Strona główna / Literatura polska / Melchior Wańkowicz. Dzieła / Karafka La Fontaine'a tom I

Aktualności

18.01.2023

TOPR. TATRZAŃSKA PRZYGODA ZOSI I FRANKA nominowana do Bestsellerów Empiku

Książka Beaty Sabały-Zielińskiej "TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka" otrzymała nominację do Bestsellerów Empiku 2022 w kategorii literatura polska dla dzieci. Gratulujemy!

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

11.01.2023

Rozmowa z Arturem Górskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Arturem Górskim, autorem książki "Za kratami".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem jedną z żon Laila Shukri
  2. Ziobranoc, Europo Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Sąpierz Katarzyna Puzyńska

Karafka La Fontaine'a tom I

Melchior Wańkowicz

Rozdział 9. WIEŻA Z KOŚCI SŁONIOWEJ CZY SKRZYNKA OD MYDŁA (ZAANGAŻOWANIE)

(…)
ZAANGAŻOWANIE NAJISTOTNIEJSZE

(…)
Bo oto katolik – Andrzejewski. Wydałem w „Roju” jego katolicką powieść Ład serca. Na bankiecie ku czci debiutanta zgromadziłem różnorakie towarzystwo: Akademię in corpore i szeroki wachlarz ludzi od ojca Kolbe po komunistę Dembińskiego. Byli to ludzie żarliwi, czyli zaangażowani; dali tego świadectwo swym życiem.
Cóż się kluło między tymi biegunami?
Kiedy wróciłem do kraju w 1956, niepewnie stąpałem między tymi poblaskami różnych stosów. Spotkałem Andrzejewskiego na premierze jego Winkelrieda. To już był autor książki Partia i twórczość pisarza. Spytałem: „To tak?”. Wyprostował się: „To jest moje prawo”.
Przyjąłem te słowa ze zrozumieniem. Kiedy w kilka lat potem w konkursie na najlepszą książkę padło moje Ziele po Popiele, który znalazł się na pierwszym miejscu, proszono mnie, abym zabrał głos, gdy Andrzejewski będzie otrzymywał nagrodę.
Biorąc asumpt z jego powiedzenia „rodzina moich książek”, powiedziałem, że nie jest to rodzina „ojca Wirginiusza”. Tam ojciec Wirginiusz nakazuje: „cicho, dzieci, cicho sza, róbcie to, co i ja”. Dzieci Andrzejewskiego – jego książki – nie słuchają ojca, każda wydziera się innym głosem.
Miałem przed oczyma twórcę wdanego w sprawy rodu człowieczego do szpiku kości, którego wloką, acz bezwolnego, erynie zaangażowania.
Ale erynie (zwane też przez Rzymian furiami) miały w ręku nie tylko pochodnię zażegniętą u odległego stosu. Jak głosi mitologia, w drugim ręku trzymały węże. Dla ich przebłagania nazywano je Łaskawymi (Eumenidami). Ale czegóż tak bano się tych angażownic, że aż w ofierze im składano… czarne owce?
We wspomnianej książce (Partia i twórczość pisarza) pisał Andrzejewski:

Dosięgnijcie waszą ostrą bronią kułaka i spekulanta, szpiega i dywersanta, amerykańskiego podżegacza i neohitlerowca. Odsłońcie zawiły mechanizm kułackiej postawy, kułackiego wyzysku, jego perfidne zasłanianie się chłopem mało- i średniorolnym. Ukażcie całą ostrość przeciwieństw, pokażcie wielkość naszych czasów.

Leon Pasternak, „wyprawiający hałasy” na piętrze socrealistycznym, tak oto w wierszu Do eskapisty czepiał się mieszkającego nad nim wybitnego pisarza, który był przecież „spokojny, nie wadził nikomu” i niewątpliwie wzbogacał kulturę polską:

Eskapisto wytworny, na nic twe pisanie,
Na nic nadzieje twoich adherentów,
Ani jedno zdanie z ciebie nie zostanie,
Całe twe pisarstwo – psucie atramentu.

Może kiedyś jedynie wspomną gdzieś w przypisach,
Żeś przeżuwał antyk (aż się przeżył talent),
Żeś się do herosów starożytnych przyssał,
Na współczesnych (większych) nie zważając wcale.

Dziesięć lat już ta Polska cięgiem ciebie pieści,
Dziesięć lat już ją niszczysz, kulturalna stonko,
A ty żebyś o niej choć coś bąknął, pies ci…
Rozumiem. Nie możesz. Bobyś się zająknął.

A przeżyłeś lat dziesięć, pyszny eskapisto,
Bo cię „ruski Wańka” od śmierci wybawił.
A ty żebyś choć o tym, choć słóweczkiem, pisnął?…
Rozumiem. Nie możesz. Bobyś się zadławił.

(„Przegląd Kulturalny”, 1 IX 1955)

To były takie socrealistyczne solo-tańce (hopaki). Na moją dolę przypadł taniec zbiorowy soc- i polrealistyczny, zwany kontredansem przez hrabiów i kadrylem przez gorzej urodzonych.
PIERWSZA FIGURA tego kontredansa mojej młodości rozegrała się jeszcze przed wojną, kiedy Sztafeta (o gospodarce dwudziestolecia) została zakazana w wojsku. Wysypano mi szereg zarzutów, bo napisałem, że zbudowano lekkomyślnie zaporę rożnowską na podglebiu przepuszczalnym; szynę zbiorową elektryczną cztery lata za wcześnie, co jest wyrzuceniem 10 milionów złotych na konserwację: trzynaście siodeł „Polminu” w szczytach, co zaprzepaszcza złoża naftowe Jaszczni i Męcinki; bo zdradzam tajemnice wojskowe rewelacją, że linia średnicowa jest zbyt wąska, udaremnia przewóz specjalnego sprzętu itd., itd.
Major, który mi dawał te wyjaśnienia, stuknął ręką w rozdział Po co koza rogi ma?:
– Panie przecie to o robotnikach. Czy pan uważa, że możemy żołnierzowi insynuować, że robotnicy mają bóść tymi rogami? A jeszcze i motto z Pisma Świętego: „Nie zawiążesz gęby wołowi młócącemu”. I już zaraz na początek rozdziału: „Dziesięć milionów ludzi na samej roli nie dojada i nie dopracowuje. Dziesięć milionów ludzi na samej roli, bez miejskich urzędowo zarejestrowanych, jest materiałem martwym, którego nie udźwigniemy”.
– A te alokucje pana do wolności – stuknął major w epilog Sztafety – do wolności, do której mamy dążyć w następnym dwudziestoleciu? Czy pan chce, żebyśmy pouczali żołnierzy, że teraz wolności nie ma?
FIGURA DRUGA kadryla nazywała się „szufladki”.
W Stanach Zjednoczonych dochodziły mnie wieści, że soczaangażowańcy i mnie dopadli.
Kufa tych ataków rozpukła się w 1952 roku, kiedy Sławomir Mrożek poświęcił Sztafecie cztery kolejne artykuły pod smakowitym tytułem Zbrodnicze tezy. Inni trzej autorzy, bardzo teraz znakomici, kolejno umieścili całe studia. Jedno zatytułowane Mokra robota, drugie Wielki łgarz, trzeciego tytułu nie pamiętam, ale zapamiętałem, że w zamian za obietnicę protekcji miałem wyłudzić od ubogiej nauczycielki pięć złotych za moją broszurę COP kosztującą dwa złote.
Najzabawniejsze, że ci wszyscy autorzy zwalczali rzekomy panegiryzm Sztafety cytatami zaczerpniętymi… z tejże Sztafety („sam przecie Wańkowicz przyznaje…”) z gorliwością nie mniejszą jak ta, którą wykazał przedwojenny major.
FIGURA TRZECIA na zmianę polrealistycznego kadryla nazywała się „chassé-croisé” i polegała na zmianie stanowisk, w czasie czego tancerze mijali się, przechodząc na przeciwne strony. Figura ta nastąpiła w chwili mego powrotu do kraju.
Przed moim powrotem do Polski Stahl, zatrudniony w emigracyjnej propagandzie, z entuzjazmem wydawał przekład włoski mojej Rodziny Korzeniewskich, Zygmunt Nowakowski wysławiał Monte Cassino jako „karmazynowy poemat, do którego nikt tak jak Wańkowicz nie jest powołany”, Bielatowicz pisał, że jest to „księga najautentyczniejsza, zbudowana z cegieł, z których każda była ważona i opukiwana. […] Wańkowicz wszedł do Hadesu wojny i spojrzał z bliska w twarz Charona na wodach śmierci”. Nowojorski „Nowy Świat” rozwodzi się na mój temat: Człowiek, który patrzy za miliony (jeden z tytułów); „Kronika” (pismo w NRF) opływała w dytyramby na temat Monte Cassino. Po moim powrocie do kraju Nowakowski napisał, że Monte Cassino rozdąłem w treści, by więcej zarobić, Bielatowicz, że „jest to książka, jak mały Jasio widzi wojnę”, a Stahl, że „w krajowym wydaniu jakiś politruk podopisywał ohydną polszczyzną radzieckofilskie ustępy” (ani jedno zdanie nie było dopisane, nawet przeze mnie). „Kronika” nazwała Ziele na kraterze dziejami wódeczki, a „Nowy Świat” informował, że prosto z dworca w Warszawie zostałem zawieziony na odczyt w Stowarzyszeniu Dziennikarzy, po którym wręczono mi klucz do mieszkania i kontrakt na 10 000 złotych miesięcznie. Ale moje wiernopoddańcze wypowiedzi miały być aż tak żenujące, że nawet prasa komunistyczna nie zdecydowała się ich powtórzyć. To wyliczanie mógłbym przedłużać.
FIGURA CZWARTA tego zbiorowego tańca nazywała się „galopka”. Zaczęła się w socrealistycznym kadrylu, kiedy wróciłem do kraju. Witano mnie z równie niebezpiecznym entuzjazmem, jak w figurze „szufladki” – z obrzydzeniem. Potem tam różnie bywało, ale w chwili obecnej Mrożek (z którym już solo zatańczyliśmy „chassé-croisé” na miejscu pobytu) złożył na moje ręce wyrazy autokrytyki, a autorzy Wielkiego łgarza, Mokrej roboty i ten trzeci, co pisał o tej dającej łapówkę nauczycielce (i ten czwarty, i ten dziesiąty) popisali o mnie tak miłe recenzje, że byłby wielki ubaw je skonfrontować, gdyby nie to, że w gruncie rzeczy ich nie potępiłem, że w gruncie rzeczy ich rozumiem i że wszyscy z wyjątkiem eksterytorialnego Mrożka zjadają u mnie kołduny i zapijają nalewką „trisz divinis”. To nie jest cynizm, proszę państwa. Ben Akiba stwierdzający z wyrozumieniem, że „wszystko to już było”, nie był cynikiem. I nie był cynikiem La Fontaine, patrząc na promienie przełamujące się w krysztale.

Świeca więc Latimera nieraz poczyna kopcić. I na wszelkich szerokościach losu ludzkiego.
Pisałem już o socrealizmie i polrealizmie. Na ich obszarach wyeksperymentowałem, jak składnie w rękach erynii pochodnia jest substytuowana wężem.
Tego kopcenia pochodni obawiają się pisarze. „Zakładanie z góry zaangażowania społecznego – pisze do mnie Stanisław Dygat – zawsze wydawało mi się czymś podejrzanym. Fakt, że żyję wśród ludzi, że nie są mi obojętni, wzruszają mnie lub gniewają, jest zaangażowaniem społecznym”.
Takiego zaangażowania nie uniknie żaden pisarz wartościowy.
Pisarz nie jest socjologicznie do pomyślenia bez czytelników, musi mieć czytelników, znaczna część jego działalności musi odbywać się publicznie. Zauważmy, że pamiętniki pisarzy niemal zawsze są pisane „przez okno”.
Pisarz pragnie obcować z czytelnikiem; nawet najbardziej abstrakcyjni i trudni poeci radzi są zakomunikować choćby tylko: „widzicie, jak trudne są moje poezje”.
Pisarz nosi w sobie chęć zmierzenia się nie tylko z czytelnikami, ale i ze sprawdzianem czasu. Dlatego Camus pisze, że „sztuka nie może być monologiem, musi być dialogiem artysty z przyszłymi pokoleniami”.
W tym dialogu żadna instytucja nie zastąpi odpowiedzialności. Lovell pisze:

Sprawę obwarowuje wiele zastrzeżeń. Liczy się i wybór tematu, i jego rezonans społeczny, i trafność przedstawienia procesu opisywanego, i jego charakter – wsteczny lub progresywny – i wreszcie – dążność do przedstawiania układów zamkniętych, statycznych, lub przeciwnie – dynamicznych, rozwojowych. Ale i to jeszcze nie wszystko: a gdzie owo umęczające balansowanie na granicy „sumienia obywatelskiego” i „sumienia ideowego”, gdzie kryterium rozwagi, ale równocześ­nie śmiałości i mocnych przekonań?

Lovell zdaje się zapominać, że zaangażowanie jednostki nigdy nie będzie nieomylne. Że istotnie twórcze zaangażowanie może być budowane tylko… przez kolektyw starć. Jedyne, co się liczy, to szczerość zaangażowania i poziom. Reszta należy do samoregulatorów.
Niezapomnianego profesora Stanisława Kościałkowskiego poznałem w Teheranie. Był w stanie skrajnego wyczerpania, leżał w łóżku, mimo to do późna w noc zapamiętale z nim dyskutowałem na temat ziem obu nam drogich. Ale już mi się zarysowała logika rozwiązań, które miały nadejść.
Miałem wyrzuty sumienia z powodu swej ekspansywności. Advocatus diaboli nie należy do rzędu miłych causerów. A już co najmniej należało oszczędzić wynurzeń, przy obolałościach emigracyjnych, aż ekstrawaganckich, człowiekowi choremu i niezmiernie przywiązanemu do Kresów.
Poszedłem do niego nazajutrz z mocnym postanowieniem, aby zatuszować przykrość, której byłem przyczyną. Wyciągnął do mnie z dobrym uśmiechem swoją książeczkę. Zdaje się, że to była broszura informacyjna o Persji.
– Znam to – powiedziałem.
– Idzie o dedykację.
Ale to nie była dedykacja, to było – rozgrzeszenie:

Ustosunkowanie się nasze do rzeczy jest niejednokrotnie ważniejsze, cenniejsze moralnie od rzeczy samej… Więcej na pewno jest warte zdolne do poświęceń, do ofiary, do zaparcia się siebie umiłowanie wielkiego chociażby błędu niż małostkowe, egoistyczne, wygodne i nieskłonne do wysiłku, do ofiarności, do pokonania siebie, zgoła letnie posiadanie choćby największej, najświętszej prawdy.

Wracając do Lovella: w gąszczu jego zastrzeżeń pisarz się zgubi, jeśli nie weźmie sprawdzianów najprostszych. Ukażą mu one, jak z dna losu ludzkiego podnoszą się sprawy pierwotne, niczym nie przyćmione. Ten prazew spraw nie przyćmionych stosowaną dialektyką był tęsknotą ludzką po wszystkie czasy: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, żeś te rzeczy zakrył przed mądrymi i roztropnymi” (św. Łuk. X, 21).
Instynkt jest ważnym czynnikiem, do którego tęsknią ewangeliści wszelkich maści i wszystkich czasów.

Największą trudność budzi przyjęcie tego terminu [zaangażowania – przyp. M.W.] w sztuce – pisze Kijowski – wszak jest ona dziedziną, w której cnotą jest to, co w innych dziedzinach jest winą. Wszak regułą jej jest niewierność regułom, a jej porządkiem stwarzanie porządków wciąż nowych. Każde dzieło jest stwarzaniem świata od podstaw, każda metafora ustala nowe, nie znane czy nie dostrzegane dotąd związki rzeczy, każdy pomysł literacki jest wykroczeniem poza konwencję. Zatem – odpowie artysta – „zaangażowaniem” artysty jest wierność tej właśnie zasadzie, lojalność wobec sztuki, która ma własne prawo nadrzędne, a tym jest poszukiwanie, wybór, niepokój; ma ono własną etykę, etykę odwrotną, etykę niewiary, niekonsekwencji.

Najwartościowsze jest więc zaangażowanie „z siebie”. Wówczas darowujemy pisarzowi dewiację, wyboczenia, skrajności, jednostronności – jeśli tylko rozumiemy, że rodzą się one z prawdziwego musu wewnętrznego.
(…)