Strona główna / Literatura polska / Disneyland

Aktualności

24.01.2022

Barbara Krafftówna nie żyje

Z wielkim smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Barbary Krafftówny, prawdziwej mistrzyni teatru, piosenki i kabaretu. Niezapomnianej aktorki legendarnego Kabaretu Starszych Panów.

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

24.01.2022

Rozmowa z Rachelą Berkowską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Rachelą Berkowską, autorką ksiązki "Życie za szczyt. Polacy w Himalajach i Karakorum".

Bestsellery

TOP 20

  1. Chąśba Katarzyna Puzyńska
  2. TOPR 2. Nie każdy wróci Beata Sabała-Zielińska
  3. Arabska kochanka Tanya Valko

Disneyland

Stanisław Dygat

ROZDZIAŁ IX

Od tej nocy, kiedy to Agnieszka przyszła do mnie z balu w klubie, minęło dwa dni, a ona nie dała żadnego znaku życia. Nie potrafiłem tego zrozumieć. Przecież po prostu wypadało jakoś się mną zainteresować. Dziewczyny uważają, że mężczyźni mają wobec nich zobowiązania, jeżeli choćby przespacerują się z nimi chwilę po Plantach. Same nie poczuwają się do żadnych zobowiązań. Zresztą to zagadnienie rozpatrywałem z punktu widzenia obyczajów i form towarzyskich wyłącznie dla pogłębienia żalu i złagodzenia tęsknoty za Agnieszką. Znów byłem pewien, że to jest właśnie taka miłość, którą stara się znaleźć każdy człowiek, że Agnieszka jest istotą przeznaczoną mi przez Los i Boga, jeżeli coś takiego jak Los i Bóg istnieje, w co ja osobiście na ogół wątpię. Chodziłem po Krakowie smętny i zadumany, niezdolny do pracy i wysiłku. Pogoda była okropna. Chmurno, brudny, lepki śnieg zawalał jezdnie i trotuary. Właściwie nie było wcale dnia. Trwała nieustanna noc, przerywana na krótko ponurym zmrokiem. Mogłem oczywiście znaleźć Agnieszkę przez doktora Plucińskiego albo dowiedzieć się o nią na akademii, albo przez Prezydenta. Ale nie zamierzałem tego robić. Jeżeli ona mnie nie chce, po cóż mam jej szukać? Nigdy nie umiałem zdobywać kobiet. Wydawało mi się to niemądre i upokarzające. Większość kobiet chce, żeby je zdobywać, i wyrabia w związku z tym różne idiotyzmy, doprowadzając często mężczyzn do irytacji i zniechęcenia. Lubią to tylko profesjonalni kolekcjonerzy, nałogowi szulerzy miłości, którzy stawiają sobie za punkt honoru doprowadzić niefortunne kokietki od manifestacyjnej obojętności do skrytego natręctwa. Ale normalni mężczyźni nie mają czasu ani głowy na takie rzeczy. Co do mnie, mogłem wyjść kobiecie naprzeciw tylko w tym wypadku, kiedy była ona gotowa spotkać się ze mną w połowie drogi. W żadne głupstwa bawić się nie miałem czasu. Zauważyłem, że ci zawodowi uwodziciele, amatorzy zdobywania twierdz rzekomo nie do zdobycia, prędzej czy później popadają w nieprzyjemne afery. Już to jako wyzyskujący, już to jako poszkodowani. To wszystko oczywiście nie miało i nie mogło mieć żadnego związku z Agnieszką. Ale właśnie dlatego, że nie miało z nią związku, musiałem się decydować na to, by uniknąć wobec niej natręctwa i nie szukać jej, jeżeli nie miała ochoty widzieć się ze mną. Należało sądzić, że przyszła do mnie pod wpływem nastroju i wypitego alkoholu. Kiedy potem zdała sobie z tego sprawę, ogarnął ją wstyd i niesmak. Jeżeli czegoś jeszcze w związku ze mną prag­nęła, to tego tylko, aby więcej mnie nie spotkać. Trudno było tłumaczyć sobie inaczej jej postępowanie. A tak to sobie tłumacząc, trudno mi było szukać jej czy szukać przypadkowego z nią spotkania. Męczyłem się, ponieważ wszystko razem to nie była taka zwykła sprawa. Gdybyż chodziło tylko o Agnieszkę! No cóż! Spotkałem przypadkowo dziewczynę, na którą w pierwszej chwili nie zwróciłem specjalnie uwagi, która potem wydała mi się miła, a wreszcie tak bardzo miła, że chciałbym z nią zostać na dłużej, jeżeli nie na zawsze. Ale okazało się, że ta dziewczyna wcale mnie nie chce. Trudno. Pocierpiałbym jakiś czas, cierpiąc konwencjonalnie, jak cierpią wszyscy inni zawiedzeni kochankowie. Potem skończyłoby się i cierpienie. Ale w to wszystko wplątana była Jowita. Jowita, o której nie przestałem myśleć ani na moment, od chwili kiedy ją spotkałem. Mimo że starałem się oszukiwać siebie, Jowita, która była dostatecznie nierzeczywista, abym myśląc o niej, mógł kochać inne kobiety, i dostatecznie sprawdzalna we wspomnieniach, abym mógł ją sobie wyobrażać jako ideał żywy, istniejący. Myślałem o niej poprzez wszystko, co działo się dokoła. Jak świętobliwy mnich myśli o Bogu i wiecznym życiu w czasie swoich codziennych zajęć, nie wyłączając zajęć tak wyjątkowych i dorywczych jak skryte swawole. Myślałem o niej, kochając Agnieszkę i kochając Helenę, myślałem, siedząc w wannie, kąpiąc się przed koncertem i bojąc się, że się spóźnię, bo było cholernie późno i szykowała się nieludzka awantura, ale nie chciało mi się wyjść z wody.
Męczyłem się. Następnej nocy, po tym jak przyszła do mnie Agnieszka, nie spałem lub prawie nie spałem. Rozmyślając nad tym wszystkim, doszedłem do pewnego i niczym niedającego się odeprzeć wniosku: Agnieszka to Jowita. Myślałem o Agnieszce, kiedy wróciłem ze spaceru, na którym przeprowadziłem z nią tę jednostronną rozmowę. Położyłem się, a potem zaczęły mi się zwidywać różne rzeczy, które zwidują się przed zaśnięciem. Spośród nich wyłoniła się Jowita. Podeszła do mojego łóżka, pochyliła się nade mną i zdjęła ze swej twarzy zasłonę. Zobaczyłem twarz Agnieszki. Ale przecież nie dlatego doszedłem do przekonania, że Agnieszka to Jowita. Zdawałem sobie sprawę, że zaczynam raz za razem robić rzeczy, które mogłyby stawiać pod poważnym znakiem zapytania mój rozsądek. Nie byłem jednak jeszcze aż tak głupi, żebym opinię o zjawiskach formował sobie podług półsennych widziadeł. Widziadło skłoniło mnie tylko do zastanowienia się, kim była Agnieszka i kim była Jowita. Jakkolwiek bym próbował o tym myśleć, jakkolwiek bym próbował porównywać ze sobą i kojarzyć fakty, wypadało mi jak w drobiazgowo i kilkakrotnie sprawdzanym rachunku: Agnieszka jest Jowitą. Wszystko na to wskazywało. Wszystko oprócz może niejasnej sprawy z Miką, która jednak na pewno wyjaśni się w prosty sposób. O ile do wyjaśnienia dojdzie. Bo Agnieszka znikła. A znikła tak samo, jak znikła Jowita po balu. Cała ta sprawa była dla Agnieszki-Jowity figlem, który posunął się za daleko i który uważała za właściwe przerwać. Więc cierpiałem i nie było to przeciętne, konwencjonalne cierpienie. Cierpiałem z powodu dwu dziewczyn, a nie jednej. Jakkolwiek bowiem byłem przekonany, że Agnieszka i Jowita są jedną i tą samą osobą, to przecież jakoś je w myślach rozdzielałem. Trudno doprawdy sprawę tę należycie wyjaśnić. Sam dobrze jej nie rozumiałem, choć była dla mnie oczywista. Myślę, że najprościej będzie porównać ją do tajemnicy Trójcy Świętej.
Minęły więc dwa dni od tego głupiego balu w klubie i od pięknej nocy spędzonej z Agnieszką. Rankiem trzeciego dnia postanowiłem otrząsnąć się z tego. Człowiek miewa czasem takie stanowcze postanowienia. Czuje w sobie napływ energii, złość przeciw wszystkiemu, co mu przeszkadza żyć, wolę, by to wszystko usunąć ze swej drogi. Taki stan wewnętrznego wysiłku trwa na ogół krótko. Przypomina stan przywidzeń wywołany działaniem alkoholu. Człowiek postanawia nagle zostać harcerzem albo górnikiem, uciec do puszczy i prowadzić życie ludzi pierwotnych czy też przestać myśleć o sobie i poświęcić się wyłącznie rodzinie. Wydaje mu się zupełnie naturalne, że tego chce. Najzupełniej oczywiste, że to zrealizuje, a kiedy alkohol przestaje działać i zaczyna się ból głowy, nie myśli już o niczym innym jak o środkach likwidujących kaca. Co do mnie, nigdy nie robiłem postanowień pod działaniem alkoholu. Gdy je natomiast uczyniłem w stanie trzeźwym, nic nie mogło mnie skłonić do wycofania się. Miałem wolę i upór, które niejednokrotnie doprowadzały mnie do przesady. Zdarzało się na przykład, że z nudów zaczynałem rozwiązywać krzyżówkę. Potem, choć mi się już nie chciało, rozwiązywałem ją do końca, irytując się i tracąc daremnie mnóstwo czasu. Więc kiedy postanowiłem otrząsnąć się z tych wszystkich spraw związanych z Agnieszką, to było serio. Nie żeby kusić i prowokować los we wręcz przeciwnym kierunku. Robią tak często ludzie nawet zupełnie poważni. Rano poszedłem do naszej spółdzielni. Tam wykazałem taką żywotność i energię, że doprowadziłem pracownię do stanu kompletnego zamieszania. Rzeczy nagłe i niespodziewane, choćby reprezentowały najpozytywniejsze elementy, działają na ogół destrukcyjnie. Ludzie przyzwyczajają się do tego, jak jest, i zmiany na lepsze wprowadzają ich w takie samo zakłopotanie jak zmiany na gorsze. Staram się strzec przed uogólnianiem. Więc i w tym wypadku nie twierdzę, że tak jest zawsze i wszędzie. Ale na pewno często tak bywa. A już na pewno tak było wtedy u nas w pracowni. Być może zresztą nie świadczy to specjalnie dodatnio o uznaniu, jakim cieszy się tam moja inwencja twórcza. W każdym razie przez jakieś dziesięć dni, to znaczy od spotkania z Jowitą na balu Akademii Sztuk Pięknych, nie robiłem nic albo prawie nic. Teraz z niesłychanym zapałem objawiałem wolę nadrobienia straconego czasu. Skrytykowałem wszystko, co zostało zrobione w czasie mojej nieobecności. Wysunąłem nowe własne koncepcje. Poddałem ogólnej krytyce organizację pracy w naszej spółdzielni. Koledzy patrzyli na mnie i nic nie mówili. Pierwszy odezwał się Michał Podgórski.
– Wiesz co, Marek? – powiedział. – Jeżeli się już dostatecznie wygadałeś, to weź ołówek, siądź do rajz­bretu i odwal ten kawałek roboty, na który czekamy z niecierpliwością i wytęsknieniem od paru dni.
Zrobiło mi się wstyd. Powiedziałem już tylko, żeby coś powiedzieć:
– Jak sobie chcecie. Kiedy się przekonacie, że moje uwagi były słuszne, będzie za późno. Proszę was o jedno: nie przychodźcie do mnie kajać się i mówić, że trzeba mnie było słuchać.
– Przysięgamy – zawołał Michał. – Przysięgamy i możesz być pewien, że przysięgi dotrzymamy.
Wszyscy się roześmieli i ja też się roześmiałem. Co miałem robić? Zabrałem się zaraz do roboty. Oczywiście wygłupiłem się. W naszej spółdzielni byłem od odwalania roboty technicznej. Robiłem to dobrze. Ale w sprawach bardziej zasadniczych niewiele miałem do powiedzenia. I nie miałem w tym kierunku ambicji. Od tego był Michał Podgórski. Michał Podgórski wybijał się. Coraz głośniej było o nim w Polsce. Był utalentowany. Wygrywał dużo konkursów. Przy każdym konkursie brał mnie do współpracy. Umiałem być wdzięczny. Michał był typową łamagą. Zaprzyjaźniliśmy się na wydziale w czasie studiów. Wiele mu pomogłem. Należy raczej powiedzieć, że wtedy był łamagą. Potem już chyba nie. Przestał nim być dzięki mnie. Nie chodziło o to, że zmusiłem go do treningów. Nawet zupełnie nieźle rzucał oszczepem. Ważniejsze, że nauczyłem go patrzeć na świat oczami mężczyzny i zachowywać się jak mężczyzna. Chybaby przepadł beze mnie. Miał niełatwe życie. Jego ojciec był sanacyjnym oficerem, a co gorsza, wygłupiał się na emigracji. Wtedy kiedy studiowaliśmy, panował jeszcze obyczaj, że odpowiadało się za grzechy ojców. Michał miał ciąg­łe nieporozumienia z ZMP, chociaż nic go z ojcem nie łączyło. Poza tym, że nim gardził. Miał do tego prawo. Ten ojciec, odkąd uciekł za granicę, przestał się interesować nim i jego matką, których zostawił. Jednym słowem, z powodu ojca, który był wobec Michała skończoną świnią, chciano go wyrzucić z wydziału. Stanąłem na zebraniu w jego obronie. Ja, który z białym orłem na piersiach reprezentowałem mój kraj i reprezentowałem go nieźle. To głupio brzmiało i wstydziłem się tak mówić. Ale musiałem. Odniosło skutek. Akurat parę dni przedtem był mecz z Węgrami, na którym skosiłem efektownie „bratanków”. Więc odczepili się od Michała. Podobało mi się, że po tym zebraniu nic nie powiedział. Podszedł do mnie i podał mi rękę. Tak jak podaje się rękę partnerowi po walce. Nie mazał się ani nie rozczulał. Pomog­łem mu też trochę materialnie. W tym czasie konkurowaliśmy z ojcem w wyprzedawaniu różnych rodzinnych precjozów i pamiątek. On na wódkę, ja na studia. Dostawałem też „kadrowe” z PZLA. Michał wszystko zapisywał i oddał mi co do grosza, kiedy zaczął zarabiać. Był moim prawdziwym przyjacielem. Właściwie mało miałem przyjaciół. Któż? Księżak, Szymaniak, kiedy jeszcze żył. Dorota, do pewnego stopnia Artur Wdowiński. Jego nazwałbym raczej kumplem niż przyjacielem. Z nich wszystkich jednak przyjacielem najbardziej serio był Michał. Chociaż poza pracownią widywaliśmy się rzadko. On był bez przerwy zajęty i na głupstwa nie miał czasu. A ja miałem. Trzeba to przyznać. Imponował mi. Miał to wszystko, czego mnie brakowało. Był inteligentny taką inteligencją czytelnika mądrych książek. Moja inteligencja była najwyżej inteligencją naiwnego rezonera. Zdawałem sobie z tego sprawę. Czasem mówiłem zupełnie do rzeczy. Aż sam się dziwiłem, skąd mi się to bierze. A znowu czasem plotłem głupstwa. Jak na przykład wtedy w pracowni. Michał znał się na sztuce. Znał się na różnych subtelnościach życia, które ja ledwie mogłem wyczuwać. Michał był człowiekiem dużej klasy. Z tych, którzy w zasadzie działali mi na nerwy i którymi zachwycała się Agnieszka. Ale akurat on mimo to nie działał mi na nerwy. Podziwiałem go. W wielu sprawach stanowił dla mnie najwyższy autorytet. Był zresztą jedynym z moich przyjaciół, którego uznawała Agnieszka. On odnosił się do niej też ze szczególną uwagą. Kiedy byli we dwoje, to na dobrą sprawę trochę działali mi na nerwy. Rozmowy, które prowadzili, brzmiały trochę sztucznie. Odnosiłem wrażenie, że Michał usiłował raczej przez kurtuazję dostosować się do wysokooktanowego poziomu, który dyktowała Agnieszka. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że wtedy na balu, wtedy u mnie i potem trochę jeszcze potrafiła być tak świetną, prostą dziewczyną. A nagle zmieniła się w pretensjonalną czytelniczkę prasy literackiej, zasadniczą dyskutantkę spraw wymyślonych i nikomu do niczego niepotrzebnych. (…)