Prószyński i S-ka
Strona główna / Literatura polska / Dom tysiąca nocy

Aktualności

17.08.2018

Do trzech razy...książka!

Tylko teraz przy zakupie minimum trzech książek Prószyński i S-ka rabat 35%! Sprawdź ofertę!

Wywiady

28.06.2018

"Mam tę przypadłość, że uparcie wierzę w miłość"

Z Wiolettą Sawicką autorką książki "Czas próby" rozmawia Stanisław Bubin z magazynu "Lady's Club". Zapraszamy do przeczytania wywiadu.

Posłuchaj i zobacz

03.07.2018

"Maść na maść"

W „Stajni pod tęczą” wszystko po staremu. Tylko Lukrecja została przeniesiona do boksu obok Niunia, kiedy stało się jasne, że została jego arabską księżniczką na dobre i na złe.

Bestsellery

TOP 20

  1. Majami. Zły pies Artur Górski
  2. Outsider Stephen King
  3. Policjanci. Ulica Katarzyna Puzyńska

Fotogaleria

więcej »

Dom tysiąca nocy

Maja Wolny

Pierwsza noc

Carla długo nie może zasnąć. Po raz pierwszy ktoś zaścielił dla niej łóżko. Wcześniej zdarzało się to tylko w hotelach. Uwielbiała hotele. Pokoje obiecujące niespodziankę, komfort zawsze świeżej pościeli i białych ręczników. Pukanie do drzwi i niezobowiązująca noc z mężczyzną poznanym tego samego wieczoru w barze.
Malwina zrobiła jej kolację. Przyniosła szklankę wody do sypialni. Opanowała już wszystkie kuchenne urządzenia, łącznie z ekspresem do kawy. Ta Polka ma mnóstwo energii. Jechała tutaj ze trzydzieści godzin i mimo wszystko od razu zabrała się do pracy. Jakoś to będzie – myśli Carla – trzeba sobie przypomnieć reguły życia z drugą osobą pod jednym dachem.
Polka przemyka niemal bezszelestnie z pokoju do pokoju, zamyka za sobą drzwi, jest jak duch, który nie ma cienia. Jej chód jest lekki, kiedy wbiega po schodach, słychać tylko przyjemny szelest jak rytmiczne przetasowanie kart. Ma mocne zdrowe nogi dwudziestoletniej dziewczyny. Z którego to ona jest roku? Trzeba sprawdzić w dokumentach. Miał tu być ktoś znacznie starszy, choć może tak się Carli tylko wydawało. To pewnie jakaś biurokratyczna pomyłka, źle wpisana data urodzenia. Nieważne. W końcu jej wiek jest chyba bez znaczenia, to w końcu wiek obcej osoby. Własnego wieku nie da się pominąć ani przekręcić.
Carla przewraca się na brzuch. Kiedy była młodą dziewczyną, spała zawsze na brzuchu. Kobiety z jej pokolenia wierzyły, że taka pozycja wygładza dekolt. Alessia też tak spała, przynajmniej wtedy, kiedy jeszcze mieszkały razem. Zanim nie uciekła z domu, zanim nie powróciła z napuchniętą od płaczu twarzą, zanim jej brzuch nie zaczął się powiększać. Okrągły balast przyczepiony do kruchego ciała nastolatki, rosnące napięcie, ból stawów, które nie znosiły bezruchu, bo jeszcze chciały rosnąć, wyskakiwać ze zbyt obcisłych dżinsów, biec na dyskotekę, tańczyć do utraty tchu.
A teraz Alessia ma już prawie czterdzieści lat. Jest dojrzałą kobietą. Nadal nie znosi bezruchu. Włóczy się po świecie, nie ma adresu, studiów, pracy. Jest hipiską z pierwszymi siwymi kosmykami, globtroterką śpiącą co noc w innym łóżku, smakującą tytoń i zielska z różnych upraw.
Nigdy nie chciała zostać matką. Urodziła, bo inaczej się nie dało. Wyła z bólu i planowała ucieczkę. Nieważne, czy to chłopczyk, czy dziewczynka. Może dziewczynkę spróbowałaby pokochać? Nie, nie, chyba nie. Carla błagała Alessię, żeby została z dzieckiem choć parę miesięcy. To przecież takie maleństwo. „Nie będziesz mi rozkazywać. Nie udawaj wzorowej matki, bo nią nie jesteś i nigdy nie byłaś”. Alessia zawsze histeryzowała. To po ojcu. Ostre słowa przychodziły jej łatwo, rzucała nimi w twarz. Nigdy nie przepraszała.
Kiedyś odwiedzała Brunona raz, dwa razy w roku. Wpadała do Sorrento, kiedy była bez grosza lub kiedy nabawiła się jakiejś egzotycznej choroby. Carla szła do banku, dzwoniła po doktora Tauregę. W nocy siadała przy łóżku, w którym spała Alessia, i gładziła jej włosy. Bezszelestnie zamykała drzwi łazienki i wycierała mokry nos.
Wiedziała, że namawianie córki do zmiany trybu życia nie ma sensu, robiła to już wielokrotnie. Błagała ją, groziła, straszyła – teraz ogarnęła Carlę jedna wielka bezsilność. Najbardziej cierpiała z powodu Brunona, on tak bardzo potrzebował matki. Alessia odrzucała jego uczucie, traktowała syna jak młodszego brata, choć pewnie gdzieś w głębi duszy czaiła się miłość do niego, ale ona wolała zasypać macierzyństwo piaskiem, zakleić gliną, strzepnąć papierosa.
Najgorsze były te pierwsze noce, kiedy trzeba było nauczyć Brunona pić z butelki. No i kolki. Masaże twardego brzuszka wielkości melona. Opieka nad małym dzieckiem okazała się trudniejsza, niż Carla wcześniej sądziła. Buntowała się z niewyspania: Bruno to było przecież ciało półobce, ciało należące do Alessii, z domieszką nieznanej krwi, porzucone w domu Carli, zdane tylko i wyłącznie na nią. Mały krzykacz o mlecznym zapachu i siniejących od krzyku piąstkach. Zrywała się w nocy i biegła do pokoju chłopca. Kiedy patrzyła na pogrążoną we śnie miniaturkę człowieka, zapominała o zmęczeniu.
Gdy Bruno skończył trzy miesiące, uśmiechnął się do Carli po raz pierwszy. Wtedy zrozumiała, że musi go wychować, dać mu wszystko, czego nie dała córce.
– Nigdy cię nie opuszczę, Bruno. – Carla powtarza te słowa nawet teraz, po osiemnastu latach. Bruno wciąż jej potrzebuje. Ma kłopoty ze wzrokiem i jest taki wrażliwy.
Musi go chronić również przed Alessią. Ona może go zniszczyć jednym nieuważnym słowem. Wie, że za nią tęskni, choć tak naprawdę wcale jej nie zna. Pewnie on jedyny nie obwinia Carli za Alessię, za to, że jest, jaka jest. On ją po prostu kocha, pewnie nawet bardziej niż wychowującą go babkę. Kiedy był mały, nie rozumiał tej sytuacji i mówił do Carli „mama”. Była starsza niż inne matki, ale nie wyglądała na babcię. Blef mógł się udać.
Carla długo zastanawiała się nad adopcją. Zapewnić sobie Brunona także prawnie, w ten sposób ochronić go przed rozczarowaniem. Alessii było wszystko jedno. Powiedziała Carli przez telefon: „Okej. Bruno może zostać moim przyrodnim bratem. To nawet zabawne, tylko błagam – nigdy nie sypiaj z jego ojcem”.
Urzędniczka na pierwszym spotkaniu w biurze adopcyjnym dała Carli kwestionariusz do wypełnienia. Zatrzymała się już przy drugim pytaniu. Powód adopcji? Do wyboru były cztery możliwości: brak naturalnego potomstwa, chęć powiększenia rodziny, śmierć członka rodziny, inne (podać jakie). W grę wchodziło to ostatnie, to inne, trzeba było przy tym zmieścić swoją historię na trzech linijkach. To za mało, by opowiedzieć o przeszłości Carli i o tym, co się stało z Alessią. Nie chciała o tym nikomu mówić, nie ma co do tego wracać. Carla schowała kwestionariusz do torebki i pożegnała się z urzędniczką. Nigdy więcej tam nie wróciła.
Pracowała w dalszym ciągu na cały etat. Najpierw wynajęła niańkę, grubą Rumunkę z Timiszoary, potem, kiedy Bruno skończył osiem lat, oddała go do szkoły z internatem. Weekendy spędzali razem, w piątki przyjeżdżała z Neapolu już o drugiej, mieli dla siebie prawie trzy dni.
– Mamo, czy ty jesteś też moim tatą? – pytał ją mały Bruno.
– Nie, kochanie, ty nie masz taty. Masz za to dwie mamy, mnie i Alessię. Pamiętasz Alessię, prawda?
– Nie.
Alessia nie chciała się widywać z Brunonem. Mówiła, że to ją postarza, odbiera energię. Bruno jest karą, ale ona tej kary nie przyjmuje.
– On jest dla ciebie. Ty sobie na to wszystko zasłużyłaś. On się nie prosił na świat, podobnie jak ja.
Carla pozwalała jej na te słowa. Przyjmowała je, bo nie miała nic na swoją obronę. I coraz bardziej kochała Brunona. Gdy mały chorował, kładła się na podłodze przy jego łóżeczku. Zapadała w płytki sen, wyczuwając każdą nieregularność oddechu, skok gorączki czy dreszcze. Robiła mu okłady z lodu, aplikowała eukaliptusowe czopki. Rano chwytała za telefon, dzwoniła do redakcji i zmienionym głosem kłamała, że ma grypę. Doktor Taurega wyrozumiale wypisywał jej zwolnienia.
To były noce, które nadrabiała, bo nie zaliczyła ich, sama będąc matką. Nie zbudowała wcześniej tej więzi, która powstaje przy mierzeniu nocnej gorączki, zmianie pościeli i zaczynających się za wcześnie porankach. Alessii musiał wystarczyć ojciec. Leone był jedynym człowiekiem, na którym Alessii naprawdę zależało. Jego śmierć była dla niej końcem dzieciństwa, za szybkim i za gwałtownym.
– Gdyby tata żył, to nie doszłoby do tego wszystkiego! Zostawiłaś go, tak jak i mnie, poszłaś sobie jak cyganka, jak do sekty. A teraz masz, poczuj, jak to jest! – Słowa Alessii wykrzykiwane w rozmowach telefonicznych wbijały się Carli głęboko w gardło. Milczała. Tylko tyle mogła zrobić dla córki. Pozwolić jej wylewać kubłami żal, mieć nadzieję, że w końcu mętny zbiornik będzie pusty i że Alessia jej przebaczy.
– Ta Polka, Malwina, wygląda na zadowoloną kobietę – myśli Carla, próbując oderwać natrętną pamięć od wydarzeń z przeszłości. Na kogoś, kto doskonale wie, ile warte jest życie i w związku z tym nie żąda ani grosza więcej. Po prostu bierze to, co jest. I pewnie ma rację. Kiedy Malwina myje podłogi, zanurza się cała w tej prostej pracy. Kiedy gotuje, jest skoncentrowana tylko na gamie smaków. Jej ruchy są zdecydowane i energiczne, bez najmniejszej straty energii, bez wahania, bez rozterek. Takie proste kobiety umieją przeżywać życie w przyjemny dla nich samych sposób. A może ona wcale nie jest taką prostą kobietą, za jaką ją uważam? W jej papierach było coś o studiach wyższych, jakaś filologia, języki obce, zdaje mi się. W końcu dość dobrze zna włoski. Nie, to pewnie znowu biurokratyczna pomyłka, może małe kłamstwo, komplement na wyrost. A może studia w jej kraju są dostępne dla każdego rodzaju intelektu? Uniwersytet dla intelektualistów i dla umysłów praktycznych, zarządzanie przedsiębiorstwem i gospodarstwem domowym. Akademia sztuk pięknych i pralniczych. Filologia: umiłowanie słowa i czystości podłóg. Carla uśmiecha się do siebie, ironia była jej specjalnością, wrodzoną cechą inteligentnych sceptyków.
Polska, Polonia, Polacco, sangue Polacco, polska krew, co to było z tą polską krwią? Przez zmęczony umysł prześlizguje się Carli ostatnia strofa hymnu państwowego:

Il sangue d’Italia,
Il sangue Polacco
Beve, col Cosacco,
Ma il cor le brucio

Zegar wybija drugą w nocy. Trzeba zasnąć.