Strona główna / Literatura światowa / Trzy kobiety z Westport

Aktualności

28.06.2022

Spotkanie z Zuzanną Gajewską w Elblągu

W poniedziałek 4 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Biblioteki Elbląskiej (Świętego Ducha 3-7, Elbląg) na spotkanie z Zuzanną Gajewską, autorką książki "Burza".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

26.06.2022

Rozmowa z Beatą Sabałą-Zielińską

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Beatą Sabałą-Zielińską, autorką książki "TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Wyrwana z piekła talibów Marcin Margielewski
  3. Arabska zdrajczyni Tanya Valko

Trzy kobiety z Westport

Cathleen Schine

Wkrótce po wyjeździe Josepha z Betty skontaktował się kuzyn Lou. Kuzyn Lou był eleganckim mężczyzną o różowej twarzy, dla którego być może ukuto określenie „przyjazna dłoń”. Po pierwsze, miał nieproporcjonalnie duże dłonie, wyrastające znienacka z rękawów i stale poklepujące po plecach, dotykające policzków i ściskające mniejsze, bezbronne dłonie wielu ludzi, którymi lubił się otaczać. Lou przyjechał do Stanów Zjednoczonych w 1939 roku jako ośmiolatek ewakuowany z Austrii, mając przy sobie tylko puchową kołdrę i egzemplarz pierwszej części „Winnetou” Karola Maya. Wujostwo Betty zaopiekowali się nim na czas wojny, ale został u nich po jej zakończeniu, ponieważ wszyscy jego bliscy zginęli w obozach. Nigdy nie mówił o stracie rodziny. Jedyną osobą z tamtych czasów, o której wspominał, była niejaka Laura Delano Houghteling.
Pani H., jak ją nazywał, była żoną komisarza Urzędu do spraw Imigracji Jamesa Houghtelinga, gdy ośmioletni uchodźca dotarł na Ellis Island.
– W tym samym roku Kongres dyskutował nad projektem ustawy – powiedział, mówiąc pierwszy raz małym córkom Weissmannów o pani H. – Wiecie, co to jest Kongres?
Przytaknęły, choć miały w pamięci tylko mglisty obraz z plakatu w szkole, przedstawiającego ludzi siedzących w fotelach ustawionych w podkowę.
– I co potem, kuzynie Lou? – spytała Annie, dodając: – Nie martw się – bo mimo że ciągle wydawał przyjęcia, kuzyn Lou zawsze wyglądał na trochę zmartwionego.
– W tym samym roku – ciągnął kuzyn Lou – ktoś pomyślał, że to byłby dobry pomysł wpuścić do Stanów Zjednoczonych dwadzieścia tysięcy małych uchodźców. Dzieci takich jak ja. Wiecie, że kiedy byłem mały, przypłynąłem tu na statku?
Annie znów skinęła głową. Wiedziała o drugiej wojnie światowej. Wiedziała o Holokauście. Widziała przerażający film dokumentalny na Kanale 13.
Miranda zaczęła się kołysać na piętach.
– Dwadzieścia tysięcy! To mnóstwo dzieci, nie? No więc ci, którzy wpadli na ten pomysł, zapytali Kongres, który zajmuje się takimi rzeczami. Ale Kongres powiedział: nie, nie chcemy tych dwudziestu tysięcy dzieci. Co mielibyśmy zrobić z dwudziestoma tysiącami dzieci? Mamy swoje dzieci!
W tym momencie Annie wzięła Mirandę za rękę. A jeżeli Miranda też słyszała o Holokauście? Może dlatego tak się kołysze?
– Swoje dzieci – powtórzyła Annie, starając się go ponaglić.
– Nigdy nie spotkałem pani H., ale mam wrażenie, jakbyśmy byli starymi znajomymi. Pewnego razu pani H. była na jakimś przyjęciu i powiedziała, że kłopot z ustawą Wagnera-Rogersa, tak się nazywał ten projekt, kłopot z przyjęciem dwudziestu tysięcy dzieci polega na tym, że bardzo szybko wyrosną na dwadzieścia tysięcy paskudnych dorosłych!
Miranda zaczęła szlochać, ale nie dlatego, że wiedziała o Holokauście, jak obawiała się Annie, tylko na myśl o tylu paskudnych ludziach. Potem przez tydzień dręczyły ją koszmary, ale nikt nie miał tego za złe kuzynowi Lou. Nie można było mieć niczego za złe kuzynowi Lou. Z czasem opowieść o pani H. stała się dla dziewczynek niecierpliwie oczekiwanym rytuałem, ilekroć odwiedzały kuzyna Lou albo on odwiedzał ich dom.
Podczas następnych rozmów Lou milkł na moment, mrużył oczy i zaciskał usta, jak gdyby głęboko się zamyślił.
– Pani Houghteling – mówił nagle, wymawiając „h” i „gh” jak twarde, gardłowe „ch” w jidysz, jakby próbował wykrztusić połknięty włos. Dopiero po latach Annie i Miranda dowiedziały się, że nazwisko poprawnie wymawia się „heftling”.
– Pani Chechtling – wtórowały mu dziewczynki, czując jak to paskudne nazwisko paskudnej osoby cudownie wibruje im w gardłach. Potem kuzyn Lou wzruszał ramionami i mówił:
– Musiałem być ślicznym maleństwem.
A Miranda i Annie zawsze odpowiadały jak przejęte uczestniczki nabożeństwa:
– Wystarczy na ciebie popatrzeć!*
Słyszały opowieść tyle razy, że w rodzinie Weissmannów zaczęto używać słowa „chechtlić” na określenie snobistycznego zachowania.
– Przestań chechtlić, nadęta ważniaczko – mówiła Miranda, widząc, jak Annie kręci nosem, gdy Miranda usiłowała nosić się w jakimś dziwacznym młodzieżowym stylu.
– Jesteś po prostu samolubną burżuazyjną chechtlerką – mówiła Annie, kiedy Miranda kpiła z jej krótkiego okresu maoistowskiego w ósmej klasie.
Kuzyn Lou, który nalegał, by wszyscy nazywali go kuzynem Lou, był człowiekiem niezbyt subtelnym, ale szczerym. Zarobił mnóstwo pieniędzy jako deweloper, lecz odnosiło się wrażenie, że w rzeczywistości zajmuje się głównie cateringiem na organizowanych przez siebie tłumnych przyjęciach. Szczerze oddany swojej przybranej amerykańskiej rodzinie, z biegiem lat zaczął traktować pojęcie rodziny nadzwyczaj szeroko, do tego stopnia, że nie mógł już zaprosić do siebie wszystkich krewnych za jednym razem, a nawet za dwoma.
– Jesteście dla mnie jak rodzina! – wykrzykiwał, biorąc w objęcia przyjaciół, znajomych, ich znajomych, którzy dostali się na przyjęcie bez zaproszenia, przeróżnych powinowatych i zbłąkane dzieci z dzielnicy. Jak wielu imigrantów, był patriotą i rozumiał, że ogromna życzliwość i żywiołowa aktywność towarzyska należy do jego patriotycznych obowiązków.
Początkowo starał się rozwiązać problem nadmiaru biesiadników, budując sobie większe domy. Mieszkał obecnie w obszernej przeszklonej budowli na stromym wzgórzu nad cieśniną Long Island. Ale nawet tam miał za mało miejsca na gości ze swojej długiej listy. Znajomi, którzy byli „jak rodzina”, mnożyli się niczym muszki owocówki i Lou w końcu zaczął ich podejmować w turach, rój po roju.
Betty gościła u niego między innymi z podniosłej okazji Święta Pracy. Kiedy w tym roku Lou zadzwonił, aby jak zwykle zaprosić ją oraz Joego i dziewczyny na przyjęcie w Westport, Betty powiedziała: – Och, jaka szkoda. Joseph na pewno z radością by cię odwiedził, ale właśnie się ze mną rozwodzi. Może w przyszłym roku. – I odłożyła słuchawkę.
Takie zdumiewające wyskoki i sarkastyczne uwagi, zupełnie niepodobne do zazwyczaj pogodnej i prostolinijnej matki, doprowadzały Annie i Mirandę do rozpaczy, a także, co przyznawały w chwilach szczerości, budziły w nich złość nie tylko na Josiego, ale również na Betty.
– Oszalała – zawyrokowała Annie, gdy Lou zadzwonił do niej, by zapytać, co się dzieje. – Doprowadził ją do obłędu. Nie można jej nic powiedzieć. W ogóle nie chce słuchać. Całymi wieczorami ogląda czarno-białe filmy, a potem cały dzień je cytuje. Jest jak sparaliżowana, jest bez grosza, siedzi przy telefonie i czeka, aż on zadzwoni. Zawsze odbiera po pierwszym dzwonku. Zauważyłeś? Może też być pijana. Moja matka! Pijana! Była pijana? Boże, mam nadzieję, że nie. Była?
– Hm, niech się zastanowię…
– …i trzeba ją było zmusić, żeby wzięła adwokata, nie zamierzała nawet brać adwokata! Nie stać jej na płacenie rachunków. Ten drań w jakiś sposób odciął ją od pieniędzy i twierdzi, że nic się nie da zrobić, dopóki nie opuści mieszkania i…
Kuzyn Lou zrozumiał już jednak sytuację Betty i w jego oczach to była sytuacja uchodźcy. Uchodźcy nigdy nie odmawiał pomocy. W ciągu kilku minut zadzwonił do Betty i zaprosił ją do Westport, aby zamieszkała w należącym do niego domku na Compo Beach tak długo, jak będzie sobie życzyła.
Betty znała wielką wartość jego nieruchomości, stojącej na jednej z uliczek wśród podobnych budynków, które niegdyś były niewielkimi domkami przy plaży. Małe, ściśnięte jedna obok drugiej chatki z mikroskopijnymi ogródkami, bez garaży, nie były zbyt modne w czasach szczytu popularności domów na przedmieściach i wielkich, imponujących zielenią trawników, gdy Betty i Joseph krótko mieszkali w miasteczku. Wówczas wynajmowali je nauczyciele. Albo rozwódki z dziećmi czy wdowy przeżywające trudny okres. Tak jak ja, pomyślała Betty. Pod koniec lat osiemdziesiątych wszystko się zmieniło – domki błyskawicznie rozchwytano i zaczęto z zapałem remontować. Dziś tworzyły skupisko nieskromnie i uroczo zaprojektowanych „domów letniskowych” – Annie nazywała je McDomkami. Bungalow Lou jako jedyny ocalał z dawnych czasów. Kuzyn przez wiele lat wynajmował go pewnej kobiecie i jej synowi – „Są jak rodzina!”. Syn jednak dorósł i wyprowadził się, a starsza pani zmarła.
– Nie chcesz go upiększyć? – zapytała Betty, używając eufemizmu, którego używał kuzyn Lou, mówiąc o rozbiórce.
– Będzie jeszcze czas na upiększanie – zapewnił ją.
– Żeby upiększyć dom, wystarczy twoja obecność.
Betty usiłowała przypomnieć sobie domek Lou. Pamiętała chłopca, który huśtał się na huśtawce sznurkowej. Zawieszonej na kwitnącej jabłoni. A może widziała to w jakimś filmie? Nieważne. Na pewno miejsce było urocze; przecież to domek nad morzem. „Domek nad morzem”. Urocza nazwa. Wyobraziła sobie tapetę w róże. Będzie chodzić na długie samotne spacery brzegiem morza. Właściwie nie morza, tylko cieśniny Long Island, mimo to na pewno spędzi tam wiele szarych, wietrznych dni. Spojrzała przez okno na nocny pejzaż, który znała od tak dawna. Park tonął w głębokim mroku, tu i ówdzie ciemność rozjaśniała żółta plama latarni, w oddali mignęły tylne światła taksówki, by zaraz zniknąć. Czy Joseph naprawdę chciał, żeby porzuciła swoje dotychczasowe życie, tak jak on ją porzucił? W takim razie… co miała do stracenia? Nic jej już nie zostało.
– Jesteś bardzo hojny – powiedziała. Zagłuszyła nieprzyjemne echo słów Josepha: będę bardzo hojny… bardzo hojny… – Dziękuję, kuzynie Lou. Co ja bym bez ciebie zrobiła?
– Ha! – wykrzyknął kuzyn Lou. – Powinniśmy chyba spytać o to panią Houghteling! – Zachichotał i zanim odłożył słuchawkę, jeszcze kilka razy wspomniał jej nazwisko.
Tak więc wbrew radzie adwokata, którego wynajęcia domagała się Annie, i na przekór przekonaniom żony byłego komisarza Urzędu do spraw Imigracji, Betty Weissmann postanowiła zostać uchodźcą i wyemigrować do Domku Houghteling, jak kuzyn Lou właśnie nazwał swoją posesję.


* Fragment piosenki „You Must Have Been a Beautiful Baby” Harry’ego Warrena i Johnny’ego Mercera, wykonywanej m.in. przez Binga Crosby’ego