Strona główna / Literatura światowa / Romans / Powrót na wyspę

Aktualności

15.04.2020

Mądra Książka Roku 2019

Z przyjemnością informujemy, że nasze książki nominowano w konkursie Mądra Książka Roku 2019. 

Wywiady

20.07.2020

Astrologiczne bliźniaczki – od pełni zrozumienia do nienawiści...

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Agatą Kołakowską, autorką książki "Uśpione pragnienia".

Posłuchaj i zobacz

20.07.2020

Rozmowa z Wiktorem Krajewskim

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Wiktorem Krajewskim autorem książki "Chciałbym nigdy cię nie poznać"
Niezwykle intymna książka o relacji z babcią. Wiktor Krajewski pokazuje emocje i porusza!

Bestsellery

TOP 20

  1. Perska kobiecość Laila Shukri
  2. Postscriptum Anna Karpińska
  3. Tajemnice hoteli Dubaju Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Powrót na wyspę

Dorothea Benton Frank

1
Beth

Jej samolot krążył nad Lowcountry. Poniżej ciągnęły się ogromne połacie dębowego lasu, drzewa przystrojone pętami oplątwy. Przelecieli nad wartkimi wodami rzek Wando, Cooper i Ashley oraz setkami maleńkich, lśniących w słońcu dopływów, które wiły się po równinie, sięgając ku Atlantykowi. Był to naprawdę piękny widok. Wydawało się, że roziskrzona błękitna woda upstrzona jest odłamkami kryształów i diamentami. Wzruszenie chwyciło Beth za serce. Wszyscy pasażerowie patrzyli z zachwytem na rozciągający się poniżej krajobraz. Bez względu na to, czy wyjeżdżasz z Lowcountry na tydzień, czy na wiele lat, nie potrafisz sobie wyobrazić, jakie to cudowne miejsce. To się nigdy nie zmieniało i właśnie na to wszyscy liczyli. Każde kolejne zetknięcie z Lowcountry jest równie niezwykłe jak pierwsze – hipnotyzujące.
Mały odrzutowiec dotknął kołami pasa startowego lotniska w Charlestonie. Jeszcze przez jakiś czas toczył się po parującym asfalcie, by w końcu przystanąć obok terminalu. Kiedy stewardesa otworzyła drzwi, do wnętrza kabiny wtargnęła wilgoć, która natychmiast wypełniła ją niczym niewidzialny gaz. Powietrze było ciężkie, przesycone smrodem paliwa, zmieszanym z solą.
– Poczekaj, kochanie.
Suczka miniaturowego yorkshire terriera należąca do Beth, Lola, zachowywała się zwykle tak, jakby rozumiała wszystko, co mówi do niej jej pani. Gdyby Beth zaczęła przemawiać do niej w suahili, zapewne spojrzałaby na nią tymi swoimi słodkimi ślepkami, podniosła brwi i uśmiechnęła się. Tak, jej pies się uśmiechał, ale niekoniecznie w takiej sytuacji. Lola zaskomlała i zaczęła się niespokojnie wiercić. Beth przesunęła palce przez siatkę specjalnego pojemnika na zwierzęta, by pocieszyć ją trochę małym masażem. Całe dwa kilo ciała Loli przytuliło się do niej, kiedy wraz z grupą zniecierpliwionych pasażerów przesuwali się powoli do wyjścia, a potem przeszli do smutnego, kiepsko klimatyzowanego wnętrza terminalu. Beth miała nadzieję, że Lola nie zacznie kichać. Czy jakaś matka mogła kochać swoje dziecko bardziej, niż Beth Hayes kochała swego psa? Szczerze w to wątpiła.
Klimat na wyspie zmienił się w ciągu ostatnich lat. Efekty globalnego ocieplenia widoczne były gołym okiem, a pogoda w Charlestonie stała się iście tropikalna. Beth dawno już doszła do wniosku, że jedyne, co jej pozostaje, to ucieczka w dżunglę lub całkowite poddanie się partii rządzącej w jej rodzinie.
Wybrała to drugie i rozpoczynała właśnie odbywanie rocznego wyroku w Lowcountry, gdzie miała opiekować się rodzinnym domem na Wyspie Sullivana, zwanym Island Gamble. Rodzinne château opierało się dzielnie czasowi i historii, rządziło nimi niczym Elżbieta I, Królowa Dziewica. Beth nie wyobrażała sobie historii Anglii bez Elżbiety I, tak jak nie wyobrażała sobie Wyspy Sullivana bez tego właśnie domu, głównej sceny jej chaotycznych marzeń sennych. Wszystkie te sny rozgrywały się na Wyspie Sullivana i w Island Gamble. W pokojach. Na werandzie. Na podwórzu za domem. Zawsze, zawsze tam.
Używali nazwy château swobodnie, nawet żartobliwie, ale to właśnie Island Gamble była tym miejscem, gdzie od pokoleń przy stole mówiono o rzeczach najważniejszych lub zwierzano się sobie w konfesjonale werandy. Omawiano i rozkładano życie na czynniki pierwsze do późnej nocy, aż wujkowie, ciotki i dzieci, wyczerpani upałem i śmiechem, zasypiali w swych bujanych fotelach i na hamakach. Ich aspiracje, nieszczęśliwe miłości, zwycięstwa i porażki zapisywane były tutaj dla potomności w zbiorowej pamięci rodziny; czasem nieco zmieniano i upiększano wszystkie te historie, by lepiej się je opowiadało. Dom wiedział o nich wszystko, a przebywając w nim, czuli się bezpieczni, chronieni przed zakusami zewnętrznego świata. Uważali też, że opowiadanie rodzinnych historii to coś, co wychodzi im najlepiej. Mówili ze śmiechem, że gdyby rozgrywano zawody w paplaniu, ściany Island Gamble uginałyby się pod ciężarem złotych medali. Rzeczywiście, wszyscy byli niezwykle sentymentalni, choć ich zdaniem, to właśnie dzięki umiejętności wyśmiewania własnych dziwactw wiele razy nie poddali się rozpaczy.
Tak to właśnie wyglądało. Starzejące się, czasami drżące w posadach szańce fortecy Hamiltonów zastawione były niewidzialną bronią powtarzanych po wielekroć Pamiętacie, gdy… My nigdy… i My zawsze…, jak gdyby wszyscy żyli w niewidzialnej słonej bańce, starając się dochować wierności świętym rodzinnym wartościom.
Czasami rodzina irytowała Beth tym, co dziewczyna postrzegała jako nadmierne zapatrzenie w siebie i prawość posunięta do granic absurdu. Była przekonana, że pewnego dnia wszystkie jej ciotki, wujowie i kuzyni trafią na karty powieści, a może nawet memuarów, jeśli tylko znajdzie w sobie dość odwagi, by przelać te bogate wspomnienia na papier. Ale jeszcze nie teraz. Dziś miała do spełnienia inną misję. Posłuszna córka wróciła.
Beth odebrała bagaż, wyprowadziła Lolę na krótki spacer po trawniku i stanęła w krótkiej kolejce do taksówek. Czuła się ogromnie podekscytowana, a zarazem przybita. Uwielbiała Wyspę Sullivana, bo tutaj mogła doświadczyć czegoś w rodzaju pętli czasowej. Był rok 2009, przebywając jednak na wyspie, mogła niemal uwierzyć, że Eisenhower nadal jest prezydentem, choć przecież miało to miejsce na długo przed jej narodzinami. W głębi serca czuła, że wyspa tak naprawdę należy do pokolenia jej matki i wcześniejszych generacji. Ostatnie cztery lata przygotowały ją do samodzielnego życia, zupełnie niezależnego od rodzinnego klanu. Czyż nie po to właśnie wyjechała na studia do miasta odległego o tysiące mil od tej wyspy? To „zadanie”, któremu musiała właśnie stawić czoło, zostało jej przydzielone przez matkę i ciotkę; obie zdecydowały o tym ot tak, nonszalanckim gestem swych królewskich dłoni. Została więc chwilowo pozbawiona możliwości realizacji swych marzeń, choć możliwość taką zyskała jej matka. Nie była to uczciwa wymiana, Beth nie miała jednak wyboru. Gdyby ktoś ją o to spytał, odparłaby cierpko: „Moja mama i ciotka Maggie powinny przejść choćby najkrótszą sesję kształtowania empatii. Poważnie”.
Wsiadła do gruchota udającego taksówkę i ruszyła w drogę. Przynajmniej mogła się pocieszać obecnością Loli.
– Mógłby pan włączyć klimatyzację? – spytała. Czuła, jak na jej twarzy zbiera się wilgoć.
– Jasne – odparł taksówkarz. – Gorąco dzisiaj, prawda?
– Właśnie.
Stara furgonetka pojękiwała na każdym wyboju i z trudem wspinała się na najmniejsze nawet wzniesienia. Taksówkarz, starszy mężczyzna o siwych twardych włosach, które mogłyby służyć za szczotkę, pochylał się nisko nad kierownicą. Wpatrywał się w drogę z intensywnością, która budziła niepokój Beth. Wlókł się niczym ociężały mors środkowym pasem, a rozpędzone auta wyprzedzały go z obu stron. Beth miała ochotę poprosić, by pozwolił jej prowadzić, doszła bowiem do wniosku, że jeśli już ma zginąć, to z własnej ręki.
Deska rozdzielcza samochodu zastawiona była różnymi pamiątkami, głównie zdjęciami – przymocowanymi taśmą bezbarwną oraz magnesami – znad wodospadu Niagara i innych, zdaniem Beth, równie nudnych miejsc. Sądząc po stanie wyblakłych fotografii, widoczne na nich dzieci – zapewne potomstwo taksówkarza – dawno już dorosły i wyprowadziły się z domu. Napis na licencji głosił, że kierowca nazywa się George Brown. Mężczyzna wzdychał i pochrząkiwał, gdy skrzynia biegów zgrzytała głośno przy każdej zmianie. Beth zastanawiała się, czy kiedykolwiek dojadą do grobli. Pan Brown nie wiedział, że wiezie ją, jej małego pieska, dwie wielkie walizki i marynarski worek, wypchany pamiątkami ze studiów i ckliwymi wpisami pożegnalnymi, do miejsca budzącego gorzko­‑słodkie uczucia i wspomnienia.
– Chce pani pojechać drogą pięćset dwadzieścia sześć czy nowym mostem?
– Jak pan woli.
Powiedziała swojej matce, Susan, że przyjedzie z lotniska taksówką. Nie śpieszyła się nigdzie. Widziała ją niedawno, na uroczystości zakończenia studiów, która odbyła się zaledwie miesiąc wcześniej, więc pragnienie spotkania z matką, tych pierwszych chwil, kiedy spoglądają sobie w oczy, zostało na jakiś czas zaspokojone. Wracała do domu, nim jeszcze zdążyła się za nim stęsknić. Jak wszystkie matki, Susan doprowadzała swoją córkę do granic wytrzymałości, lecz w gruncie rzeczy Beth kochała ją, pomimo wszelkich jej wad, bardziej niż kogokolwiek innego na świecie.
Podobnie jak w wypadku wszystkich matek i córek, łączące ich relacje z natury były bardzo skomplikowane, a ostatnio komplikowały je jeszcze różne drobne ustępstwa. W dodatku stosunki te obarczone były jeszcze ciężarem tragicznej straty. Prawdę mówiąc, Beth miała wrażenie, że strata owa dotknęła w mniejszym stopniu jej matkę niż ją samą. Fakt ten dawał początek niepokojącemu rozdziałowi między nimi. Beth nie wiedziała do końca, dlaczego właściwie czuje się tak bardzo zraniona, czasami jednak uginała się pod ciężarem brzemienia pustki, które przyszło jej dźwigać. Czuła się tak, jakby jej matka odrzuciła swoją część i pozwoliła, by Beth radziła sobie sama. Nie wydawało się to uczciwe ani szlachetne.
Do tego dochodziła jeszcze kwestia oczekiwań, którym Beth nie była nigdy w stanie sprostać. Jako najstarsza dziewczyna w następnym pokoleniu Hamiltonów/Hayesów nie mogła nigdy liczyć na wyrazy uznania za strony starszych. Mogła spodziewać się pewnych oznak zadowolenia z ich strony, ale nie przesadnych pochwał pod swoim adresem. Coś podobnego było niemożliwe.
Jej ciotki i wujowie zawłaszczyli sobie przeszłość i wciąż byli przekonani, że przyszłość również należy do nich. Beth miała odmienne zdanie. Uważała, że mylą się w tak wielu kwestiach, iż czasem się za nich wstydziła, co stanowiło jeszcze jeden powód, dla którego postanowiła zbudować swoje życie gdzie indziej.
Odległość dzieląca college Beth od Wyspy Sullivana pozwalała jej krewnym sycić się zbiorową iluzją idealnej rodziny. Dzięki pobytowi w college’u przez cztery lata nie musiała znosić ich samozadowolenia, za co była głęboko wdzięczna losowi. Gdyby przesiadywała w tym czasie na werandzie lub przy stole, oporządzając z nimi ostrygi, wcześniej czy później wytknęłaby im, że tak naprawdę daleko im do ideału. Z pewnością nie byliby zachwyceni jej uwagami.
Teraz nie miało to znaczenia. Nie zamierzała im pokazywać, że wszystkie ich konserwatywne ideały nie przyniosły bynajmniej rodzinie większej chwały. Zamierzała raczej być dobrą córką, odpowiedzialną siostrzenicą, która przyjechała tu, by posłusznie wypełniać swe obowiązki. Dlaczego? Bo choć śmiertelnie ją nudzili, kochała ich z niezwykłą żarliwością, której prawdopodobnie nie byłaby już w stanie odtworzyć w zmienionych relacjach. Ale tacy właśnie byli Hamiltonowie i Hayesowie, połączeni lojalnością i jakąś niewidzialną siłą.
Beth podejrzewała coś, co wszyscy pozostali już wiedzieli. Ta niewidzialna siła, siła Lowcountry, bogini Island Gamble, już na nią czekała. Dlatego właśnie poddanie się było jedynym rozwiązaniem. Przypuszczała, że każde inne spotkałoby się z jednomyślnym potępieniem, co w końcu i tak zmusiłoby ją do kapitulacji i dalszego uległego uczestnictwa w grze. Witaj ponownie na szachownicy! Zajmij swoje miejsce! Beth stała się pionkiem.
Teraz myślała o tym, że mimo wszystko ciekawa jest, jak minie jej ten rok. Rok to sporo czasu. Zamierzała unikać wszelkich kontrowersji i jakichkolwiek prób porządkowania chaosu.
Beth roześmiała się w duchu, uświadomiwszy sobie, że i tak nie ma żadnego wpływu na rozwój wydarzeń. Nie była aż taka naiwna. Kiwając na nią palcami, ciotka Maggie i jej matka, Susan Hamilton Hayes, zwabiły ją na skraj swej rodzinnej patelni, a ona posłusznie na nią wpełzała, niczym plaster bekonu. Wystarczyła jeszcze chwila, by usmażyły ją według swego widzimisię.