Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Obietnica śmierci

Aktualności

24.11.2020

Spotkanie online z Katarzyną Puzyńską

We wotrek 24 listopada o godz. 18:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Katarzyną Puzyńską, autorką książki "Śreżoga".

Wywiady

10.09.2020

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

17.11.2020

Tomasz Białkowski gościem Afera Kryminalna

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Tomaszem Białkowskim, autorem książki "Spica".

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska wendeta Tanya Valko
  2. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  3. Apteka pod Złotym Moździerzem. Obca Lucyna Olejniczak

Fotogaleria

więcej »

Obietnica śmierci

J.D. Robb

Rozdział 1


Eve wyszła spod prysznica. Kiedy osuszało ją ciepłe powietrze, zamknęła oczy, rozkoszując się porankiem. Miała za sobą osiem godzin zdrowego snu, obudziła się wystarczająco wcześnie, by zafundować sobie coś, co uważała za hydroterapię.
Trzydzieści okrążeń basenu, krótki masaż wodny, a potem dwudziestominutowy, gorący prysznic. Fantastyczny sposób rozpoczęcia dnia.
Wczorajszy dzień był owocny, wystarczyły jej dwie godziny na zamknięcie śledztwa. Jeśli facet zamierza zabić swojego najlepszego przyjaciela, próbując upozorować bandycki napad, naprawdę nie powinien dać się złapać z należącym do denata zegarkiem na rękę, opatrzonym inskrypcją.
Zeznawała w sądzie w poprzedniej sprawie, a tupet, teatralne pozy i perory obrońcy w najmniejszy sposób nie wpłynęły na spójność jej zeznań.
Zwieńczeniem dnia była kolacja z mężem w domowym zaciszu i obejrzenie filmu na wideo. A potem pierwszorzędny seks i osiem godzin nieprzerwanego snu.
W tej chwili uważała, że życie wcale nie jest takie złe.
Niemal nucąc pod nosem, złapała szlafrok, wiszący na drzwiach, po czym zmarszczyła czoło i przyjrzała mu się uważnie. Był krótki, z jedwabiu barwy dojrzałych wiśni.
Nie miała cienia wątpliwości, że widzi go pierwszy raz w życiu.
Wzruszyła ramionami, włożyła go i przeszła do sypialni.
Istnieją sposoby, by dobry poranek uczynić jeszcze lepszym, pomyślała. Ten był niezawodny: widok Roarke’a, popijającego kawę i przeglądającego na monitorze poranne doniesienia giełdowe.
Spojrzała na jego ręce, którymi ostatniej nocy wyczyniał prawdziwe cuda. Teraz w jednej trzymał kubek z kawą, a drugą machinalnie głaskał ich spasionego kocura. Galahad zmrużył oczy, każde innego koloru, wyraźnie wprawiony w błogi nastrój. Eve mogłaby coś niecoś powiedzieć na ten temat.
Te ślicznie wykrojone usta przewróciły jej życie do góry nogami, sprawiały, że aż krzyczała z rozkoszy, a potem leżała omdlała, zaspokojona.
Byli już prawie dwa lata po ślubie, a temperatura ich uczuć nic a nic nie opadła. Świadczyło o tym choćby to, że serce szybciej jej zabiło, gdy Roarke odwrócił głowę i spojrzał na nią tymi swoimi niebieskimi oczami.
Czy on też to czuł? – intrygowało ją. Czy możliwe, żeby to czuł za każdym razem? Cały czas?
Uśmiechnął się, twarz mu się rozpromieniła. Pomyślała sobie, że bogowie muszą płakać ze szczęścia widząc, jak wspaniale się im układa.
Wstał – wysoki i szczupły – i podszedł do niej. Musnął palcami jej szyję, a po chwili jego usta odnalazły jej usta i sprawiły, że ten lepszy ranek stał się wprost niezrównany.
– Kawy? – zapytał.
– Tak, poproszę. – Była doświadczoną policjantką, szefową wydziału zabójstw, uważała się za bezwzględną, a poczuła nagle, że ma kolana jak z waty. – Myślę, że powinniśmy wziąć kilka dni wolnego. – Zaprogramował autokucharza na kawę i (o ile znała swojego faceta) śniadanie, które chciał, żeby zjadła. – Może w lipcu. Na naszą rocznicę. Pod warunkiem, że uda ci się wygospodarować nieco czasu między sprawowaniem kontroli nad światem a nabywaniem kolejnych planet.
– Zabawne, że o tym napomknęłaś.
Postawił na stole kawę, a potem dwa talerze. Zdaje się, że dziś rano były w jadłospisie jajka na bekonie. Galahad drgnął i otworzył oczy. Roarke tylko wycelował w niego palec i powiedział stanowczo „nie”. Kot z powrotem klapnął na kanapę.
– Myślałem o kilku tygodniach.
– Słucham? Mielibyśmy wyjechać na kilka tygodni? Nie mogę...
– Tak, tak, w lipcu 2060 roku spadną na miasto przestępstwa, zetrą je z powierzchni ziemi i przemienią w płonące zgliszcza, jeśli w Nowym Jorku zabraknie porucznik Dallas, by służyć i chronić. – W jego głosie pobrzmiewały irlandzkie nuty. Podniósł bezwładnego kota i postawił go na podłodze, żeby zrobić na kanapie miejsce dla Eve.
– Być może – mruknęła. – Poza tym nie wyobrażam sobie, byś mógł wyjechać na kilka tygodni, skoro zarządzasz dziewięćdziesięcioma procentami firm w znanym wszechświecie.
– Nie więcej niż pięćdziesięcioma. – Podniósł swój kubek z kawą i zaczekał, aż Eve weźmie swój. – Tak czy owak, jaki byłby sens posiadania tego wszystkiego i ciebie, najdroższa Eve, gdybym nie mógł spędzać czasu z tobą, nie zaprzątając sobie głowy pracą?
– Chyba mogłabym się wyrwać na tydzień.
– Myślałem o czterech.
– O czterech tygodniach? To prawie miesiąc.
Spojrzał na nią roześmianymi oczami znad kubka.
– Naprawdę? Chyba masz rację.
– Nie mogę wziąć miesiąca urlopu. Miesiąc to... Miesiąc.
– W przeciwieństwie do czego? Kurczaka?
– Cha, cha. Słuchaj, może udałoby mi się wyrwać na dziesięć dni, ale...
– Trzy tygodnie.
Eve zmarszczyła czoło.
– W tym roku musieliśmy zrezygnować z dwóch wyjazdów weekendowych. Raz przez twoją pracę, raz przez moją. Trzy tygodnie.
– Nie mogę wziąć więcej niż dwa.
– Dwa i pół. Krakowskim targiem. – Wręczył jej widelec.
Eve spojrzała na widelec, marszcząc brwi.
– Zawsze wyjeżdżałeś na dwa i pół tygodnia.
Roarke z uśmiechem ujął jej dłoń i ją pocałował.
– Nie pozwól, żeby jajka wystygły.
Wyciskała zeznania z zatwardziałych zabójców, wymuszała informacje od oślizłych gnid, ale nigdy nie udało jej się do końca postawić na swoim podczas negocjacji z Roarkiem.
– Dokąd się wybierzemy na te dwa i pół tygodnia?
– A dokąd chciałabyś pojechać?
Teraz ona się uśmiechnęła. Czy warto postawić do końca na swoim?
– Zastanowię się.
Zjadła, ubrała się, zadowolona, że zostawiła sobie dość czasu, żeby się nie spieszyć. Kiedy przypinała broń, rozważała, czy nie zażyczyć sobie jeszcze jednej kawy przed wyjściem do pracy.
Zabrzęczał jej komunikator. Eve wyciągnęła go z kieszeni i widząc na wyświetlaczu „Dyspozytor”, natychmiast przybrała służbową postawę.
Roarke wielokrotnie był tego świadkiem. Ale zawsze go fascynowało, jak te bursztynowe oczy w jednej chwili zmieniały się z beztroskich, nawet roześmianych, w beznamiętne i poważne. Wysoka, szczupła, długonoga wyprostowała się i napięła wszystkie mięśnie, stojąc w lekkim rozkroku. Z jej twarzy nie można było nic wyczytać. Usta, przed chwilą rozciągnięte w uśmiechu, teraz zacisnęła.
– Dallas.
– Dyspozytor do porucznik Eve Dallas. Spotkać się z funkcjonariuszami na ulicy Zachodniej Dwudziestej Trzeciej numer 525. W piwnicy budynku mieszkalnego znaleziono zwłoki kobiety. Istnieje podejrzenie zabójstwa.
– Potwierdzam przyjęcie zgłoszenia. Już tam jadę. Skontaktować się z detektyw Delią Peabody. Spotkam się z nią na miejscu wydarzenia.
– Cóż, dobrze, że zjadłaś śniadanie – zauważył Roarke, kiedy Eve wsunęła komunikator do kieszeni. Przesunął lekko palcem po płytkim dołeczku w jej brodzie.
– Taak. Nie wypiję tej ostatniej filiżanki kawy. Ale cóż, tamta kobieta z Zachodniej Dwudziestej Trzeciej już nigdy nie napije się kawy.
Miasto było zakorkowane. Wiosna, pomyślała Eve, przebijając się przez ulice, pora żonkili i świeżej fali turystów. Jakoś dotarła do Siódmej Alei, gdzie na odcinku dziesięciu kwartałów samochody jechały płynnie. Opuściła szyby w oknach, by wpuścić do środka powietrze przesycone zapachem Nowego Jorku. Wiatr rozwiewał jej brązowe, krótko obcięte włosy.
Od wózków gastronomicznych dolatywał zapach kanapek z jajkami i lurowatej kawy, kamienny pył wzbił się w powietrze, kiedy ekipa remontowa zaatakowała spory fragment chodnika podnośnikami pneumatycznymi. Ich warkot, symfonia klaksonów, gdy auta utknęły w kolejnym korku, tupot nóg, kiedy przechodnie ruszyli ławą na przejście dla pieszych, składały się na muzykę miasta, którą doskonale rozumiała.
Przyglądała się ulicznym sprzedawcom, niekoniecznie mającym zezwolenia na handel, jak rozkładają swoje stoliki w nadziei, że uda im się przyciągnąć dojeżdżających do pracy lub turystów, którzy wstali wcześnie i rozglądali się teraz, gdzie by tu zjeść jakieś śniadanie. Baseballówki i bawełniane koszulki zajęły miejsce grubych, zimowych szalików i rękawiczek. Na ulicznych straganach eksponowano skrzynki z owocami lub kwiaty, barwne kompozycje stanowiły strawę dla ciała i duszy.
Transwestyta mający co najmniej dwa metry wzrostu szedł niepewnie w niebieskich szpilkach. Odrzucił do tyłu kaskadę złotych włosów i przystanął przy straganie delikatnie sprawdzając, czy melon jest już dojrzały. Stojąc na światłach, Eve przyglądała się drobniutkiej staruszce, dobrze po setce, która podjechała do niego na hulajnodze z siodełkiem. Transwestyta i stulatka wdali się w przyjazną pogawędkę, wybierając owoce.
Trzeba kochać Nowy Jork, pomyślała Eve, kiedy zmieniły się światła. Albo trzymać się z dala od niego.
Wolno sunęła w kierunku Chelsea, idealnie zestrojona z miastem.
Przed budynkiem numer 525 zaparkowała w drugim rzędzie, podświetliła napis „Na służbie”, nie zwracając najmniejszej uwagi na przekleństwa i obraźliwe gesty kierowane pod jej adresem przez nowojorczyków. Życie i śmierć w mieście, pomyślała, rzadko przebiegają gładko.
Przyczepiła odznakę do kurtki, wyciągnęła z bagażnika podręczny zestaw i podeszła do mundurowego, stojącego w głównym wejściu.
– Co tu mamy?
– Trupa w piwnicy. Kobieta koło trzydziestki. Nie ma przy sobie dokumentu tożsamości, biżuterii, torebki, nic. Jest w ubraniu, więc nie wygląda to na przestępstwo o podłożu seksualnym.
Mówiąc, wprowadził ją do środka.
– Znalazł ją lokator z dzieciakiem, kiedy zeszli na dół, żeby wyciągnąć rower z zamykanego na klucz schowka. Chłopak miał szlaban czy coś w tym rodzaju. Mężczyzna powiadomił policję. Przypuszcza, że zamordowana mieszkała w tym budynku lub gdzieś w pobliżu. Może ją widział wcześniej, ale nie jest pewien. Szybko zabrał stamtąd syna i nie przyjrzał jej się dokładnie.
Zaczęli schodzić po metalowych stopniach, rozległ się stukot butów za kostkę i policyjnych pantofli.
– Nie widziałem broni, ale ma tu ślady poparzeń. – Dotknął palcami szyi. – Wygląda na to, że potraktowano ją paralizatorem laserowym.
– Chcę, żeby dwóch funkcjonariuszy przepytało mieszkańców. Kto, co i kiedy widział. Dopilnowało, by lokator i jego syn byli do dyspozycji policji. Jak się nazywają?
– Terrance Burnbaum. A chłopak ma na imię Jay. Aktualnie przebywają w komisariacie numer sześćset dwa.
Skinęła głową dwóm policjantom, pilnującym miejsca przestępstwa, włączyła magnetofon.
– Porucznik Eve Dallas na Zachodniej Dwudziestej Trzeciej numer pięćset dwadzieścia pięć, gdzie znaleziono zwłoki. Moja partnerka już jest w drodze. Ustalcie, czy w budynku mieszka dozorca albo administrator. Jeśli tak, chcę z nim porozmawiać.
Najpierw rozejrzała się po piwnicy. Betonowa posadzka, zakratowane boksy, rury, pajęczyny. Żadnych okien, żadnych drzwi. Żadnych kamer ochrony.
– Będą mi potrzebne dyski z kamer zainstalowanych w drzwiach wejściowych i na klatkach schodowych. Znajdźcie dozorcę.
Zwabił ją tutaj, pomyślała Eve, wyjmując z zestawu puszkę sprayu. Albo siłą ją tu zaciągnął. Może rzucił się na nią, kiedy zeszła po coś. Nie ma stąd jak uciec.
Przyjrzała się zwłokom z miejsca, gdzie stała, pokrywając dłonie i buty substancją zabezpieczającą odciski palców. Kobieta była szczupłej budowy ciała, ale nie wyglądała na delikatną. Głowę miała odwróconą, długie, jasne włosy zasłaniały jej twarz. Włosy miała lśniące, a ubranie dobrej jakości.
To z pewnością nie jest bezdomna, pomyślała. Nie z takimi włosami, takim ubraniem, tak zadbanymi paznokciami u rąk, jakie widziała u zamordowanej.
– Ofiara leży na lewym boku, tyłem do schodów. Na betonowej posadzce nie widać śladów. Czy Burnbaum przesunął zwłoki?
– Mówi, że nie. Podszedł do niej, ujął ją za rękę. Powiedział, że była zimna, nie wyczuł pulsu, więc uznał, że kobieta nie żyje. Wyprowadził stąd dzieciaka.
Eve okrążyła zwłoki i przykucnęła. Coś ją zaniepokoiło, poczuła, jak ściska jej się żołądek. Uniosła zasłonę włosów.
Na ułamek sekundy ją zmroziło.
– Niech to szlag. Niech to szlag. To jedna z naszych.