rusz tyłek i chodź tu do mnie!
Mama przestała ją wycierać i popatrzyła z obawą w stronę kuchni.
– Włóż koszulę i kładź się spać – poleciła, wstając szybko. – Powiedz Tony’emu, że też ma iść do łóżka – dodała bardzo cicho.
– Mamusiu. – Marisa chciała się przytulić, ale mama już odeszła, powiewając spódnicą.
Zanim zdążyła się ubrać, usłyszała głos ojca wykrzykującego okropne rzeczy. Małe serduszko dziewczynki zaczęło bić bardzo szybko, Marisa dostała gęsiej skórki. Starała się nie słuchać awantury. Włożyła na szyję swój medal i poszła po Ginę. Tuląc w ramionach lalkę, skradała się do pokoju Tony’ego, żeby mu przekazać polecenie mamy. Drzwi do jego sypialni były zamknięte. Trzeba zapukać, a wtedy tatuś może usłyszeć i przyjść.
Cała się zatrzęsła na tę myśl.
Nagle w kuchni rozległ się straszny huk i Marisa aż podskoczyła. Po chwili mamusia krzyknęła rozdzierająco, tatuś także krzyczał. Dziewczynka zamarła z przerażenia. Usłyszała głośny dźwięk, potem kolejny, jakby w domu eksplodowały fajerwerki. Okropne przeczucie sprawiło, że zjeżyły jej się włoski na karku.
– Mamusiu!
Pobiegła do kuchni, gdzie jej oczom ukazał się potworny widok.